Wyjątkowo „brudna” i negatywna kampania

Kiedy piszę te słowa, w Polsce jest już po pierwszej turze prezydenckich wyborów. Znane są pierwsze powyborcze sondaże, powoli opadają emocje, cichną namiętności. No i Bogu dzięki! Bogu dzięki, że chociaż na dzień – dwa (mam nadzieję) nie będę zmuszony oglądać, słuchać i czytać tego, co byłem zmuszony czytać, słuchać i oglądać przez przeszło miesiąc ostatni.

Wiem, i wdzięczny za to losowi jestem, że mieszkam poza granicami Ojczyzny, i to, co z kampanii wyborczej do mnie docierało, było tylko niewielkim ułamkiem tego, co musieli znosić „ludzie zdrowego rozsądku” mieszkający w Polsce. Granica, kwarantanna, ukraińskie problemy złożyły się na filtr, przez który docierały do mnie jedynie odgłosy polskiego „politycznego życia”. W przypadku nadmiaru informacji – zawsze miałem pod ręka „wentyl bezpieczeństwa” i mogłem najzwyczajniej internet wyłączyć. Jednakże nawet to nie potrafiło mnie obronić przed zdenerwowaniem, zniesmaczeniem, oburzeniem nawet. To nie jest bowiem tak, że jako iż mieszkam poza Polską to wszystko mi jest obojętne i że mój „święty spokój” jest dla mnie wartością najwyższą. Nie potrafię się odwrócić do Polski plecami. Jestem Polakiem, czuję się Polakiem, Polska „żyje we mnie” i jest dla mnie ważna! Ważne jest także dla mnie to, co i jak się w Niej (i z Nią) dzieje. Ważne są dla mnie także wybory prezydenckie.

Nie jestem „człowiekiem politycznym”! Specjalnie nie śledziłem i nadal uważnie nie śledzę wiadomości z „wyborczego frontu”. Nie agitowałem za którymś z kandydatów i nie „nurzałem się” w namiętnych, politycznych dyskusjach. Raczej pasywnie (były wyjątki) śledziłem kolej rzeczy, zapisywałem w pamięci, oceniałem, wyciągałem wnioski. No i, jak już wspomniałem, zbudowany „tym wszystkim” nie byłem. Przepraszam – zbudowany „tym wszystkim” nie jestem!

Przyczyna jest dosyć prosta – traktuję demokrację poważnie. Niektórzy teoretycy i zwolennicy demokracji nazywają wybory jej świętem. Zgoda! To powinno być święto demokracji! Wybory są przecież najjaskrawszym demokracji przejawem, momentem, w którym, niemal fizycznie, można tej demokracji „dotknąć”. Teoretycznie szczególnie właśnie „w czasie wyborów” powinny „się materializować” nieoderwalne od demokracji – tolerancja, szacunek dla prawa do odrębnego zdania, akceptacja demokratycznego wyboru. Teoretycznie…

Tymczasem w tegorocznej, wydłużonej przez panującą epidemię kampanii wyborczej, jak w żadnej innej dotąd stopniu, byłem świadkiem antydemokratycznego chamstwa. Tak, dokładnie – chamstwa! Tak oceniam tę kampanię i czynię to absolutnie niezależnie od tego, kto wygrał I turę, a kto przegrał. To tekst nie o preferencjach politycznych, a o smutku i degradacji. To tekst – „wołanie na puszczy”. Zgoda, że już od wielu lat, w kolejnych prezydenckich, parlamentarnych czy samorządowych kampaniach wyborczych ośmieszano i zohydzano politycznych przeciwników, oponentom przypisywano najgorsze cechy i najniższe motywacje, kwestionowano wynik wyborów. Jednym słowem – to niby nic nowego, że w politycznej walce używa się kłamstwa, manipulacji, zniewagi i chamstwa. Tym razem jednak było/jest o wiele gorzej.

