Z wolontariuszami do Polaków na Bukowinie fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Z wolontariuszami do Polaków na Bukowinie

W pierwszych dniach nowego roku wolontariusze PolandHelps pomimo ciężkich warunków drogowych dwoma busami dostarczyli pomoc Polakom z odległych wiosek na Bukowinie – Dawideny, Dawideny–Zrąb i Baniłów Podgórny. Było to dla nich pierwsze wsparcie z Polski.

Droga

Przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę ekipa telewizyjna Kuriera Galicyjskiego kręciła film o Polakach na Bukowinie. Wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o Polakach rozproszonych w tych trzech wioskach na pograniczu ukraińsko-rumuńskim. Nie udało nam się jednak tam wówczas dotrzeć, a powiedziano nam również, że bez przewodnika trudno będzie znaleźć tych ludzi na tak rozległym obszarze. Nie ma tam żadnych organizacji polskich. Jedynymi miejscami, w których się gromadzą, są trzy czynne kościoły. Później miejscowy proboszcz, ks. Roman Łysak, zapraszał nas tam kilkakrotnie, opowiadając o życiu tamtejszych Polaków. Kiedy więc zeszłej jesieni Wito Nadaszkiewicz, koordynator projektów Fundacji Poland Helps na Ukrainie, zapytał mnie, czy znam Polaków na Bukowinie, którzy potrzebują konkretnej pomocy, natychmiast poradziłem mu, żeby zwrócił się do ks. Romana. Tak powstała lista potrzeb i osób potrzebujących.

Obecnie obwód czerniowiecki, gdzie położone są te wioski, należy do okręgu konsularnego Konsulatu Generalnego RP w Winnicy. W listopadzie 2025 roku podczas II konferencji „Polacy na Ukrainie” powiedziałem o wspomnianej inicjatywie Damianowi Ciarcińskiemu, konsulowi generalnemu RP w Winnicy w latach 2018–2024.

– Byłem tam i warto tam pojechać – powiedział dyplomata.

Konsul Tomasz Kowal z Konsulatu Generalnego RP w Winnicy w naszej rozmowie wspomniał o niedawno wyremontowanym Domu Polskim w Pance. Dodaliśmy ten punkt do naszej trasy.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Wolontariusze z Polski i z Ukrainy załadowali do busów 20 zestawów higienicznych dla osób starszych (wilgotne chusteczki antybakteryjne, proszek do prania 2.5 kg, mydło w płynie 800 ml, waciki do czyszczenia uszu, pampersy dla dorosłych, papierowe ręczniki, szampon 400 ml), 5 nowych krzeseł toaletowych, 100 żywnościowych paczek świątecznych, zestaw polskich książek oraz komputer i drukarkę, które mają być używane w miejscowej parafii podczas zajęć z języka polskiego. Pomoc – o wartości około 160.000 hrywien – została w całości sfinansowana przez darczyńców z Polski.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Porankiem 2 stycznia ruszamy ze Lwowa. Już w pierwszym dniu podróży przygody drogowe rozpoczęły się od wyciągania samochodów z zasp. Do godziny 20.00 trzeba było zabrać z „Nowej poczty” w Storożyńcu wysłany tam z Polski wielki bagaż pampersów dla dorosłych, a tymczasem zima korygowała czas jazdy. Aby się nie spóźnić, na Bukowinie skręcamy na najbliższą drogę do Storożyńca. Było już ciemno, kiedy wjechaliśmy w lesiste bezludne góry. Na drodze nie ma ruchu. Nasz kierowca-wolontariusz Jacek Gajos zwalnia prędkość, powoli przejeżdża przez przełęcz, zatrzymuje się.

– Droga jest oblodzona – wyjaśnia.

