W krainie łakoci Zalewskich

W krainie łakoci Zalewskich Projekt opakowania J. Petry-Przybylskiej

Kurierowe rozmowy przy kawie

W ubiegłym roku w Polsce ukazała się nowa pozycja wydawnicza – „Lwów na słodko i… półwytrawnie”. Temat „słodkiego Lwowa” zrodził się na marginesie pisania książki opartej na dziejach lwowskiej rodziny autorki – rodziny ziemiańsko-kupieckiej. Stał się tak ciekawy i tak fascynujący, że odsuwając inne prace Anna Kozłowska-Ryś postanowiła napisać książkę o cukiernikach i cukierniach Lwowa. Materiał nadal się rozrasta. I, o ile książka zyska uznanie wśród czytelników, powstanie jej dalszy ciąg.

Rozmowa trzecia Anny Gordijewskiej z Anną Kozłowską-Ryś, historykiem sztuki, filologiem, tłumaczem, autorką książki „Lwów na słodko i… półwytrawnie”.

Cukiernia Ludwika Zalewskiego przy ul. Akademickiej 22

Pani Anno, w ostatniej pozycji wydawniczej „Lwów na słodko i… półwytrawnie” słynnej przedwojennej cukierni Ludwika Zalewskiego poświęca Pani odrębny rozdział. Porozmawiamy chwilę o łakociach Zalewskich?
O łakociach? Z miłą chęcią. A wie Pani, że kiedyś cukierników określano również mianem „łakotników? Łakotnicy – ci, co pieką łakocie, różne ciasta. To stare określenie i w tym znaczeniu dość rzadko używane. Pojawia się m.in. u Jerzego Samuela Bandtkie w „Słowniku dokładnym języka polskiego i niemieckiego” z 1806 r. Znajdujemy go jednak również i później u Ludwika Hieronima Morstina w „Burmistrzu z Wieliczki”: „pierniki prawdziwe, toruńskie, miodem zaprawne, w Krakowie świeżo u najlepszego łakotnika wypieczone”. Ale do rzeczy. Słynnej firmie Zalewskich trudno byłoby poświęcić mniej miejsca. Jednak ze względu na założone ramy książki i tak musiałam trzymać się nieco „w cuglach”. Kogo zapytać ze starszych lwowiaków o przedwojenne cukiernie Lwowa, ten natychmiast wymienia jedną nazwę – „Zalewski”, „Ludwik Zalewski”. Cukierniczą działalność rozpoczął Ludwik Zalewski w 1901 r., choć przez pierwszych 8 lat w spółce – mało kto wie przy tym, gdzie mieściła się ta pierwsza cukiernia Zalewskiego. Zresztą kamienica przy ul. Hetmańskiej 12 już nie istnieje, gdyż na zlecenie właścicieli Henryka Sokala i Ignacego Liliena rozebrano ją w 1909 r. i wzniesiono w tym miejscu według projektu architekta Michała Ulama pierwszy we Lwowie budynek 4-piętrowy. Od 1909 r. całe zawodowe życie Ludwika Zalewskiego a potem i jego syna, Władysława, związane było z ulicą Akademicką. Nie licząc oczywiście pracowni cukierniczych znajdujących się w innych punktach miasta. I trzeba przyznać, że życie zawodowe i Ludwika, i Władysława Zalewskich było ciekawe, pełne wyzwań, nowych pomysłów, interesujących rozwiązań. Zgłębianie tej historii było pasjonujące, a i tak parę pytań pozostaje jeszcze bez odpowiedzi.

Jedno z ostatnich zdjęć Ludwika Zalewskiego

Czy może Pani przybliżyć sylwetki tej znanej rodziny?
Pani Aniu, to trzeba by tu napisać całą nową książkę! Co prawda z Zalewskich tylko Ludwik i jego syn, Władysław, byli cukiernikami, ale byłoby przy tej okazji co opowiadać i o skoligaconych z nimi poprzez małżeństwa Korneckich i Nowakowskich, i oczywiście o córkach Ludwika – Halinie i Jadwidze, czy synach Władysława – Ludwiku i Władysławie.