Uwaga – nie tylko dla „czytających inaczej”. Niestety, jako że nie chcę wykorzystywać łamów Kuriera Galicyjskiego do wygłaszania politycznego monologu, a już na pewno nie chcę wywołać wrażenia agitowania za, czy przeciwko którejś z zaangażowanych w te wybory politycznych sił, nie będę pisał o konkretnych przypadkach draństwa, ograniczając się do zwrócenia uwagi na ich istnienie i dlatego, rozumiejąc to, że niniejszy tekst jest tekstem „bardzo teoretycznym” i pozbawionym „soczystych” konkretów – zawiedzionych takim stanem rzeczy serdecznie przepraszam.

Mam jednak do szanownych czytelników Kuriera Galicyjskiego pewną prośbę, której „realizacja” może być uzupełnieniem moich wywodów. Proszę wszystkich o zrobienie w pamięci swoistego „bilansu” tej kampanii wyborczej. Proszę o przypomnienie sobie ile nieudowodnionych oskarżeń rzucono, ile zasugerowano niegodziwości, ile absurdalnych przypisano słów i uczynków. Przy czym, rozumiem, że proszę o rzecz trudną – o przypomnienie sobie tego wszystkiego i ocenienie tegoż, niezależnie od tego czy dotyczyło to „naszego:, czy „nie naszego” kandydata.

Przy okazji, o „symetrycznie” słów kilka. Jestem pewien, że ze względu na to co i jak piszę, pytanie o „symetryzm” się pojawi. Otóż nigdy nie byłem i nie jestem „symetrystą”! Tak, dostrzegam zalety i wady każdego z kandydatów – niekiedy nawet podobne. Jednakże nie jest to efektem „przyjętego z góry” założenia, iż tak musi być, a odwrotnie – to rezultat niezależnej analizy postaci i poglądów każdego z kandydatów. Jeśli więc niekiedy moje opinie i oceny zawierają elementy podobne lub nawet takie same, jak oceny „symetrystów”, to wynikają one z innych jak u nich źródeł, gdyż nie są one instrumentem realizacji narzuconego „z góry” założenia.

Niestety, moim zdaniem w tej kampanii prostacki, „czarny pijar” święcił triumfy i to w wykonaniu wszystkich „sztabów”! „Grzebano” w rodzinach kandydatów – „sięgając” do kilku pokoleń „wstecz”. Ich dziadkowie i pradziadkowie, wujkowie i wszyscy inni, których tylko można było przypisać kandydatom, okazali się być ważniejsi od nich samych. Manipulowano wyrwanymi z kontekstu słowami i (stosując sofizmat rozszerzenia) przypisywano kandydatom kompromitujące ich (w tym ich wiedzę i inteligencję) twierdzenia, absurdalne poglądy, oburzające oceny. Tak „montowano” materiały, takie wybierano do publikacji zdjęcia, aby kandydat wyglądał na nich śmiesznym, brzydkim, głupim, źle wychowanym, nienaturalnym. By można było z niego kpić. Kandydatom przypisywano najohydniejsze intencje, sugerowano najniższe uczynki. Zgoda – nie pierwszy raz tak było, ale tym razem tego było „najwięcej”.

Bardzo często stosowano stary mechanizm – „obrzucaj błotem (niech będzie, że tylko błotem!), zawsze się coś przylepi”. Pokrótce wyjaśniając, to niezależnie od tego, że wśród kandydatów na najwyższy w Polsce urząd nie ma osób „bez skazy”, to każdemu z nich starano się „przylepić gębę”, zarzucić niepopełnione grzechy, obarczyć cudzymi winami, przypisać niewypowiedziane słowa i niewyznawane poglądy. Niektórzy z kandydatów padali tego ofiarami częściej inni rzadziej, ale praktycznie żaden z nich nie „uniknął ran”. Także żadna z „ekip” nie zrezygnowała z miotania… błota. To była wyjątkowo „brudna” i negatywna kampania.