Wychodzimy z busa, by sprawdzić sytuację. Lód jest tak śliski, iż nie da się utrzymać równowagi na nogach. Dookoła strome zbocza i zaspy śnieżne. Wezwanie pomocy drogowej nic nie da. Nie doszło do wypadku, wszyscy są bezpieczni. Będziemy musieli czekać całą noc do rana. Tymczasem mróz daje o sobie znać. Na takie warunki nasi wolontariusze-kierowcy byli przygotowani. Prawie centymetr po centymetrze zjeżdżamy w dół i powoli zmierzamy w kierunku Storożyńca. Akurat kwadrans przed godziną dwudziestą znajdujemy się przy „Nowej poczcie”. Przeładujemy pampersy do busa i ruszamy w poszukiwaniu punktu docelowego. To jeszcze nie był koniec naszych przygód, ponieważ tego wieczoru nawigacja zaprowadziła nas na szlak przejezdny co najwyżej dla traktora. Na nocleg trafiliśmy dopiero o północy.

Skąd tam Polacy?

Według badań historyków Polacy zetknęli się z Bukowiną po raz pierwszy w połowie XIV wieku, kiedy król Kazimierz Wielki dla obrony swego państwa przed Tatarami wzniósł tu kilku zamków obronnych. Jak zaznacza prof. Helena Krasowska polskie wpływy kulturalne i polityczne osiągnęły kulminację za czasów króla Jana III Sobieskiego.

Później już pod zaborem austriackim rozpoczęła się znaczna imigracja Polaków do tego kraju. Przybywali duchowni, urzędnicy, nauczyciele, rzemieślnicy, kupcy, również pojawiła się emigracja zarobkowa. Ściągano tam też osadników-rolników Polaków z Galicji. Na Bukowinie panowały mniej uciążliwe warunki pańszczyźniane, mężczyzn zwalniano od 14-letniej wówczas służby wojskowej. Osobno wywodzi się osadnictwo wielkiej grupy górali, przybyłych z Czadeckiego na początku XIX wieku. „W 1890 roku  językiem polskim posługiwało się 24 tys. osób, które stanowiły  4,5 % całej ludności. Współcześni tłumaczyli ten fakt nie eksplozją demograficzną wśród społeczności, lecz polską ekspansją językową” – stwierdzają w swoim badaniu „Bukowina Północna. Społeczność polska we wsi Panka” Mariak Melnyczuk i Jarosław-Wasyl Rusnak.

Przed I wojną światową na Bukowinie zostały otwarte Domy Polskie i polskie szkoły, wzniesiono kościoły i kaplice, gdzie Polacy modlili się w języku ojczystym.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

W okresie międzywojennym Bukowina podlegała Rumunii. Rumunizacja negatywnie wpłynęła na zachowanie tożsamości miejscowych Polaków. Po zakończeniu II wojny światowej w ramach tak zwanej repatriacji część Bukowińskich Polaków wyjechała do PRL. Za czasów sowieckich nadal nie było polskich szkół, zamykano kościoły.

Kościół w Dawidenach, fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Dawideny

Nazwa oficjalna tej wsi – Dawydiwka, jednak ludność miejscowa nazywa ją po staremu – Dawideny. Jest to niezwykle ciekawa i unikatowa wieś, bijąca różne rekordy. Jej wyjątkowość polega po pierwsze na tym, że osada licząca nieco ponad trzy tysiące mieszkańców zajmuje powierzchnię porównywalną z obszarem niewielkiego miasta obwodowego. Na licznych uliczkach można zobaczyć zaledwie po kilka lub kilkanaście chałup, a reszta domostw jest rozrzucona w polu. Od sąsiada do sąsiada czasem kilometr, a to i dwa. Na horyzoncie widać pasma wzgórz, a tutaj jak na dłoni rozciąga się niemal step. W pewnym sensie jest to podobne do prerii, gdzie pierwsi osadnicy cieszyli się z wielkich i tanich parceli, gdzie budowali swój dom, stajnię, stodołę i zaczynali życie w tej krainie nadziei. Blisko od nas traktor wydobywa spod śniegu warstwy żyznej gleby. Prawdziwy czarnoziem.

