Werbka. Historia polskiego osadnictwa wojskowego

Werbka. Historia polskiego osadnictwa wojskowego

W historii wojskowości wieś Werbka w woj. tarnopolskim znalazła swoje miejsce dzięki „wycięciu w pień” przez petlurowców i polskich ułanów w 1919 r. „szkoły czerwonych komandirów” ulokowanej tu w celu kontroli niżniowskich mostów przez Dniestr. W centrum uwagi sztabowych generałów Werbka trafiała jeszcze nie raz. Teraz Werbka to nawet nie wieś, a okolica z rzadko stojącymi glinianymi chatami, zamieszkałymi przeważnie przez Łemków, do dziś głośno narzekających na wszystko, co tylko było kiedyś polskie.

W pamiętnych dniach lipcowych 1920 r., kiedy wróg docierał do bram Warszawy, Rada Obrony Państwa wydała odezwę zapowiadającą, że ochotnicy Wojska Polskiego po odparciu wroga i zakończeniu wojny otrzymają bezpłatnie ziemię jako nagrodę za trudy i przelaną krew w obronie Ojczyzny. Obietnica Rady Obrony Państwa nie pozostała bez echa. Ochotnicy Wojska Polskiego ziemię otrzymali i zaczęli na niej gospodarować spełniając swe nowe zadania.

Po ogłoszeniu ustaw osadniczych wiosną 1921 roku władze powiatowe przystąpiły do ich praktycznego wykonania: kwalifikowania i osadzania żołnierzy na działkach. Przejmowanie ziemi na rzecz państwa odbywało się do 1923 r., gdyż w tym roku Sejm Ustawodawczy wstrzymał dalsze przejmowanie ziemi. Ogółem na podstawie ustawy z dnia 17. XII 1920 r. zostało przejętych i oddanych na osadnictwo wojskowe 785 majątków o ogólnym obszarze około 137 000 ha. Na tym obszarze osadzono 7 918 osadników wojskowych. W roku 1921 – 421, w roku 1922 – 3190, w roku 1923 – 1776, w roku 1924 – 900, w roku 1925 – 523, w roku 1926 – 467. W latach późniejszych – 641. Największe działki wynosiły przeciętnie ok. 14 ha. 42,3% osadników było podoficerami, 11,9% oficerami młodszymi, a więc podporucznikami, porucznikami i kapitanami, 3,9% – oficerami sztabowymi i wreszcie 1,2%, tj. 94 osoby – generałami.

Rannych wśród osadników było 2322 (29,5% od ogólnej liczby). Przeważali szeregowi, było ich 83%. Orderem najwyższym (Virtuti Militari) odznaczono 750 osadników, a 2673 – Krzyżem Walecznych.

Pod względem wykształcenia analfabeci stanowili 1,2%, 64,3% posiadało wykształcenie niższe, 28% średnie. Osadników z wykształceniem wyższym było 512 (6,5%). Najwięcej z nich przed wojną było rolnikami (70,3%), urzędnikami (7,1%), uczniami (6,6%), tj. do wojska przyszli z ławy szkolnej. Rzemieślnicy stanowili 6,9% osadników, inni – 9,15% (zawodowi wojskowi, handlarze itp.).

Jak odbywał się proces nabycia ziemi? Wiosną 1921 r. do przyjętych na osadnictwo majątków zostały skierowane tak zwane kolumny robocze – były to oddziały wojskowe uformowane z przeznaczonych na osadników żołnierzy. Działali oni do jesieni 1921 r. Ich zadaniem było pierwsze zagospodarowanie ziemi (włączając pierwsze zasiewy). Z ich właśnie rąk otrzymywano osadnicze ziemie (już z miedzami).

Wspomniana ustawa nie zawierała słów o odszkodowaniu, czym krzywdzono wcześniejszych właścicieli, którzy od razu zajęli wrogą pozycję wobec osadników. Uważano ich za intruzów zagarniających im ziemię. W wielu przypadkach świadome ziemiaństwo nie sprzeciwiło się osadnictwu: Krzeczunowiczowie w Bołszowcach, hr. Cieńscy w powiecie Horodenka (wioska Władysławówka), w tej liczbie również rodzina hr. Badenich w Werbce.

