20 czerwca w sanktuarium Matki Bożej Winnickiej w Winnikach koło Lwowa odbyła się inauguracja Towarzystwa Polskiego Dziedzictwa Kulturowego, które na swego patrona wybrało ks. dra Henryka Mosinga (ojca Pawła). Sylwetkę wybitnego naukowca oraz duszpasterza Kościoła lwowskiego przybliżył ks. dr Oleg Salamon.
Na uroczystości zgromadzili się założyciele, członkowie i sympatycy nowej organizacji społecznej z Winnik, Lwowa, Malechowa, Hamalijewki i innych miejscowości. Zebranie zaszczycili swoją obecnością konsul generalny RP we Lwowie Eliza Dzwonkiewicz i konsul Dorota Dmuchowska.
Kustosz sanktuarium Matki Bożej Winnickiej ks. Leon Salamom, który jest prezesem Towarzystwa, w wywiadzie udzielonym Kurierowi powiedział:
–Już dawno z bratem myśleliśmy, żeby jakoś gromadzić ludzi, żeby przekazywać im polskość. Jednym z naszych celów jest tworzenie wspólnoty jako przestrzeni rozwoju, podobnie jak to się dzieje w naszej Polskiej Szkółce Sobotniej, dokąd przychodzą dzieci, ale też dorośli, żeby się uczyć. Kiedy pierwszy raz rozmawiałem z konsul Elizą Dzwonkiewicz, zaproponowała, żeby to dzieło przywiązać do patrona, ks. Pawła, którego tutaj wszyscy bardzo dobrze znają. To Henryk Mosing. Jesteśmy jego wychowankami – sam służył ludziom i nas w tym duchu wychowywał. Jednym z celów jego Instytutu, do którego razem z bratem i wieloma księżmi należeliśmy, była nasza obecność i dyspozycyjność dla ludzi. Pomagać, głosić Ewangelię, rozwijać swoją tożsamość. Tożsamość tego, kto ma do przekazania innym coś, co sam otrzymał. Mnie na przykład języka polskiego uczyła w dzieciństwie moja babcia. Nie było polskiej szkoły. Elementarz, który mieliśmy w domu, był starannie ukrywany, ze strachu oczywiście. W czasach sowieckich bano się przyznawać do polskości. Były prześladowania jak za czasów naszych ojców i dziadków. W czasie Głodomoru połowa rodziny została zabita, bo pradziadek miał kawałek ziemi, którą uprawiał, a ponadto był Polakiem i katolikiem. Kiedy znaleźli u nich worek ziarna, po prostu ich zamęczyli na śmierć. Trzymali w domu dopóki wszyscy z tego domu nie poumierają. I właśnie tę tradycję zaczęła przekazywać moja babcia. Potem już kontynuował to ks. Paweł. Przyjeżdżający do niego poznawali też język polski. Obecnie również my wyznaczyliśmy sobie taki cel, żeby polskie rodziny, które tutaj zostały, odnalazły swoją tożsamość i jako takie znalazły swoje miejsce w społeczeństwie. Do naszego Towarzystwa mogą należeć nie tylko Polacy, ale też Ukraińcy, którzy chcą poznawać kulturę polską. Dwa sąsiednie kraje powinny się jednoczyć, być razem, zwłaszcza wobec agresji rosyjskiej. Tutaj na przykład w Winnikach, gdy się spojrzy na rodziny, to właściwie każda ma pochodzenie polskie. Nieraz przychodzą ludzie po wielu latach, mówiąc, że nie chodzili do kościoła i nie przyznawali się do polskiego pochodzenia, a teraz chcą uczyć się języka i czuć się Polakami. Mówią moja babcia była…, mój dziadek był… Praktycznie każda rodzina ma korzenie polskie. Byliśmy tu wymieszani, podobnie jak Ukraińcy. Ja sam jestem z Podola. Kiedy mieszkałem na Podolu, nigdy nie słyszałem o jakimś nacjonalizmie, nieprzyjaźni. U nas zawsze było tak: jak jest człowiek, to jest człowiek, nikt nie zważał, że to jest Polak, Ukrainiec czy Żyd. Najpierw było się człowiekiem. Najpierw masz być człowiekiem. Myślę, że to trzeba przekazywać i jako księża mamy z bratem dawać takie świadectwo. I naśladować też ojca Pawła, który właśnie nas tego uczył, żeby służyć i pomagać.
fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski
Członkowie nasi też są ze Lwowa, Malechowa, Hamalijewki – mówił dalej ks. Leon Salamon. – Nawet jest kobieta z Nikopola. Jej rodzice byli w Kazachstanie, w Rosji. Ojciec był Polakiem. Ona przyjechała z uchodźcami. Problem jest też taki, że niektórzy nie mówią po polsku, bo nie mieli takiej możliwości. Na przykład moja mama bardzo słabo rozmawiała po polsku, bo babcia bała się w tych czasach ją uczyć. Wtedy na Podolu były wielkie prześladowania. Ale już nasza babcia mówiła nam, że Sojuz nie był taki mocny. Dlatego z bratem chcemy służyć nie tylko w Winnikach. Towarzystwo będzie otwarte dla wszystkich, i lwowiaków, i z okolic, i z całej Ukrainy.