Kolejna ciekawostka. W tej wsi znajduje się siedem drewnianych świątyń, z których większość stanowi obiekt zainteresowania zarówno turystów, jak i badaczy architektury drewnianej. Przy drodze głównej stoi kościół pw. Świętej Róży z Limy. Kościół w Dawidenach wzniesiono w latach 20. XIX wieku. Pod względem form architektonicznych świątynia przypomina drewniane kościoły w innych miejscowości na Bukowinie, które należą do tzw. typu „domkowego” z czworoboczną wieżą. Różni się jednak od nich naturalnym, żywym, nielakierowanym drewnem. Ksiądz Roman Łysak wyjaśnił nam, że jest to jedyna świątynia na Ukrainie poświęcona św. Róży z Limy – pierwszej katolickiej świętej z kontynentu amerykańskiego, która jest patronką Ameryki Południowej i ogrodników.

– W naszej parafii znajdują się relikwie świętej, która zmarła w wieku 31 lat – powiedział ks. Roman Łysak. – Święta Róża jest czczona jako patronka od sytuacji beznadziejnyc. Była nie tylko piękna pod względem urody, lecz miała przede wszystkim bogate wnętrze. Za wzór obrała sobie św. Katarzynę ze Sieny. Wielka mistyczka, rozamiłowana w Bogu. Mówiono o niej: „Piękny kwiecie Ameryki Łacińskiej”.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

W 2021 roku abp Mieczysław Mokrzycki, metropolita lwowski wprowadził do kościoła relikwie św. Jana Pawła II.

Stefania Skowrońska po przejściu na emeryturę zajęła się produkcją pamiątek.

– A to mój wizerunek św. Róży z Limy, naszej patronki – pokazuje. – Ja tego nie sprzedaję, robię tylko dla siebie, żeby podarować. Mam więcej radości żeby podarować, aniżeli sprzedać. Moi rodzice byli Polakami. Pracowałam też we Włoszech, bo trzeba było jakoś żyć. Pieniędzy nie wystarczało. Teraz my więcej po ukraińsku rozmawiamy, bo mieszkamy na Ukrainie, ale swojego nie zapominamy. Nasza wina, że swoich wnuków nie nauczyłam po polsku, przynajmniej oni mogliby rozmawiać. To chyba moja wina, bo moja mama z moimi dziećmi mówiła tylko po polsku. Ja z siostrami, gdzie by one nie były, też po polsku. A teraz nasze wnuki odchodzą od polskiego. Będziecie wyjeżdżać z tej uliczki, to tam jest dom, w którym mieszkałam od narodzenia. Tam moi rodzice żyli. Kościół był wtedy jako skład, magazyn. Grysy tam były, pszenicy. Wtedy kolędy były u nas tylko polskie.

Polacy zaczynają kolędować po polsku, a potem po ukraińsku.