Czyli zacznijmy od Ludwika Zalewskiego, który był pierwszym cukiernikiem w rodzinie.
Ludwik spełnił swoje marzenie mimo woli ojca, który pragnął dla syna pewnej pensji w statecznym zawodzie nauczyciela. Po ukończeniu gimnazjum wyższego w Samborze – urodził się bowiem w Laszkach Zawiązanych – uzyskawszy zgodę ojca, rozpoczął naukę w cukierni Nowickiego i Jurkiewicza we Lwowie, w dawnej słynnej pracowni Leopolda Rotlendera. Kontynuował ją następnie w znanej lwowskiej cukierni Bienieckiego i Hausera, którzy natychmiast po zdaniu przez niego egzaminu czeladniczego zatrudnili go jako subiekta cukierniczego. To właśnie tam poznał młodego Jana Apolinarego Michalika, późniejszego właściciela „Cukierni Lwowskiej” w Krakowie. W 1895 r. Michalik, już jako samodzielny przedsiębiorca, zaproponował mu pracę u siebie. Sześć lat później Ludwik postanowił w końcu otworzyć własną cukiernię – we Lwowie. Ta pierwsza, przy ul. Hetmańskiej, prowadzona ze wspólnikiem, przetrwała lat 8. Niemało. Tak naprawdę cukiernicza kariera Ludwika Zalewskiego rozpoczęła się w 1909 r. wraz z rozpoczęciem samodzielnej działalności. Prowadził firmę do połowy lat 30., formalnie wycofał się z jej zarządzania głównie z powodu choroby nowotworowej, lecz ciągle żył życiem cukierni, jej sukcesami i kłopotami, przesiadywał też w pracowni wymyślając receptury.

Ludwik Zalewski z żoną i dziećmi (ze zbiorów prywatnych rodziny Zalewskich)

A czy dzieci Ludwika Zalewskiego kontynuowały działalność zapoczątkowaną przez ojca?
Jedynie syn Władysław poszedł w ślady ojca i okazał się świetnym przedsiębiorcą, przy tym o znakomitym zmyśle estetycznym – taki przedsiębiorca z wizją. Z córek Ludwika duszę artystyczną miała Halina. Trochę działała w amatorskim, akademickim teatrzyku satyrycznym „Nasze oczko”, ale prawdziwym jej żywiołem była fotografia portretowa i artystyczna. Praktykowała u Hubera we Lwowie. We Lwowie jej atelier fotograficzne mieściło się przy ul. Akademickiej 22, w dwóch pokojach obszernego mieszkania Zalewskich na I piętrze kamienicy, potem przeniosła się do Warszawy. To jej portrety fotograficzne takich gwiazd kina i teatru jak np. Ordonki czy Bodo możemy oglądać na okładkach przedwojennego pisma „Kino”. Po wojnie porzuciła zawód i zatrudniła się jako aktorka w teatrze „Groteska”, a potem „Teatrze Młodego Widza” w Krakowie, następnie pracowała tam wiele lat jako inspicjentka.

Jak potoczyłyby się losy firmy „L. Zalewski” gdyby nie wybuchła wojna? Trudno teraz powiedzieć. Może w ślady dziadka Ludwika poszliby jego wnukowie – Ludwik lub Władysław?