Werbka. Kościół rzymskokatolicki (parafialny) pw. Najświętszego Serca Jezusowego, fot. autorów wykonane 30.09.2021 r.

Warunki, w których okazał się nowy właściciel ziemi, były bardzo trudne. Działki były przeważnie oddalone od miast i stacji kolejowych (przeciętne oddalenie od stacji to 14–45 km, brakowało też dróg i zwyczajnie studni.

Problemem stało się też zabezpieczenie osadników w materiał budowlany (budulec). Pomoc gotówkowa wskutek dewaluacji marki też utrudniała życie i gospodarowanie. Do tegoż przydział (asygnatę) na drewno budowlane (obiecano 80 m3 na jednego gospodarza) państwo umieściło tylko w lasach państwowych, a często znajdowały się one w odległości do 100 km od nowego miejsca gospodarowania. Dlatego z przeznaczonego drewna za cały ten czas skorzystało tylko 53,6% osadników.

Stan skarbu państwa po wprowadzeniu złotego, tj. po ustabilizowaniu się waluty, był taki, że państwo nie mogło asygnować na osadnictwo więcej niż 2–3 mln złotych. Ograniczenia czasowe również dotknęły osadników: obowiązkowym był rok na osiedlenie i trzy lata na zagospodarowanie. Te trudne warunki przyczyniły się do tego, że osadnicy zdecydowali się na wspólną walkę z trudnościami i niedostatkami: już w marcu 1922 r. został powołany do istnienia Związek Osadników Wojskowych przekształcony w roku 1929 w Związek Osadników.

Oto statystyka stanu i rozwoju osadnictwa w roku 1933:

Z około 137000 ha ziemi przekazanej na osadnictwo 3500 ha okazało się pod zabudowaniami, 6000 ha pod ogrodami i sadami, 89500 ha ziem ornych. 30000 ha łąk i pastwisk i 8000 ha gruntów leśnych i nieużytków.

Na ziemi ornej osadnicy uprawiają zboża kłosowe, przemysłowe – na 3000 ha, okopowe – na 10000 ha, inne na pozostałych 27000 ha. Zbiory z gruntów osadniczych okazały się wyższymi od zbiorów z gospodarstw chłopskich o około 10%.

Do roku 1930 osadnicy zbudowali: oddzielnych budynków mieszkalnych – 4747, z czego 8,35% murowanych i 91,7% drewnianych, 22,5 % krytych ogniotrwale.

Do roku 1933 osadnicy już byli zorganizowani w 363 (34,5%) kółkach rolniczych. Z 68 istniejących domów ludowych osadnicy zorganizowali 33 (48,6%), z 356 bibliotek osadnicy zorganizowali 39. Niektóre są użytkowane do dziś, po zmienieniu jedynie nazwy w „klub wiejski”, „czytelnia”, dom „Proswity” – w okolicach Stanisławowa to Głęboka k. Otynii, Krechowce (teraz na terenie Iwano-Frankiwska) oraz inne.

Przy temacie osadnictwa na ziemiach od Niemna do Czeremoszu należy wspomnieć też o osadnikach niewojskowych (było ich ok. 8000), jak też o osadnictwie cywilnym, czyli osób, które nabyły ziemię (grunty) na podstawie reform rolnych. W sumie państwo stymulowało rozwój gospodarek chłopskich, „utrudniając życie” ziemiaństwu, wymagając od niego modernizacji i ograniczając rozmiary działki. Nieprawdą jest twierdzenie, że lepsze grunty były zabierane od ukraińskiego chłopstwa i oddawane w ręce polskich osadników, na ogół zwanych „mazurami”. Może o tym świadczyć nawet fakt trudności w organizowaniu kołchozów. W tym czasie ukraińskie chłopstwo było przekonane, że kupowanie czy „skup” działek – to gwarancja spokojnej starości, ponieważ ziemi wcześniej nigdy nikomu nie odbierano. Jeden z autorów tego artykułu zna fakt tego zjawiska w jednej z wiosek powiatu rohatyńskiego, gdzie już po wszelkich reorganizacjach, tj. kompletacji kołchozów, następnie ich likwidacji na początku lat 90. jedna z mieszkanek, kobieta w zaawansowanym wieku, na wymaganie opłaty (mizernej) za udokumentowanie starej chaty i podwórka, zresztą niewiele wartych, wszczęła awanturę przed księgową urzędu gminy: „(…) dlaczego mam płacić coś za jakąś tam prywatyzację. Przecież cała wioska wie, że to chata moja, kogo chcesz, spytaj się, Haniu. A gdyby tak żył jeszcze twój dziadek, to mogła byś jego się spytać: przecież drewno z lasu nam woził i jemu płacono, a to co ty wymyślasz, to jakieś głupstwo, każdy we wsi to wie”.