– Tak to się przeplata tradycja ukraińska i polska w tej chwili – wyjaśnia Edward Gorewoj. – Bo kolędy, które śpiewaliśmy kiedyś dawniej to były wszystkie po polsku. Bo był nawet taki czas w naszym kościele kiedy nie było tych ukraińskich kolęd na papierze. To wszystko jak było, to było gdzieś w starych śpiewnikach. W tej chwili to już mamy dostęp do tego lepszy, bo mamy te śpiewniki ukraińskie. I dlatego te wszystkie kolędy, które śpiewaliśmy w polskim języku teraz to jest wszystko przekładane na język ukraiński. W liturgii w kościele tak samo zostają i te i tamte kolędy. Faktycznie babcia uczyła nas wszystko w języku polskim . Tak to było i każdy próbował ten język polski w rodzinie kontynuować, żeby to wszystko gdzieś tam brzmiało. Tak nauczono mnie. Tak nauczono brata. Wtenczas kościół był zamknięty, jak wspominaliśmy. To były czasy bardzo smutne. I też było tak, że był dziadek, który miał klucze od tego kościoła. Powiedzieli mu, żeby oddać te klucze. On na wszelki sposób próbował u siebie te klucze zostawić, żeby kościoła nie zniszczyli. Bo były też i takie zdarzenia i nawet były takie osoby, które przyjeżdżały i mieli już normalnie ten kościół zburzyć. I dochodziło do takich sytuacji, kiedy pilnowali w nocy. Sąsiad,  który już ma osiemdziesiąt parę lat, opowiadał, że on z kilkoma mężczyznami pilnowali tego kościoła. Bo jak przyjechał samochód, jak on opowiadał, z młotami, że mieli tam wejść, to oni wkroczyli, powyrywali sztachety z tych płotów i zaczęli ich tam bić. Skutkiem tego oni dostali mandaty. Parafianie wiedząc, że ten kościół będzie zamknięty, powynosili z kościoła wszystkie rzeczy, wszystkie atrybuty, mszał, konfesjonał, dzwon stary. Udało się też uratować figurę Świętej Róży z Limy, przywiezioną z Peru, z Limy.

Pytam Edwarda, czym się zajmuje.

– Na zarobki jeżdżę, też do Polski – powiedział. – Tutaj z pracą jest bardzo ciężko. A to co jest, mało doceniane. Powiedźmy, że ta wypłata, którą tu płacą, no to niestety, jak się ma rodzinę i dzieci, to nawet nie ma o czym mówić. Nie wystarcza na życie, na samo utrzymanie. No przede wszystkim do Polski, bo Polska kulturowo, mentalnościowo, językowo jest zbliżona. Jeżdżą też do Niemiec, sporo ludzi jedzie. Ale większość to jest w Polsce. Może ponad 50 procent. Wiem, że bardzo chcą wrócić. Jak tam się spotykamy w Polsce z tymi, którzy nie mogą wrócić, bo ja jeszcze mogę wrócić, to oni bardzo chcą. I to też skutkuje na ich zdrowiu. Widać, że psychologicznie zmagają się z tym na co dzień. Myśli wszystkie są skierowane tutaj. Chcą po prostu być w domu.

Kościiół w Dawidenach-Zrębie, fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

DawidenyZrąb

Łatwo się domyślić, że osadę założono na terenie wyciętego lasu. W części wsi Dawideny zwanej Zrąb, w latach 20. XX wieku Polacy wybudowali na wzgórku drewniany kościół ku czci Najświętszej Maryi Panny. Władze sowieckie nie zamknęły go, jedynie pozostawał bez księdza. W latach 1970–1989 sporadycznie przyjeżdżał tu ks. Franciszek Krajewski z Czerniowiec.

Dookoła przepiękne krajobrazy. Słońce szybko zachodzi za górami, a my, zostawiając samochody za sobą, powoli wspinamy się na górę pieszo wąską, oblodzoną drogą. Po Mszy św. w języku polskim wolontariusze Poland Helps przekazali dary świąteczne obecnym parafianom, którzy z kolei zaprosili nas na poczęstunek do szopy przy kościele. W tym czasie był prąd. Mężczyźni włączyli termowentylator. Było ciepło, wesoło i wydawało się, że biesiadom nie będzie końca.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Małgorzata Garnik-Prodan w wywiadzie dla Kuriera powiedziała:

– Polacy tutaj są od dawna. Jest parę rodzin, które pochodzą nawet ze Sołońca (Nowy Sołoniec na Bukowinie Rumuńskiej – red.). Bo moja babcia kiedyś była na odpuście w Baniłowie Podgórnym i się spotkała ze swoją koleżanką. One bardzo się ucieszyły, bo siedziały w Sołońcu w jednej ławce kiedyś. To moja babcia Zofia, z domu Polaczek. Kiedyś mi to opowiadała, że ona z Anną Martulak, bo bardzo dużo Markulaków jest w Sołońcu, kiedyś przyjechali tutaj. To kiedyś wszystko było pod okupacją rumuńską. Ludzie przyjechali, wyrąbali lasy. Czego nazywa się Nowy Zrąb i Stary Zrąb? Tu jest taka miejscowość, Dawideny Stary Zrąb. Bo zrąbali lasy. Ludzie się budowali. Kupowali sobie działki pola i tutaj zakładali rodziny. Rodzina Skowrońskich tu i rodziny Mirwaldów, Markulaków, Jedynaków. Tu bardzo dużo takich rodzin, bo to nawet widać w kościele, że on jest bardzo duży. Ale po Drugiej wojnie światowej były ewakuowane, wyjechali do Polski. W różnych miejscowościach są – w Zielonej Górze, w Złotniku. Byłam w Polsce. Tam mojej matki kuzynka, kuzyni. Wyjechały stąd rodziny. Była tu szkoła polska. Ludwik Markulak prowadził tu szkołę polską. Było bardzo dużo dzieci. Jeszcze kiedy były księża z Polski u nas, to nawet były fakultatywy języka polskiego w szkole. Siostry zakonne były i też prowadzili w szkole fakultatywy języka polskiego. Ale później oni wyjechali, mamy księży z Ukrainy i już to się skasowało. Siostry już więcej są w Storożyńcu. U mnie w Domu Kultury było organizowane dzielenie opłatkiem, robili różne spotkania braterskie z udziałem prawosławnych, protestantów. Kolędowali w różnych językach – i po ukraińsku, i po polsku. Fajne zabawy mieli. Na Zrąbie nas jest gdzieś 30 rodzin. Są rodziny mieszane. Jak matka Polka, to jeszcze wszystkich przyciąga. Moje dzieciaki to wiedzą i czytać, i pisać po polsku. I do pracy już jeździli do Polski. Ja tego bardzo pilnowała. U nas w domu to było wszystko bardzo pilnowane. Ta mowa, tradycje, kolędy. I siano pod stół, i siano na stole. To było wszystko szanowane. Tata z mamą to nas zawsze tak wychowywali. Mam siostrę starszą i brata. Nas trójka dzieci była w rodzinie. Gwara u nas tu nie za bardzo, ale po góralsku też rozmawiali ludzie. Niedzielanie tutaj, Jedynaki tak fajno wiedzą po góralsku. Ja sama też gwarim,  bo ja sama z Pietrowiec, z Arszycy. To u nas była gwara. Nie po polsku, ale taka gwara. W kościele była mowa, a w domu była gwara. A gwarić to gwarić. Można sobie pozwolić pogwarić, i potańcować, i poszpiwać i szytko-szytko

Ksiądz Roman Łysak chce wznowić nauczanie języka polskiego, historii i kultury Polski. Wolontariusze Poland Helps przekazali całą biblioteczkę różnorodnych wydań. My z Aleksandrem Kuśnierzem przywieźliśmy ostatnie numery „Kuriera Galicyjskiego”. Od razu było wielkie zainteresowaniem pisemkiem dla dzieci „Kim ty jesteś? Polak mały” oraz „Kalendarzem Kresowym” na 2026.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Panka

Było już ciemno, kiedy po zaśnieżonych bezludnych drogach dotarliśmy do Panki. Jest tam jedyny poza Czerniowcami czynny Dom Polski na terenie Bukowiny Ukraińskiej. Oczekiwało na nas tam małżeństwo Jakimowiczów.