Na czym polegał fenomen popularności cukierniczej marki Zalewskiego?
Złożyła się na nią żelazna konsekwencja właścicieli, ich dbałość o najmniejszy nawet szczegół, wysoki poziom i jakość wyrobów oraz równie wysoki poziom opakowań, tudzież wystroju pomieszczeń cukierni. W tym wszystkim tkwi najprawdopodobniej tajemnica ich popularności. Wszystko było szczegółowo przemyślane, a potem zapięte na ostatni guzik. Jeśli jakiś marcepanowy owoc, zdaniem Ludwika Zalewskiego, nie był zbytnio udany, nie dawano go do oferty. Jeśli orzechy – np. do słynnych marcepanowych babeczek – nie były najwyższej jakości, to szukano innego dostawcy, lub czekano na nowe zbiory. Owoce używane do konfitur – wybierano tylko te najbardziej dojrzałe, a więc jak morele, to z sadów zaleszczyckich, bo przecież to z tamtejszych sadów jechały specjalnymi wagonami do Lwowa zrywane w pełni soczystości. Margaryna? W żadnym wypadku – tylko masło. Kakao – tylko holenderskie, olejki zapachowe – bułgarskie. Każda nowa aranżacja witryn była dokładnie rozplanowana, i co do koncepcji i co do użytych materiałów, kolorystyki – ba, nawet sznureczka, jakim upinane były choćby jedwabie kupowane w lwowskim sklepie Uwiery.

Cukiernia „L. Zalewski” przy ul. Akademickiej 22

Czy firma „L. Zalewski” była rozpoznawalna tylko we Lwowie?
Proszę zauważyć, w prasie międzywojennej nie ma zbyt wiele reklam firmy „L. Zalewski”, a jednak nie brakowało mu popularności – i w samym Lwowie, i w innych miastach. O rozpoznawalności marki poza Lwowem świadczy chociażby fakt, że gdy otwierano filię firmy w Warszawie na Nowym Świecie, to pomimo braku prasowej reklamy frekwencja w dniu otwarcia przeszła wszelkie oczekiwania właścicieli – ustawiały się kolejki! Ciastka Zalewskiego serwowano na salonach warszawskich, podawano na posiedzeniach rady ministrów, delektowano się nimi w salonie Prezydenta RP. Dostarczano je do słynnej warszawskiej kawiarni z dancingiem „Adria”. W Warszawie, tak jak we Lwowie, przed witryną cukierni stawały tłumy, by podziwiać i te łakocie, będące same w sobie cukierniczymi cudeńkami, i aranżację wystawy.

Cukiernia „L. Zalewski” przy ul. Akademickiej 10 – przed sklepem wnuk Ludwika, prof. Wł. Zalewski

Cukiernia na ul. Akademickiej miała dwa adresy.
Tak, tradycyjna cukiernia w stylu wiedeńskim otworzona przez Ludwika Zalewskiego w czerwcu 1909 r. mieściła się pod numerem 22. W kamienicy pod nr 10 – tam, gdzie onegdaj miał swoją cukiernię Ferdynand Gross, należącej w latach 20. do adwokata dra Włodzimierza Tuckiego – Zalewski otworzył we wrześniu 1929 r. sklep cukierniczy z paroma stolikami. Ten drugi był w zupełnie innym stylu, na wskroś nowoczesny w każdym calu. Do urządzenia i otwarcia nowej cukierni przygotowywano się długo – niemal rok. Jak pisał Władysław Zalewski w jednym ze swoich listów: „Chcemy mieć coś ładnego, efektownego i praktycznego”. Po podpisaniu umowy dzierżawy pomieszczeń na lat 15, Ludwik wysłał syna w podróż po Europie. Miał podglądnąć nowe trendy, nowoczesne rozwiązania produkcyjne i modne aranżacje wnętrz tego typu lokali. Tak powstał olśniewający sklep z niebanalnym oświetleniem elektrycznym, podświetlanymi szklanymi sufitami, lustrami, ladami z mosiężnymi okuciami, wielkimi oknami wystawowymi z zachwycającą kratą o roślinnych motywach i wielkim neonem w formie podpisu Ludwika Zalewskiego. Cukiernia przy ul. Akademickiej 22 pozostała taką, jaką była – wyciszoną, wiedeńską cukiernią-kawiarnią, w której bywali z upodobaniem profesorowie uniwersyteccy i literaci. Atmosferę tej cukierni preferował również słynny matematyk z lwowskiej szkoły matematycznej Hugo Steinhaus, który przesiadywał tu z większą przyjemnością niż w kawiarni „Szkockiej”.

