Wygnani na stepy

W dwóch językach, po polsku i po ukraińsku ukazała się książka „Wygnani na stepy. Przesiedlenia ludności ukraińskiej z Polski na południe Ukrainy w latach 1944–1946” Romana Kabaczija, ukraińskiego historyka i publicysty. Polską wersję książki wydał w 2012 roku Związek Ukraińców w Polsce, a wersja ukraińska zobaczyła świat w kijowskim wydawnictwie „Luta Sprawa” w 2019 roku.

Roman Kabaczij pochodzi z obwodu chersońskiego. Ukończył Wydział Historyczny Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego w Chersoniu. W latach 2001–2005 otrzymał stypendium doktoranckie w Europejskim Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów w Lublinie i w 2007 roku obronił tam pracę doktorską. Był też stypendystą Szkoły Letniej Uniwersytetu Warszawskiego. Jest pracownikiem Instytutu Informacji Masowej w Kijowie oraz publicystą współpracującym z mediami na Ukrainie i w Polsce.

Tematem jego doktoratu, również obszernej publikacji jest przesiedlenie 488 tys. ludności ukraińskiej w latach 1944–1946 ze wschodnich terenów Polski powojennej do Ukraińskiej SRR.

Choć minęło 70 lat od tych wydarzeń, temat nie zanika. Nie tylko z powodu trwałej pamięci historycznej potomków przesiedleńców, ale także przez spekulacje niektórych środowisk politycznych, zwłaszcza w trzech obwodach galicyjskich i dwóch na Wołyniu. W ciągu ostatnich dwudziestu lat omawiano koncepcję, że wszyscy Ukraińcy przesiedleni z Polski na Ukrainę są ofiarami operacji „Wisła”, co powoduje ich negatywne nastawienie do Polski i Polaków. I czasem trudno jest udowodnić, wyjaśnić, sprecyzować, że operacja „W” odbywała się już po zakończeniu wysiedleń do USRR, a transfer ludności ukraińskiej i polskiej został zaplanowany jeszcze w trakcie tajnych negocjacji między Stalinem, Rooseveltem i Churchillem w Teheranie (1943) i Jałcie (luty 1945), kiedy granice Polski przesunięto jak pudełko zapałek ze wschodu na zachód.

Dr Roman Kabaczij dodaje, że transfery, które były dramatem Europy Środkowej i Wschodniej, zostały zaprojektowane w celu legitymizacji operacji na ciele narodów i udowodnienia, że wszystkie „amputacje” i „przeszczepy” były konieczne, uczciwe i racjonalne. 11,7 mln Niemców stało się wygnańcami z Czechosłowacji, terenów Bałtyckich, Europy Środkowej i Wschodniej. Z Bułgarii i Rumunii na południe Ukrainy, a także na Wołyń przesiedlano Rosjan staroobrzędowców. Nie powiodła się jednak próba powtórki scenariusza Polski z przesiedleniem Łemków – Rusinów ze Słowacji na Wołyń, skąd repatriowano Czechów. W tych czasach podejmowano wiele prób oczyszczenia obszaru z mniejszości narodowych lub niepożądanych sąsiadów. Nie zabrakło takich inicjatyw wśród ówczesnych polityków prawicowych i lewicowych.

Roman Kabaczij dokładnie scharakteryzował różne regionalne środowiska ludności ukraińskiej. Autor używa nazw „Kresy” i „Zakerzonie”, a przesiedloną ludność ukraińską, która zamieszkiwała „za Sanem” i „za Bugiem” – Łemków, Bojków, Podlaszczuków, Chołmszczaków, Tutejszych, Ukraińców z Nadsania i Ziemi Lubaczowskiej określa zbiorowo – polscy Ukraińcy. Podobnie pisze „ukraińscy nacjonaliści”, „polscy komuniści”.

Autor prześledził etapy transportów, opowiada również w jakich okolicznościach działały komisje przesiedleńcze. Znajdujemy tam odpowiedź na pytanie, kto wyraził chęć do przesiedlenia i z jakich powodów, a kogo wysiedlano i wypędzano na siłę, czasami w sposób brutalny.

1 listopada 1944 roku pierwszy pociąg z Ukraińcami spod Hrubieszowa ze stacji Włodzimierz-Wołyński wyjechał do stacji Nowo-Chortycia koło Zaporoża. Skierowano też transporty kolejowe w rejony stepowe. Według Umowy Lubelskiej z dnia 9 września 1944 roku prawie 100 tys. Ukraińców skierowano na południe Ukrainy.

Co spowodowało dobrowolny wyjazd Chołmszczaków i części Łemków do Związku Sowieckiego? Roman Kabaczij stwierdza, że 10 tys. osób wyjechało pod wpływem agitacji miejscowych komunistów, istniały tam też bliskie związki z ortodoksją i Rosją jako obrońcą prawosławia i „rosyjskości”. Aby wyjaśnić dlaczego nazywano ich „kacapami”, warto by też wspomnieć, że korzenie poglądów prorosyjskich tych ludzi sięgają jeszcze głębiej. To pod zaborem rosyjskim carskie wojsko „gorącym żelazem” nawracało unitów podlaskich do patriarchatu moskiewskiego. Niepokornych wysyłano na Syberię. Przykładem jest tragedia męczenników z Pratulina. Zostawiła tam ślad rusyfikacji też gubernia chełmska. Podczas I wojny światowej spora część ludności z okolic Chełma i południowego Podlasia znalazła się w Rosji, odchodząc z wojskiem rosyjskim; potem wróciła do II Rzeczypospolitej. Chełmszczanom i Podlaszczukom o poglądach komunistycznych, jak i prawosławnym wydawało się, że za nową granicą na wschodzie powojennej Polski będą wśród swoich.