– Akurat za parę lat będzie stulecie tego Domu Polskiego, który był zbudowany na koszt Polaków, mieszkających w Pance – wyjaśniła Weronika Jakimowicz. – Ziemię pod Dom Polski oddała pani Rozaria Zarwańska. Później była tu szkoła podstawowa. Tam jeszcze się uczył mój mąż, od pierwszej do trzeciej klasy. A później jak oddali nam, to był bardzo zniszczony. Podłogi tu nie było. I odremontowali my wtedy jak mogli. Swoimi rękami, cała wieś. Jeszcze nam proboszcz, ks. Stanisław pomagał. Cały czas zbierał ludzi. A w 1998 roku to my dostali pieniążki z Polski i zrobili remont wewnętrzny. A w tym roku to dostali pieniążki od Ministerstwa Spraw Zagranicznych z Polski i zrobili zewnątrz remont. Cieszymy się z tego, że mamy ten Dom, że możemy z niego  korzystać, bo mamy tu ludzi, dzieci dużo. Ponad 60 dzieci. I tu mieszka około trzysta rodzin w Pance. Dziesiąty procent ludzi od całej wsi. Bo dziesięć procent Polaków tu mieszka. Są katolickie rodziny, ale jest i mieszane. Ale jak jest ktoś prawosławny, to wszyscy chodzą do kościoła. Moja rodzina jest katolicka, bo ja pochodzę z polskiej rodziny i mój mąż też jest z rodziny Polaków. Jego mama kiedyś jak żyła, to uczyła mnie rozmawiać po polsku, bo nie było kiedyś szkoły polskiej. Teraz jest szkoła polska, mamy nauczycielkę, a wtedy to mama nauczyła jego rozmawiać. Ja jestem od teściowej nauczona. Kiedyś Polacy tu przyjechali w 1772 roku. Pamiętam, jak moja siostra Helenka opowiadała, że uciekli z Polski cztery chłopcy. Były dwa Krasowskich, Beniowski, Szymański. Beniowski i Szymański już poszli na prawosławie, a Krasowscy tu zostały i do dzisiejszego dnia cały czas mówią: Skąd przyjechali? – Z Panki. To chyba Krasowski. Bo Polaków w Pance najwięcej nas, z rodziny Krasowskich.

Weronika jest dumna, że siostra Helena Krasowka jest teraz profesorem nauk humanistycznych w dyscyplinie językoznawstwa, pracuje w Instytucie Slawistyki PAN również w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Dodajmy, że prof. dr. hab. Helena Krasowska jest też długoletnią autorką Kuriera Galicyjskiego.

– Kiedyś jak otworzyło się Towarzystwo Kultury Polskiej w Czerniowcach, to tam prezeską Towarzystwa była Jadwiga Kuczabińska – wspomina Weronika Jakimowicz. – Moja siostra przyszła do niej i mówi: „Ja bym chciała pojechać do Polski i się uczyć, ale ja jeszcze nie wiem jak to będzie”. Pani Jadwiga się ucieszyła, ale mówiła, że ty sama nie pojedziesz, bo jak ty w obcym kraju będziesz taka młoda dziewczyna, to szukaj sobie jeszcze kogoś. Znalazła jedną koleżankę. Później jeszcze jedna koleżanka się zgłosiła i pojechali do Rzeszowa. Najpierw oni się uczyli w Rzeszowie. Później Ania Kisełejczuk i Ola Krasowska wrócili. Ola teraz pracuje nauczycielką języka polskiego, a  Helenka poszła do studiów, do Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Poszła sobie dalej i dalej. Ale ona zawsze czytała książki. Tak pamiętam w domu, bo my ze wsi, mieliśmy krowy. I tata zawsze mówił: „Idziecie paść krowy, bierzcie z sobą książki. My starsi to pomagali mamie, a ona zawsze chodziła z książką w rękach. I jak pasła krowy, zawsze z książką. I czytała zawsze. Była taka chętna do książek.

Stefan Jakimowicz podkreślił, że polskość w Pance utrzymali starsi ludzie.

– Kościół był otwarty – wspominał. – Nie było księdza, czasem tylko dojeżdżał. Może raz w rok. A tak sami się zbierali. Modlili się.

– Teraz cztery razy w tygodniu Dom Polski jest otwarty – zaznaczyła Weronika Jakimowicz. – Odbywają się tu różne spotkania. Ksiądz prowadzi katechezę dla dzieci i młodzieży. Siostry ze Storożyńca prowadzą katechezę.

