W miasteczku dla uchodźców we Lwowie fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

W miasteczku dla uchodźców we Lwowie

Jak już informował Nowy Kurier Galicyjski 19 kwietnia br. Premier RP Mateusz Morawiecki otworzył w Parku Stryjskim we Lwowie specjalne miasteczko kontenerowe dla uchodźców. Jest to inicjatywa Rządu Polskiego zrealizowana przy współpracy polskich i ukraińskich władz.

– W tym miejscu tymczasowe schronienie znalazły 252 osoby, przeważnie kobiety i dzieci ze wschodu Ukrainy uciekające przed rosyjskim najeźdźcą – powiedział Wołodymyr Hołowatyj, koordynator miasteczka. – Są to uchodźcy z ługańskiego, donieckiego, nikołajowskiego i chersońskiego obwodów, a również z Charkowa, Dniepru, Kijowa… Wielu z nich nie wie, czy ich mieszkania ocalały na terenach, gdzie toczą się walki. Mamy kilka rodzin z Mariupola, które straciły dorobek całego życia i nie mają dokąd wracać. Ci ludzie są bezbronni. Oni najtrudniej poddają się socjalizacji, bo oprócz elementarnych rzeczy potrzebują przede wszystkim dachu nad głową. Mamy tzw. „gorącą linię” pomocy psychologicznej. Mamy namiot, gdzie wspólnie bawią się dzieci ze Lwowa z dziećmi uchodźców. Ma tu miejsce adaptacja przez zabawę, co przebiega lżej, spokojniej i szybciej. Dzieci różnie reagują na syreny alarmowe, chociaż mamy tu schron. Każda rodzina ma swoją smutną historię, o której nie zawsze chce opowiadać. Swe przeżycia chowają w sobie. Szczególnie widać to u dzieci. Podczas zabaw zaczęły się do siebie przyzwyczajać. Wcześniej mieszkały w różnych częściach Lwowa i nie znały się. Teraz tworzą tutaj jedną wielką wspólnotę, która wspólnie rozwiązuje problemy. Pierwsze doświadczenia wykazują, że tego rodzaju miasteczko dla uchodźców było potrzebne. Mieszkają tu ludzie przeniesieni z sal sportowych i tu czują się bezpieczni. Śpią nie na materacach czy karimatach, a mają wygodne łóżka, zamykają się drzwi w pokoikach. Trzymają tam swoje rzeczy i odczuwają coś w rodzaju własnego zacisza, bo są tam ze swymi rodzinami.

Nie ma żadnych napięć pomiędzy mieszkańcami miasteczka. Są trudności w obcowaniu, bo są tu dzieci w różnym wieku, ale wszyscy rozumieją, że są tu nie po to, aby świętować, lecz dlatego, że połączyła ich wspólna bieda. Ludzie układają sobie życie. Problemy próbujemy rozwiązywać wspólnie. Takiego zacisza nie mieli w salach sportowych, szkołach czy przedszkolach, gdzie wcześniej ich umieszczono. Wspólny posiłek, wspólny byt, wspólne problemy dają im możliwość na chwilę wyłączyć się, zapomnieć o emocjach, socjalizować się we Lwowie. Jest to dla nich bardzo ważny moment, dlatego tego rodzaju miasteczko było bardzo potrzebne.

Ludmiła razem z wnukiem uciekła z miasta Konstantynów w obwodzie donieckim.

– Gdy wybuchły walki w mieście, byliśmy zmuszeni zostawić wszystko i uciekać – opowiada. – Zostawiliśmy wszystko, zapomniałam nawet wziąć nitki z igłą. Mieszkaliśmy w mieszkaniu na trzecim piętrze pięciopiętrowego bloku. Uciekaliśmy biegnąc. Z Kramatorska mieliśmy pociąg, a na drugi dzień w ten dworzec uderzyły rakiety. Mieliśmy szczęście. Mieszkam tu z wnukiem. Jestem jego opiekunką, bo jest inwalidą. Jest nam tu dobrze. Podobają mi się lwowianie – są dobrzy i serdeczni. Otrzymaliśmy rzeczy, które są nam potrzebne, aby się przebrać. Gdy wyjeżdżaliśmy było u nas plus 22 stopnie, a tu zimno. Przypadkowo spotkałam kobietę w tramwaju. Okazało się, że jest wolontariuszką i przywiozła do nas kilka skrzyń z odzieżą.

Podobnie uciekał z Charkowa Wiktor, inwalida.