Cukiernia Ludwika Zalewskiego przy ul. Akademickiej 22

Pamiętam z dzieciństwa te wnętrza. Chodziłam tam po cukierki produkcji już powojennej fabryki „Switocz”. W tych pomieszczeniach była magia ”krainy słodyczy”. Pomieszczenia przetrwały wojnę, a zostały zniszczone przez głupotę ludzką. Dla nas, rdzennych lwowiaków jest to bardzo bolesne.
Sprawa wygląda na zupełnie przegraną, jeśli chodzi o wyposażenia wnętrza sklepu przy ul. Akademickiej 10. Ponoć zdemontowane lady zostały zabezpieczone i są gdzieś przechowywane. Nawet jeśli, to co z tego? Na swoje dawne miejsce raczej nie wrócą. Cud, że uchowała się piękna krata, choć opadła. A po cukierni przy ul. Akademickiej 22 przepadł wszelki ślad, tak że niektórym osobom zdarza się popełniać kardynalny błąd i wskazywać na sklep pod nr 10 jako na ten założony pierwotnie przez Ludwika Zalewskiego. Widziałam nawet takie podpisy w dość poważnych publikacjach. Cukiernia pod numerem 22 przestała istnieć już na przełomie 1939/1940 r. Za Sowietów gruntownie ją przebudowano i przerobiono na lodziarnię. Zniszczono nawet kryształowe szyby w witrynach. Akademicka 10 ocalała podczas okupacji sowieckiej zapewne tylko dlatego, że sklep miał funkcjonować jako pokazowy, z najlepszymi ciastami. Okupacyjna plotka głosiła, że ciastka te przywożono z samej Moskwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było, skoro linia produkcyjna firmy Zalewskich była czynna? Tego jeszcze nie wiem.

Pracownia cukiernicza L. Zalewskiego

Sklep ze słodyczami na Akademickiej był przed wojną tak popularny, że tam specjalnie przychodzili lwowianie, matki z dziećmi, aby pokazać znakomite wystawy. W swoich wspomnieniach z dzieciństwa Stanisław Lem w „Wysokim Zamku” również wspomina o tym.
Ten fragment „Wysokiego Zamku” jest bardzo popularny. I rzeczywiście poruszają wyobraźnię słowa o „Wezuwiuszach tortów rzygających bitą śmietaną” czy worach „kipiących lawinami smakołyków”. A skoro mistrz Lem napisał, że „Zalewski potrafiłby Kosmos cały powtórzyć w cukrze i czekoladzie, słońcu przydając łuskanych migdałów a gwiazdom lukrowego lśnienia”, tak też zatytułowałam rozdział w mojej książce: „Ludwik Zalewski – kosmos w cukrze i czekoladzie”. St. Lem zresztą nie tylko w „Wysokim Zamku” przywołał cukiernie Zalewskiego. O przyciągających wzrok wystawach cukierni nie omieszkał napomknąć w „Obłoku Magellana”. Za powieściową Meorią bowiem ukrywa się zapewne Lwów. Wyroby Zalewskiego i wystawy jego cukierni wspominane są przez wielu lwowian. Zapewne te wszystkie malutkie, a z taką precyzją wyrobione marcepanowe ludziki, zwierzątka, potrawy na stoliczkach, do tego często poruszające się dzięki ukrytym pod podstawkami silniczkom elektrycznym musiały zwłaszcza dzieci przenosić w zupełnie nierealny, bajkowy, fascynujący świat.