Pokazali nam też zdjęcia ze spotkania z konsulem Tomaszem Kowalem z Konsulatu Generalnego RP w Winnicy, który w okresie świątecznym odwiedził Polaków w Pance.

W Domu Polskim w Pance odbyło się 29.12.2025 spotkanie z Konsulem RP Tomaszem Kowalem. Była to piękna okazja do bliższego poznania się, rozmów i dzielenia się historią naszej wspólnoty. Wyjątkowym momentem spotkania było wspólne śpiewanie kolęd, które zapewniło atmosferę bliskości i wspólnoty.

Kościół w Baniłowie Podgórnym, fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Baniłów Podgórny

Ostatnim punktem podróży była rozległa wieś Baniłów Podgórny, którą niemal ze wszystkich stron otaczają szczyty Karpat Bukowińskich. Od końca XVIII wieku mieszkali tu polscy osadnicy, do których w 1830 roku dołączyli niemieccy koloniści, którzy założyli osadę Augustendorf. W 1907 roku w Augustendorfie, na miejscu drewnianego kościoła wybudowano klasztor trynitarzy z murowanym kościołem.  Obecnie w pomieszczeniach cel mieści się internat dla dzieci i obóz „Perła Gór”. Wielki kościół przez pewien czas służył jako szkoła i sala gimnastyczna. Zwrócono go katolikom. Po zakończeniu Mszy św. wierni modlą się o zakończenie wojny na Ukrainie.

Spotkanie z kolejną grupą miejscowych Polaków.

– Ja jestem cały Polak – stwierdził Jan Dziedzic. – Matka, ojciec – Polacy. Dziadek od matki, babcia – Polacy. Od ojca dziadek i babcia – Polacy. Ja pracuję tu lekarzem już 45 lat. Jeździmy do Polski. Mam rodzinę w Zielonogórskich terenach. Mam rodzinę we Włocławku. Żona u mnie też Polka. Teraz jej tu nie ma, jest chora. Mam dwójkę dzieci, są teraz w Hiszpanii. Mam czworo wnuków. Zostaliśmy tu z żoną. Mam 78 lat. Chciałbym jeszcze pojechać do Włocławka, ale nie wiadomo, jak to już będzie. Bo rodzina to jest rodzina.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Razem z księdzem Romanem objeżdżamy samotnych i chorych Polaków, którzy już nie są w stanie przyjść do kościoła. Mieszkają w małych niskich chałupach, pomimo tego że całe swoje życie ciężko pracowali fizycznie. W każdym domu jest krzyż, figurka Matki Bożej, obrazy świętych. Wszyscy ze wzruszeniem patrzą na nieoczekiwanych gości i nie mogą uwierzyć, że ktoś specjalnie przyjechał do nich z Polski. Każdy z tych ludzi chciałby opowiedzieć o swoim życiu. Niestety musimy się żegnać i wracać z Bukowiny. Potem ksiądz Roman będzie chodzić po kolędzie i przekazywać polskie dary swoim parafianom.

– Naprawdę jest to bardzo potrzebne – powiedział ks. Roman Łysak. – Kiedy parafianie was zobaczyli, okazali wielką radość, cieszyli się waszą obecnością. Wspomnieliśmy, jak kiedy przyszli Sowieci, mój krewny, ułan, Mikołaj Balik uratował polskie książki i to był jakby znak od niego, że wyście przywieźli książki. Ja tak to odczytałem, że jemu bardzo zależało na kulturze polskiej. On za czasów Związku Radzieckiego służył dla polskości Polaków. Chociaż nie było jeszcze Towarzystwa Polskiego. Na 3 Maja organizował różne akcje. I są takie pamiątkowe zdjęcia. Myślę, że to jego wstawiennictwo jakby sprowadziło was tutaj, żeby to dzieło nie zanikło. Dzieci, młodzież chcą rozmawiać po polsku i mamy teraz taką okazję byśmy się uczyli języka, także historii Polski. To dobra inicjatywa, żeby nauczyć dzieci języka, kultury Polski. Żeby oni naprawdę w tym kierunku się rozwijali.