– Nie miałem zamiaru wyjeżdżać, ale żona nalegała, gdy zaczęto bombardować Charków – wspomina. – Przyjechaliśmy do Lwowa pociągiem. Początkowo mieszkaliśmy w Akademii Rolniczej. Było nas 150 osób w sali sportowej. Potem wolontariusze skierowali nas tu. Są tu normalne warunki. Na razie nie możemy wrócić do Charkowa, bo raszyści bombardują nasze miasto.

Poznaliśmy w tym miasteczku Natalię z Kijowa, która akurat sprzątała koło wejścia do swego tymczasowego mieszkania.

– Zupełnie nie spodziewałam się, że może coś podobnego się wydarzyć we współczesnym świecie. Człowiek ma jakieś plany, coś gromadzi, urządza sobie życie, a tu przyszło to wszystko zostawić – podkreśla. – Ucieczka tylko w tym, co się ma na sobie – to strasznie. Zaczęło się od tego, że obudziłam się od huku bomb. Byłam optymistką, że nie będzie tak strasznie. Potem, gdy bombardowania nasiliły się, wyjechaliśmy za miasto na daczę. Tam widzieliśmy jak nadal spadają bomby, jak płonie magazyn paliw. Razem z mamą i dziećmi często chowaliśmy się w piwnicy. Było tam zimno i niewygodnie. Nie mogliśmy tego dłużej wytrzymać, wsiedliśmy do auta i przyjechali do Lwowa. Napisałam list do mera Lwowa Andrija Sadowego, a on skierował nas do tego miasteczka. Bardzo nam się tu podoba, mamy swoje mieszkanie, wszystko jest nowiutkie. Mieszkamy we trójkę: moja mama, ja i moja córka. Śledzimy najnowsze wiadomości. Wiele naszych znajomych i przyjaciół wyjechało za granicę, ale my nie chcemy tam jechać. Tu jest nasza ziemia, Ukraina i chcemy wrócić do Kijowa. Na razie jest tu bezpiecznie, ale gdyby i tu było niebezpiecznie, to trzeba byłoby gdzieś uciekać. Jesteśmy jednak optymistkami i po 10 maja chcemy wracać do domu.

Dziewczynka, która bawiła się z pieskiem, wyjaśniła, że nie było go z kim zostawić w Kijowie. W sąsiedni dom trafiła rakieta i wszyscy mieszkańcy uciekli.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Obok miasteczka kontenerowego ulokowano punkt UNICEF dla dzieci.

– Jest to fundacja ONZ pomocy dzieciom UNICEF – wyjaśniła nam Olesia Danyszenko, koordynator punktu. – Zaczęliśmy działać we Lwowie przed miesiącem. Mamy w mieście takie trzy lokacje: w Parku Stryjskim, na stadionie Arena-Lwów i koło Szewczenkowskiej administracji rejonowej. Jesteśmy nastawieni na pomoc uchodźcom, ich dzieciom i ich rodzinom. Mamy trzy podstawowe cele działalności. Przekazujemy informację, dokąd należy się zgłosić, aby załatwić dokumenty i jak otrzymać pomoc finansową. Konsultacja w tej sprawie jest dla uchodźców konieczna. Podstawowe nasze zadanie – to socjalizacja dzieci, które zmuszone były opuścić swe domy. Mamy tu strefę gier i zabaw dla dzieci w różnym wieku. Organizujemy zajęcia szkoleniowe, rozwijające i komunikacyjne. Jest to świadome spędzanie czasu przez dzieci. Pomaga to w rozładowaniu stresów i w zdystansowaniu się do tych przeżyć i problemów, z którymi się zetknęły. Obecnie dzieci nie mają zorganizowanego spędzania czasu, bo zamknięte są przedszkola, a nie wszyscy mają możliwość nauki online. Nie w tym rzecz, że wielu dzieciom brakuje internetu, ale że nie wszystkie szkoły prowadzą tę formę nauki. Dlatego staramy się uzupełnić te braki. Nie organizujemy konkretnych zajęć, nie ma ocen.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Naszym zadaniem jest zapewnienie dzieciom pozytywnych emocji w procesie wzajemnej komunikacji i ich rozwój. Mamy zajęcia z języka angielskiego i innych przedmiotów. Są też zajęcia, podczas których dzieci mogą tworzyć coś swymi rękoma, malować obrazy, lepić.

Tak żyje miasteczko dla uchodźców wojennych wojennych we Lwowie…

Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X