Jakie słodycze były najbardziej popularne? Jak wyglądały?
Chyba każdy ze starych lwowian ma w pamięci co innego. Wspominane są przede wszystkim cudowne i w wyglądzie i w smaku wyroby marcepanowe. Ogromną popularnością cieszyły się małe marcepanowe kaktusy w doniczkach, ale i różne owoce, które napełniane były dodatkowo masą. No i oczywiście marcepanowe foremki wypełnione nadzieniem ze zrumienionych orzechów laskowych i czekolady. Jako wykwintny i przesmaczny prezent kupowano u Zalewskich gustownie zapakowane marcepanowe papierosy, do złudzenia przypominające te prawdziwe. To był prezent… dla pań. Dla panów zaś można było wybrać czekoladowe cygara lub fajkę. A do tego marcepanowe zapałki w czekoladowym pudełku. Wszystko w oryginalnych, specjalnie zaprojektowanych opakowaniach. Dla dzieci nie lada gratką były „czekoladowe bajki”. Wykonane w całości z czekolady pudełka w kształcie książki, a w środku po uchyleniu okładki ukazywała się postać z danej bajki wykonana bądź z piernika bądź innego ciasta, marcepanu i kolorowego cukru. Wszystko do schrupania. Albo „zestaw dla podróżnego” – słodka pamiątka ze Lwowa lub prezent dla udającego się na letnisko: karmelki w malutkim, wiklinowym kufrze podróżnym, z marcepanowo-cukrową kolorową parasolką, blaszaną papierośnicą z marcepanowo-czekoladowymi papierosami, marcepanowymi zapałkami i fajką. Długo by opowiadać o tych wszystkich cudeńkach! Trzeba też pamiętać, że wśród zatrudnionych przez Zalewskich pracowników byli wykształceni cukiernicy i to ich zręcznym rękom zawdzięczała firma te budzące podziw słodkie wyroby. Staram się odtworzyć listę tych pracowników – jeszcze nie jest pełna. Wiadomo, że niektórzy z nich założyli potem własne pracownie cukiernicze, niezmiennie jednak powołując się w swoich reklamach na to, że niegdyś zdobywali szlify u Ludwika Zalewskiego. Niestety, jednego z nich – Wiktora, znamy do tej pory jedynie z imienia, i z fotografii z wykonanymi przez niego finezyjnie dekorowanymi tortami.

Mawiano, że przed wojną latał codziennie samolot do Warszawy ze słodyczami Zalewskiego!
Te codzienne loty ze Lwowa do Warszawy to trochę legenda. Rzeczywiście, wszystkie torty i inne słodycze przygotowywano w pracowniach Zalewskiego we Lwowie i transportowano do Warszawy – samolotem lub pociągiem. Loty odbywały się 2-3 razy w tygodniu. Istna ekwilibrystyka, wziąwszy pod uwagę delikatność towaru, który musiał być świeży! A panie z Warszawy niezwykle chętnie zamawiały „u Zalewskiego” torty na swoje przyjęcia. Ludwik i Władysław Zalewscy musieli dobrze wszystko kalkulować, przecież transport nie był darmowy, więc każdorazowo wysyłano nie tylko „pod zamówienia” prywatne ale i odpowiednie ilości wyrobów do sklepu. Asortyment musiał był dość szeroki, różnorodny, ale spełniający oczekiwania klienteli. Dzień wysyłki towaru był w firmie dniem pełnej mobilizacji wszystkich pracowników wraz z właścicielem. Jak to się mówi, wszystkie ręce na pokład. Praca zaczynała się już w nocy. Trzeba było ze wszystkim zdążyć na określoną godzinę, zgodnie z rozkładem jazdy pociągów czy rozkładem lotów. Wspomina się tylko o dostawach do Warszawy, a przecież zamówienia szły również np. do Katowic, gdzie przy ul. Dyrekcyjnej – ówczesnym „salonie” miasta i popularnym już od pocz. XX w. deptaku – można się było delektować w jednej z cukierni „znanymi z dobroci” – jak pisano – ciastkami Zalewskiego. Dostarczano słodycze marki „L. Zalewski” i do Poznania do cukierni Marii Józefikówny przy ul. Fredry, również w samym centrum miasta. I oczywiście realizowano zamówienia na tzw. prowincję – m.in. do „Słodkiego Bazaru Lazara” w Kołomyi przy ul. Kościuszki – i do prywatnych domów.