Max Ciszek jest znanym polskim wolontariuszem. Często jeździ z pomocą humanitarną na Ukrainę. Nie raz bywał w strefie działań wojennych. Na Bukowinie po raz pierwszy.

– To jest zupełnie inne doświadczenie życiowe – powiedział. – Tam, gdzie byliśmy w okolicach Pokrowska, w Charkowie czy w Kramatorsku, to człowiek idzie z mocno bijącym sercem, bo się boi, że w pewnym momencie spotka jakieś niebezpieczeństwo, dron czy coś innego, a tutaj odczuwamy przyśpieszone bicie serca ze szczęścia, że zobaczyliśmy tych ludzi, którzy tu mieszkają. Kultywują tutaj język polski. Nam zima nie straszna. Jesteśmy tam gdzie potrzebna jest pomoc czyli POLAND HELPS. Na pewno tam wrócimy, bo nawet nie wiedziałem gdzie mieszkają Polacy. Sam kiedyś byłem emigrantem ale to różnica, ci ludzie mieszkają tu od pokoleń i pamiętają swoje korzenie.

Jeden z busów prowadził Jarosław Romaniuk z Warszawy, który na codzień pracuje w Związku Rzemiosła Polskiego.

– Są Polacy w tych miejscowościach na Bukowinie – powiedział dla Kuriera. – Mniej ich troszeczkę niestety niż się spodziewaliśmy, ale jest wojna. Młodzi, wiadomo uciekają. Ale duch polskości jest. Widać to pozytywnie bardzo, taką świadomość przynależności do narodu. Chęć podtrzymywania tradycji. Dużo się mówi o Kościele, że Kościół spełnia tam czasami lepszą, czasami trochę mniej budującą rolę. No tutaj ten Kościół widać, że jest bardzo potrzebny. Ludzie się gromadzą wokół kościoła, wokół księży. Ksiądz Roman bardzo dobrą robotę robi. Piękna okolica. Ja bardzo lubię góry. Tutaj jest teren pagórkowaty. Padło hasło. Zadzwonił Witaliusz Nadaszkiewicz: „Jedziemy. Czy jedziesz z nami?” Tak, jeśli trzeba, pojechałem i naprawdę jestem bardzo zadowolony. Bezpośrednie rozmowy. Bardzo dużo refleksji jeszcze z czasów wojny, tych najtrudniejszych okresów. Bardzo trudne też przejścia w latach 70., kiedy były problemy z kościołami. Kiedy dochodziło nawet do podpaleń. Trzeba było chować ołtarze, trzeba było chować krzyże. Tak że to wybrzmiało w tych opowieściach w sposób bardzo wyrazisty. Bardzo dużo mi to dało. Tak że jestem z tego bardzo zadowolony, że mogliśmy troszeczkę pomóc, wnieść coś dobrego. Kontakt osobisty to bardzo ważna rzecz. Poza dostarczeniem paczek trzeba po prostu z tymi ludźmi być, odwiedzać ich raz na jakiś czas. I tu duży szacun dla „Kuriera Galicyjskiego”, bo wiem, że pierwsza inicjatywa, pierwszy pomysł, żeby przyjechać w Dawideny, a nie gdzie indziej to wyszła tutaj od redaktora Konstantego, za co bardzo dziękuję. I widzę, że trzeba po prostu to robić. To jest bardzo ważna robota dla nas. Także pomagać strzec tradycyjne wartości nie tylko w kraju, ale właśnie i szczególnie na obczyźnie, na Ukrainie.

Konstanty Czawaga

Tekst ukazał się w nr 1 (485), 16 – 29 stycznia 2026

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X