Z Londynu do Lwowa

Z Londynu do Lwowa

Latem tego roku miałem ciekawe zadanie oprowadzenia po Lwowie znajomych z Wielkiej Brytanii – Christine z jej mężem Rorym i bratem Paulem.

Choć Christine i Paul mają polskie korzenie (ze strony ich ojca), wychowani zostali w kulturze brytyjskiej i nie mieli okazji poznać języka polskiego. Pozostała jednak świadomość korzeni oraz przekazana im przez ojca pamięć o Lwowie, w którym Jan Marian Kowal urodził się w 1920 r. Zgodnie z podaniem rodzinnym nazwisko rodowe brzmiało kiedyś Kalcydynowicz i w nieznanych okolicznościach zmieniono je w XIX w. na Kowal. Była to polska rodzina pochodzenia ormiańskiego.

Do rodziny Kowalów należał dom przy ul. św. Zofii (obecnie ul. Iwana Franki 112). Jego ruina mieści się na tyłach starego budynku Konsulatu RP, oddzielona od ulicy ogrodem. Oprócz tego w ich posiadaniu znajdował się pałac w Ostałowicach niedaleko Przemyślan. Podczas II wojny światowej obydwa te miejsca opuścił Jan Kowal (ojciec Christine i Paula), trafiając przez Rumunię do Francji i następnie do Wielkiej Brytanii, gdzie rozpoczął całkowicie nowe życie.

Przez kolejne dni chodziliśmy po Lwowie, odwiedzając także miejsca znane z rodzinnych przekazów. Wyjątkowych przeżyć dostarczyło zwiedzanie ruiny domu przy ul. św. Zofii. Mimo że jest opuszczony i grozi zawaleniem, weszliśmy do środka. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, zwłaszcza że byliśmy tam zupełnie sami i „mówiły” do nas jedynie same mury. Jeszcze więcej wyobraźni należało uruchomić podczas wycieczki do Ostałowic. Leżące 50 km na południowy wschód od Lwowa położone są w pięknej pagórkowatej okolicy. Po pałacu nie zachowała się ani jedna cegła. Jednak Rory z jego determinacją odnalazł pod gęstymi krzakami spory fragment kamiennej podmurówki. Na szczęście moi znajomi zabrali ze sobą przedwojenne zdjęcia, dzięki czemu łatwiej można było wyobrazić sobie jak miejsce to wyglądało. Podczas spaceru po wsi wstąpiliśmy do cerkwi, skąd akurat wychodzili wierni po skończonej liturgii. Wielkie było zaskoczenie, bowiem najstarsze osoby pamiętały nazwisko dziedziców Ostałowic. Zostaliśmy zaproszeni na wspólną herbatę. Pojawiało się coraz więcej wątków, tempo tłumaczenia z angielskiego na ukraiński (i na odwrót) musiałem zwiększyć trzykrotnie…

We Lwowie codziennie odwiedzaliśmy też przeróżne restauracje – od Kupoła po Baczewskiego, George’a i restaurację na dachu Hotelu Szwajcarskiego. Dawno nie miałem okazji do takiej tury (trwającej tydzień!). Należy dodać, że niestety nawet w najelegantszych lokalach (poza chlubnym wyjątkiem Hotelu Szwajcarskiego) zwykle nie było obsługi mówiącej po angielsku, a przynajmniej na taką nie udało nam się trafić (po raz pierwszy miałem okazję sprawdzić to we Lwowie). Z kolei u dawnego George’a do osobliwych doświadczeń należało oblanie moich spodni szampanem przez kelnerkę zbierającą kieliszki ze stołu… Były to epizody, ukazujące moim gościom specyfikę „egzotycznego miejsca”, jakim bez wątpienia pozostaje dzisiejszy Lwów.

Do najciekawszych wizyt należał niedzielny five o’clock spędzony w willi rodzinnej Marii Sołtys, w której znajduje się Izba Pamięci Mieczysława i Adama Sołtysów. Córka Adama Sołtysa, ostatniego polskiego dyrektora Konserwatorium Polskiego Towarzystwa Muzycznego we Lwowie, podjęła nas w swoim pięknym przestronnym salonie. Po ekspozycji poświęconej rodzinie Sołtysów oprowadził nas Mieczysław Sołtys (junior), syn Marii Sołtys, przedstawiciel czwartego pokolenia tej znamienitej polskiej rodziny. Oglądaliśmy fotografie z różnych okresów życia Mieczysława i Adama Sołtysów, pierwsze wydania ich utworów, unikalne ozdobne batuty oraz okolicznościowe odznaczenia.

Spotkanie przeniosło nas w czasy przedwojennych salonów. Wyobraźnię potęgował fakt, że w domu tym bywała elita przedwojennej muzycznej Polski z Karolem Szymanowskim i prof. Adolfem Chybińskim na czele, o czym z zainteresowaniem słuchali Chistine i Rory. Ponadto warto dodać, że dom rodzinny przodków Christine znajdował się przy ulicy św. Zofii, w niedalekiej przecież odległości od willi Sołtysów, dzięki czemu spotkanie miało jeszcze bardziej wymowny charakter. Rozmowa o muzyce i sztuce odbywała się przy herbacie, ciasteczkach i winie. Był też akcent muzyczny, podczas którego na wspaniałym zabytkowym (i nastrojonym!) fortepianie Bösendorfera utwory Chopina i Niewiadomskiego zagrał piszący te słowa. Rozmowa o polskiej kulturze muzycznej oraz o zawiłych losach polskiej inteligencji rozwijała się z godziny na godzinę. W Wielkiej Brytanii często się zdarza, że jedna rodzina mieszka w tym samym domu od XIX wieku. W Europie Środkowej z powodu powojennej zmiany granic kraju należy to do rzadkości, zwłaszcza w przypadku rodzin polskich. Tym bardziej niepowtarzalny charakter miało spotkanie w willi Sołtysów, dzięki któremu goście z Wielkiej Brytanii mogli poznać bliżej historię Polski poprzez dzieje konkretnej rodziny, do tej pory podtrzymującej tradycje w tym samym miejscu, co zwłaszcza we Lwowie należy już do niesłychanej rzadkości. Po powrocie do Wielkiej Brytanii Christine i Rory długo jeszcze wspominali wizytę we Lwowie. Do najmilszych momentów należała właśnie wizyta w willi rodzinnej Sołtysów, dzięki której w pełni możliwe stało się poznanie atmosfery Lwowa.

Michał Piekarski
Tekst ukazał się w nr 18 (286) 29 września – 16 października 2017

X