„(…) Ziemia ani nie spłonie, ani nikt jej po prostu nie weźmie, ani nie utopi się ziemia”.

Czerwoni agitatorzy pod koniec lat 40. niemało się natrudzili, żeby przekonać chłopów do „przewag” kołchozów. Stosowano różne „argumenty”. Mój kolega w pierwszych latach powojennych został sierotą, tj. zabito mu, pięcioletniemu, ojca. Tylko za to, że „agitował” ludzi o wstąpienie do kołchozu. Agitacja polegała na tym, że komuś tam na wsi Tułuków około Zabłotowa radził: „Nie zaczynajcie sobie z bolszewikami, mówię wam, piszcie się do tych kołchozów. Bolszewicy zepchnęli cara, a to była potęga, w czasie I wojny ja byłem w Rosji, sam widziałem. Także wy, jedna wieś dla nich – na jeden ząb”. „Konkretnie ojca kolegi zabili jako komunistę, chociaż komunistą nigdy nie był. A co w swoim życiu on poznał – to tylko ciężką pracę na roli, jak się mówi dnia było mało”.

Celem osadnictwa było powtórne oddanie losu ojczyzny w ręce zaufanych ludzi, wypróbowanych w latach wielkiej wojny. Jak pokazało życie, myśl ta była właściwą. Na przykład, już w pierwszych latach istnienia osadnictwa na południowym Podolu wyłapano czerwonych terrorystów – tzw. „czerwoną dwunastkę” pod dowództwem watażków – Szeremety i Melnyczuka, później rozstrzelanych w kryminale w Czortkowie.

Osadnik wojskowy dla sowieckiej propagandy był gorszym od samego diabła, w żadnym razie niepodlegający przekonywaniu czy naprawie. Pozostawało jedno – niszczenie go na różne sposoby, wraz z najgłębszymi korzeniami, socjalnymi lub rodzinnymi – do któregoś pokolenia. Władze komunistyczne wymyśliły wywózkę (transfer) rodzin osadników w krytyczne dla człowieka warunki bytu, jak napisała później Beata Obertyńska – „na nieludzką ziemię”.

Bolszewikom tak się spieszyło z wywózką „wrogiego elementu”, że w pewnych przypadkach „wywózka” stała się „wyjściem”, ponieważ „wyjeżdżało się pieszo”. Kolei nie zdążono jeszcze dostosować do europejskiej szerokości (na terytorium Pokucia i Podola zrobiło to parę tygodni później wojsko węgierskie). „Oczekiwała na podróżnych” tylko kolej na lewym brzegu Zbrucza, zaczynając od stacji Jarmolińce.

A do Jarmoliniec ze wsi Hermakówka (koło Czortkowa) też polscy policjanci z Kołomyji dostawali się pieszo. Dalsze warunki podróży nie były lepsze. Wśród „wywożonych nie było starców, chorych, kobiet po połogach, niemowląt – byli tylko wrogowie pracującego ludu”. Tak oczywiście nie było. Wykazy osób i rodzin, podlegających wywózce, były dokładnie opracowane przez komunistyczne podziemie – ich agentów w Polsce, tj. na Kresach, nie brakowało. W powiecie Rudki wpisywane były ze specjalnym znaczkiem kobiety w ciąży: naprawdę, człowiek jeszcze się nie urodził, a na niego już czyhano, by go zabić.

