Wojna to nie jest ekranowa fikcja fot. Paweł Bobołowicz

Wojna to nie jest ekranowa fikcja

Od ponad siedmiu lat każdego ranka ukraińskie media publikują komunikaty z frontu. Podawane są w nich informacje o dokonanych przez agresora ostrzałach i stratach ukraińskich sił zbrojnych. W niedzielę rano ukraińskie dowództwo poinformowało, że zginęło dwóch ukraińskich żołnierzy, a dziewięciu zostało rannych. Podporządkowani Rosji tzw. separatyści ostrzeliwali ukraińskie pozycje przy użyciu artylerii, moździerzy, ciężkich karabinów maszynowych, broni snajperskiej. Pod ogień trafiły m.in. miejscowości Zołote, Nowohnatiwka, Pryczepliwka, Wodiane, Nowoaleksandriwka i „wioska miejskiego typu” Niu-Jork (tak, tak Nowy Jork). Może ostrzelanie akurat 11 września ukraińskiego „Nowego Jorku” miało być specjalnym „żartem” putinowskich terrorystów. Jak w wielu poprzednich komunikatach i w tym jest informacja, że „w odpowiedzi ukraińscy obrońcy otworzyli ogień”.

Dwóch zabitych i dziewięciu rannych ukraińskich żołnierzy to więcej niż zazwyczaj, ale i ta liczba nie wywołuje nadzwyczajnej reakcji. Na Ukrainie wojna bowiem toczy się każdego dnia i w jakiś ciężko zrozumiały sposób wiele osób już się do niej przyzwyczaiło, a wielu na nią nawet nie zwraca uwagi. To o tyle dziwne, że chyba już ciężko znaleźć miasto, a nawet mniejsze miejscowości, w których nie byłoby grobów ukraińskich żołnierzy poległych w obronie swojej ojczyzny, w wojnie, która trawi ich kraj od 2014 roku. Każdy zabity i ranny żołnierz, to przecież cierpienie jego bliskich, dramaty w rodzinach, osierocone dzieci.

Rosyjska wojna przeciwko Ukrainie to także okupacja Krymu. W ubiegłym tygodniu rosyjskie służby znów dokonały masowej akcji represji wobec Tatarów krymskich. Zatrzymano pięciu działaczy krymsko tatarskich, w tym wiceprzewodniczącego tatarskiego parlamentu Medżylisu Narimana Dżelałowa pod absurdalnymi zarzutami dywersji – wysadzenia gazociągu na Krymie. Nie ma wątpliwości, że to zemsta za organizację i udział w Platformie Krymskiej. Dżelałow 23 sierpnia był jej aktywnym uczestnikiem w Kijowie. Wtedy przedstawiciele ponad 40 państw, w tym wszystkich państw UE i NATO zapewniali o swoim poparciu dla prześladowanego narodu krymskotatarskiego. Dziś milczą.

Niestety nie milczą za to polscy generałowie (na szczęście będący w rezerwie), którzy krytykują polski rząd za podejmowane działania w obliczu rosyjsko-białoruskich ćwiczeń Zapad 2021. Dla tych generałów w ćwiczeniach wszystko jest normalne, oprócz obaw polskich władz o bezpieczeństwo własnych obywateli. Ci sami generałowie (jakże często z peerelowskimi korzeniami i wiarą w potęgę układu warszawskiego) przez lata nie potrafili przygotować Polski do obrony przed możliwą agresją ze wschodu. Może nic zatem dziwnego, że dzisiaj nie chcąc być rozliczani ze swoich zaniechań i uwielbienia dla sowieckich towarzyszy, pierwsi krzyczą: nie ma żadnego zagrożenia! Dla nich, ale też dla wielu ekspertów, przez lata wojna była fikcją. Zawsze w takich sytuacjach przypomina mi się analiza TVN z 16 marca 2014 roku pod tytułem „Sześć powodów, dla których Rosji nie opłaca się aneksja Krymu”. Putin mądrej analizy nie przeczytał i na drugi dzień aneksję podpisał. Dzisiaj niewątpliwie putinowskie i łukaszenkowskie służby czytają bzdurne wypowiedzi niektórych polskich generałów rezerwy (niestety, także niektórych polityków) i wyciągają wnioski, na ile polskie społeczeństwo może być obojętne na agresję, na prześladowania własnego społeczeństwa, na prześladowania działaczy polskich mniejszości narodowych. Usypianie naszej czujności, to też cel wschodnich służb. Tym bardziej należy pamiętać, że wojna w dzisiejszych czasach wcale nie jest ekranową fikcją i tu wcale nie chodzi o to, by się bać, lecz o to, żeby być przygotowanym na każdy możliwy scenariusz. Tylko tak będziemy bezpieczni.

Paweł Bobołowicz

Tekst ukazał się w Kurierze Lubelskim

Tekst ukazał się w nr 17 (381), 17–30 września 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code

X