Także, zapewne ze względu na bardzo daleko już posuniętą polaryzację polskich wyborców i ze względu na radykalizację ich poglądów i ocen, „produkt wyborczy” przygotowany dla nich przez „sztaby”, „spin doktorów”, opłacanych bądź „jedynie” usłużnych dziennikarzy – był wyjątkowo „pikantny”. Przykładowo – wyjątkową popularnością cieszyły się portale internetowe serwujące oczywiście nieprawdziwe, obelżywe i zniesławiające informacje. Dla wszystkich ich „odbiorców” było oczywiste, że te portale kłamią, ale radość i entuzjazm budziło to, że one „biją wroga”. W przestrzeni publicznej „wirowały” oskarżenia o zdradę, najmaństwo, snobizm i ignorancję – zazwyczaj gołosłowne. Wyrywki obelżywych tekstów, szyderczych informacji, „krążyły” w internecie, a akolici tych, czy innych polityków przesyłali je innym akolitom, a także oponentom (sam padłem ofiarą podobnego). W negatywnym szumie ginęły, tonęły pozytywne informacje, programy, propozycje.

Właśnie – programy i propozycje. Nie wiem jak pozostali obserwatorzy i uczestnicy I tury wyborów prezydenckich roku 2020 w Polsce, ale ja nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że tak właściwie to dyskusji o programach nie było. Nie, nie – sama dyskusja była! Tyle, że „przestrzeń medialna” tej kampanii została przesycone emocjonalnymi kłótniami o: LGBT, aborcję, adopcję, pedofilię, stosunki miedzy państwem i Kościołem, przekop Mierzei Wiślanej, Centralny Port Komunikacyjny, rasizm i tolerancję oraz jeszcze kilka innych, podobnie „najistotniejszych” i „decydujących” o przyszłości Polski i Polaków sprawach. Przy czym – zaznaczam – problem zauważam nie w tym, że spory toczyły się na powyższe tematy, ale w tym, jak one się toczyły oraz w tym, że przyćmiły one, a może nawet „wyparły”, rzeczowe dyskusje o sprawach bezsprzecznie ważniejszych i dla Polski strategicznych. Uogólniając, mam wrażenie, że była to, niestety, kampania „zastępcza”. „Przebieram z ciekawości nogami”, jaką ona będzie w II turze…

Jasne – „sprzedawca” oferuje taki „produkt”, jakiego oczekuje „nabywca”. Nie sposób więc rozpatrywać sprawy poziomu i stylu zakończonej już (dzięki Bogu!) kampanii wyborczej, bez powiązania ich z oczekiwaniami wyborców. Warto więc postawić pytanie – jakich to informacji oczekuje polski wyborca, jak „podanych”, co go może zniechęcić, a co przekonać. Jeśli ten „polski wyborca” odrzuciłby „czarny pijar”, tematy zastępcze, skrytykował agresję i potępił obelżywe „wypady”, a jeszcze do tego zajął się logiczną analizą programów unikając emocjonalnych „pyskówek” – „sztaby” przygotowałyby inną „ofertę”, inną „zaśpiewaliby pieśń” dziennikarze.

Tymczasem – jeśli by ktoś, np. jakiś Marsjanin, uwierzył w to wszystko co zostało w tej kampanii pokazane i powiedziane, to nieuchronnie musiałby sobie zadać kilka pytań. Co to za dziwny kraj, ta Polska? Czy rzeczywiście Polacy nie potrafią rozróżnić spraw pierwszo i drugorzędnych? Czy naprawdę uwielbiają kłótnie i awantury? Czy uczciwość, prawdomówność, szacunek i tolerancja, to dla nich tylko retoryczne figury? Czy oni nie rozumieją, że demokracja to nie tylko prawa, ale także obowiązki? No i wreszcie – czy na najwyższy w Polsce urząd nie znaleźli się inni kandydaci jak ci brzydcy, niewychowani, głupi, nieinteligentni, podli, merkantylni, cyniczni, złodzieje, zdrajcy i hipokryci, o których piszą polskie (i nie tylko) gazety, których pokazują telewizje, o których pełno w internecie?

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 12 (352), 29 czerwca – 16 lipca 2020

X