To piekło na ziemi jest dokładnie opisane, byleby teraz chciano o tym czytać. Niektórym czytelnikom wydaje się rzeczą niemożliwą, by coś takiego miało się im przytrafić. Szukają przyczyn lub winy w ofiarach. Panie Boże, nie dopuść!.

Wywózki ze Stanisławowa odbywały się z ulicy Kolejowej. Wywożonym nie nadawano statusu więźnia lub „ukaranego sądem”, dlatego trudno im teraz uzyskać rehabilitację. Były to tylko decyzje „komitetu wiejskiej biedoty”, wkrótce zlikwidowanego. To też znaczy, że na okradzionych w drodze nie ma żadnych „papierów”. Podobnie z umarłymi w drodze i z pochowaniami ciał. Nie ma też jasności jeśli chodzi o liczbę wywiezionych. W tym miejscu powróćmy do naszej Werbki koło Koropca.

Otóż, Kazimierz hr. Badeni, właściciel i dziedzic klucza „Koropiec” w latach 20. XX w. przekazał osiedleńcom wojskowym część swoich terenów, a mianowicie grunty nieużywane przy wjeździe do Koropca, tak zwane „łąki”. Do połowy lat trzydziestych na miejscu „łąk” (po ukraińsku „łuhów”) powstała i rozwinęła się wioska wyłącznie osadnicza, nazwana „Werbka”. Z glinianymi lepiankami, krytymi strzechami z żytniej słomy – była ta Werbka znacznie uboższa od sąsiednich Koropca lub Nowosiółki Koropieckiej, o czym pisze znany we wspomnieniach urodzony w Koropcu lekarz Michał Sobków.

Koniec II wojny światowej Werbka przyjęła już jako wieś sowiecka. Po wywózce osadników ludność Werbki zmalała. Na miejsce Polaków przywieziono Łemków z Polski Ludowej. Ich potomkowie mieszkają tu do dziś.

Pozostał zniszczony budynek – kościół rzymskokatolicki (parafialny) pw. Najśw. Serca Jezusowego zbudowany w XIX w. W roku 1929 w Werbce utworzono osobną rzymskokatolicką parafię należącą do buczackiego dekanatu. Pierwsza wspomniana jest w źródłach z 1864 r. jako własność Mysłowskiego. Na frontonie kościoła widoczny jest wizerunek Najświętszego Serca Jezusa, przed frontonem jest grota z figurą NMP Fatimskiej. W latach kołchozowych wioska stała się ośrodkiem produkcji chemii dla gospodarki rolnej. W kościele trzymano nawozy – celowo dla niszczenia ścian. Ale w rozmowach z niniejszymi mieszkańcami Werbki przeważają motywy tolerancji.

Werbka. Kościół rzymskokatolicki (parafialny) pw. Najświętszego Serca Jezusowego, fot. autorów wykonane 30.09.2021 r.

W Werbce pozostało jeszcze dość sporo glinianych lepianek. Wprawdzie to co przed wojną było Werbką, stanowi teraz tylko jej część. Pozostałe części wsi („ulice”) mają teraz inne, bardzo wymyślne nazwy: Zatyszne, Wilne, Dibrowa. Wioska Werbka ma teraz około 400 domów z takąż liczbą mieszkańców. Pobliska Dibrowa zwiększa liczbę o jeszcze blisko 100 osób. W Werbce funkcjonuje szkoła, są dzieci. Na cmentarzu, nawet nieźle zadbanym, starych (z lat przedwojennych) nagrobków nie widać. Werbka należy do gminy Koropiec w rejonie czortkowskim województwa tarnopolskiego i ma własnego starostę.

Pozostaje dodać, że stare łąki Werbki częściowo pokrył las. Faktycznie Werbka – to wysoki podolski garb na wysokości od 363 do 393 m nad poziomem morza. Werbka ma nadal kłopoty z przebiciem się do wody głębinowej – dwudziestometrowe studnie nie są tu rzadkością. Przecież Podole – to wapienna płyta pod nogami.

Leon Orzeł
Petro Hawryłyszyn

Tekst ukazał się w nr 19 (383), 15 – 28 października 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X