Bracia ks. Leon Salamon i ks. Oleg Salamon, który teraz jest proboszczem w podlwowskim Malechowie pochodzą z Gródka Podolskiego.
– Pierwszy raz spotkałem ks. Henryka Mosinga w parafii w Gródku, kiedy poszedłem do niego do spowiedzi – wspominał. – Miałem wtedy siedem lat. Pamiętam, jak starszy ksiądz ubrany w płaszcz i czapeczkę wszedł do kościoła, zdjął czapeczkę, wszedł do ‘szafy’, w której zawsze spowiadał. Podszedłem i on, co ciekawe nie tylko spowiadał. On wypytywał, pytał co wiem o Panu Bogu. Pytał czy od czasu do czasu czytam Katechizm i było mi ciekawie tam chodzić, bo czułem, że ja go w jakiś sposób interesuję. Dla mnie, chłopaka, który stracił ojca, to było ważne. Teraz, z perspektywy czasu na to patrzę i odbieram to jako łaskę, ponieważ wychowywany byłem w niezbyt tradycyjnej katolickiej rodzinie. Obchodziłem pierwszy piątek miesiąca i o. Paweł zawsze przyjeżdżał w pierwsze piątki. I faktycznie udało mi się od dzieciństwa mieć takiego stałego spowiednika, z którym mogłem rozmawiać, pytać go o różne rzeczy. On w miarę moich dziecięcych lat chciał być obecny w moim życiu. Było tak również później, kiedy jako jego uczeń mogłem z nim zawsze rozmawiać, dyskutować. On zawsze poważnie traktował moje słowa, idee, moje myśli, moich refleksje na ten czy inny temat i sytuację w moim życiu. Pozostało mi to na całe życie, że niezależnie od tego, czy jestem mały czy dorosły, ale jestem szanowany. To takie ogromne docenienie mojej wartości, mojej godności. I to mnie zawsze zachwycało. Kiedy zaprosił mnie, żeby od czasu do czasu jeździć z nimi i pomagać, przychodziłem regularnie. Najpierw jeździłem z nimi do Miastkówki, do Lwowa, do Gródka. Później jeździłem jeszcze dalej na wschód. Ale ważne było dla mnie to, że mogłem się u nich uczyć. Ja w ogóle lubiłem dużo czytać i każdego razu, kiedy przychodziłem było dla mnie ważne, że nie tylko otrzymywałem zadanie by coś przeczytać, ale że ze mną rozmawiano, słuchano, dyskutowano. I to było coś co dawało mi motywację.
Podczas inauguracji Towarzystwa dzieci z parafii w Winnikach recytowały i śpiewały po polsku.
– Tutaj nie było nauczania języka polskiego – powiedziała Tatiana Nimeć, nauczycielka. – Zaczęło się to chyba parę lat temu. Taka była inicjatywa rodziców i dzieci, żeby uczyć się języka polskiego. No i powstała Sobotnia Szkoła przy parafii. Mamy cztery, pięć klas dla dzieci w różnym wieku. Są dzieci, które jeszcze nie chodzą do szkoły, mają pięć lat, nawet i młodsi – cztery lata. Są grupy różnego wieku. Podobnie młodzież. Jest inicjatywa, żeby przychodzili tutaj uczyć się języka polskiego również dorośli.
fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski
Uczestników zebrania inauguracyjnego przywitała Eliza Dzwonkiewicz, konsul generalny RP we Lwowie. Podzieliła sie też refleksjami z Kurierem:
– Bardzo się cieszę, że dzisiaj jesteśmy na tym spotkaniu inaugurującym powstanie polskiej organizacji w podlwowskich Winnikach przy sanktuarium Matki Boskiej Winnickiej. Tej organizacji będą przewodniczyć dwaj księża, którzy są uczniami ojca Pawła czyli ks. doktora Henryka Mosinga. To wyjątkowa postać, o której może nie będę teraz opowiadać, bo nie da się krótko powiedzieć o nim. Tyle tylko, że był to naukowiec, który walczył z tyfusem plamistym w terenie i w czasie okupacji niemieckiej i później na terenie całego Związku Radzieckiego. Ale był również księdzem, który działał w podziemiu, w ukryciu i który miał swoich wychowanków. Był dla nich ojcem duchowym i właśnie ci księża są jego uczniami. Więc to ich inicjatywa, żeby powołać tutaj polską organizację, w miejscu, gdzie nigdy nie było polskiej szkoły. Gdzie są ludzie mający polskie pochodzenie, ale nigdy w domach nie rozmawiali po polsku. To jest wracanie do źródeł. To bardzo piękna inicjatywa, a tym piękniejsza że w czasie wojny, kiedy bardzo dużo rzeczy zamiera. Kiedy ludzie wyjeżdżają, opuszczają swoje miejsca, także różne organizacje, do których należeli, a tutaj coś nowego się narodziło, coś pięknego. Cieszę się z tego bardzo, jestem wdzięczna obu księżom. Życzę żeby to była inicjatywa, która przetrwa ten czas niełatwy, ale wierzę, że ten patron, którym został właśnie ks. Henryk Mosing będzie wspierał tutaj wszystkich, którzy chcą robić dobre rzeczy.
Konstanty Czawaga