Z kolei warto też wyjaśnić niektóre szczegóły chęci Łemków do wyjazdu. Tam pod zaborem austriackim też nie zabrakło carskiej agentury rosyjskiej, która zbałamuciła część Łemków przez wciąganie ich do moskalofilskich „Obszczestw (Towarzystw) Kaczkowskiego”. Modlili się do Białego Cesarza z Petersburga. Ponieważ nazywano ich Rusinami, dążyli do wyobrażeniowej Rusi, za którą brano ówczesną Rosję. To właśnie tam, we Florynce, po rozpadzie Austro-Węgier, na początku grudnia 1918 roku została powołana tak zwana Ruska Ludowa Republika Łemków, która była nastawiona prorosyjsko. W okresie międzywojennym zaistniały tam struktury komunistyczne powiązane z Moskwą. Niektórzy działacze nawet zmieniali swoje nazwiska na rosyjskie (Donskoj, Kogutow). Również tamtejsze wspólnoty cerkiewne wspierała Rosyjska Cerkiew Prawosławna. Dlatego z takich enklaw łatwiej było transferować Łemków do USRR.

Natomiast w Nadsaniu, na Ziemi Lubaczowskiej oraz na tych terenach, gdzie świadomość narodowa Ukraińców była wysoka i działał Kościół greckokatolicki, ciężko było oderwać tych ludzi od ich domów. Często dochodziło tam do brutalnych akcji wobec ukraińskiej ludności cywilnej popełnionych przez Wojsko Polskie i polskie podziemie wojskowe oraz NKWD. Chyba po raz pierwszy w historiografii niepodległej Ukrainy w tej książce znajdujemy sporo przykładów aktów terrorystycznych, dokonanych przez UPA podczas wyjazdów i transportowania rodzin ukraińskich. Na podstawie materiałów archiwalnych Roman Kabaczij stwierdza, że UPA broniła, a również na wszelki sposoby zastraszała ludność ukraińską, aby nie rzucali ziemi ojczystej. Konstatuje też, że po kilku spotkaniach lokalnych przywódców ukraińskiego i polskiego podziemia wojskowego i wspólnych sporadycznych akcji bojowych przeciwko nowemu reżimowi faktycznie nie doszło do stałego porozumienia. Zarazem z wysiedleniem ludności ukraińskiej UPA straciła swoje zaplecze na tak zwanym Zakerzoniu.

Osobno dr Kabaczij zbadał też los Bojków, przesiedlonych z okolic Ustrzyk Dolnych w 1951 roku podczas wyrównywania granicy między ZSSR i PRL.

Po przeczytaniu ponad 600 stronicowej książki można się tylko domyślać, że Roman Kabaczij pokonał, bez przesady, tysiące kilometrów śladami wysiedlonych polskich Ukraińców. Poszukiwał rodzin przesiedleńców nie tylko na stepach południa Ukrainy, ale również w zachodnich obwodach tego kraju, w Polsce, na Słowacji i w Białorusi. Spotkał jeszcze żywych świadków, z którymi nagrał wywiady, zdobył unikatowe zdjęcia ze zbiorów rodzinnych, które opublikował.

W ten sposób udało się prześledzić losy osobnych przesiedlonych skupisk polskich Ukraińców. W przeważającej większości uciekli oni z kołchozów stepowych i powędrowali, niektórzy nawet pieszo czy na furmankach, z powrotem w kierunku zachodnim. Na początku grzała ich jeszcze nadzieja na powrót do swej małej Ojczyzny. Łemkowie i Ukraińcy z Nadsania osiadali w obwodach lwowskim, tarnopolskim, stanisławowskim, a Chołmszczaki i Podlaszczuki przeważnie na Wołyniu. Pozostali tam na stałe. Tylko niewielka garstka zakorzeniła się na południu Ukrainy i Donbasie.

W książce zabrakło mapek, z których przeciętny czytelnik mógłby się dowiedzieć, z jakich terenów, dokąd i jak dokonywali swoje wędrówki polscy Ukraińcy.

Publikacja Romana Kabaczija „Wygnani na stepy. Przesiedlenia ludności ukraińskiej z Polski na południe Ukrainy w latach 1944–1946” jest bez wątpienia lekturą podstawową dla wszystkich, którzy zajmują się problemami relacji polsko-ukraińskich lub ukraińsko-polskich czy interesują się różnego rodzaju migracjami ludności ukraińskiej z PRL do Ukraińskiej SRR. Jest to też klucz do zrozumienia zachowań m.in. ukraińskich działaczy na stanowiskach państwowych czy samorządowych, ogólnie ludzi, którzy pochodzą z rodzin powojennych przesiedleńców z Polski. Nawet jeżeli są oni drugim czy trzecim pokoleniem, trudno jest czasem, może też podświadomie, takim osobom przezwyciężyć rodzinne negatywne stereotypy wobec sąsiadów – Polaków. Wynika stąd czasem niezrozumiała biurokracja i zdarzają się nieporozumienia w realizacji niektórych projektów czy przedsięwzięć.

Aby tego uniknąć, potrzebny jest dialog. Przykładem takiego porozumienia mogą służyć doroczne wzajemne gościny Łemków przesiedlonych do miejscowości Mariampol koło Halicza i przesiedlonych stąd Polaków na Śląsk. O relacjach wypędzonych Polaków i Ukraińców, ofiar Teheranu i Jałty, opowiada też nowy film „Pokucka Troja” produkcji Kuriera Galicyjskiego. Może dzięki publikacji omówionej książki Romana Kabaczija zrodzi się także idea poważnej konferencji naukowej.

Konstanty Czawaga
Tekst ukazał się w nr 9-10 (349-350), 29 maja – 15 czerwca 2020

X