Bon cukierniczy proj. St. Kaczor-Batowski (1919 r.)

Zalewscy współpracowali ze znanymi artystami, który projektowali opakowania do ich wyrobów.
Tak, rzeczywiście. Na zamówienie Zalewskich pracował i Kazimierz Sichulski, i Stanisław Kaczor-Batowski, i Janina Petry-Przybylska. O nich wiadomo na pewno. Projektował również sam Władysław Zalewski, który miał artystyczne zacięcie. Notabene, w młodości marzyło mu się zostać malarzem. Gdy przeglądałam archiwum rodziny Zalewskich, udało mi się zidentyfikować z całą pewnością jeden projekt autorstwa Władysława Zalewskiego – opakowanie w kształcie tamburynu na cukierki. Szczególnej urody są projekty Janiny Petry-Przybylskiej, absolwentki Wydziału Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego lwowskiej Państwowej Szkoły Przemysłowej, młodej graficzki, znanej we Lwowie i w kraju również z pięknych artystycznych lalek, nie tylko przez nią projektowanych ale i własnoręcznie wykonywanych. Petry-Przybylska nazywana była przez niektórych krytyków sztuki „lwowską Stryjeńską”, lecz to podobieństwo jest tylko pozorne. Spod jej ręki wyszły projekty opakowań różnych czekolad i cukierków. Aranżowała też witryny sklepu Zalewskich przy ul. Akademickiej 10 i w Warszawie przy Nowym Świecie, wykonując także do dekoracji lalki. Najlepiej znaną witryną przez nią zaprojektowaną – dzięki zachowanym zdjęciom – jest ta z Pokłonem Trzech Króli. Mam pewną hipotezę odnośnie autorstwa znanego wzoru papieru firmowego firmy L. Zalewski, z motywem powtarzającym się na wszystkich blaszanych puszkach cukierni – tak chętnie kupowanych przez kolekcjonerów. Póki jednak nie potwierdzę tego na przynajmniej 99%, nie zdradzę nazwiska. Chodzi w każdym razie o znanego we Lwowie, a tu nie wymienionego, artystę.

St. Kaczor-Batowski był nie tylko nauczycielem Władysława Zalewskiego na prowadzonych przez siebie kursach malarstwa, ale i zaprzyjaźniony z rodziną. Dla cukierni Ludwika zaprojektował m.in. piękne bony cukiernicze w 1919 r. Zwłaszcza jeden z projektów jest bardzo interesujący. Niestety, nie został zrealizowany. Na awersie bonu widnieje scena z walk Orląt Lwowskich, będąca powtórzonym z niewielką modyfikacją motywem z obrazu olejnego Batowskiego „Apoteoza Polski” – obrazu raczej nieznanego szerokiej publiczności i nigdy nie wystawianego.

Właścicieli cukierni dotknął tragiczny los.
Było to niemal niewiarygodne, jakiś szalony chichot historii, kompletna abstrakcja. Myślę tu o tym, co stało się udziałem Władysława Zalewskiego. Ludwik Zalewski zmarł w 1940 r. – schorowany i załamany. Ostatnie lata przed wybuchem wojny nie były łatwe dla firmy. Władysław i jego najbliżsi wyszli dość obronną ręką – przetrwali pierwszą okupację sowiecką, potem niemiecką a następnie drugą sowiecką. „Obronną ręką” na miarę tamtych czasów. Oczywiście zmienił się ich status majątkowy, ale ocalili głowy. Nie dotknęła ich wywózka. Nikt spośród nich nie znalazł się na liście rozstrzelanych, jak przykładowo, inny znany cukiernik – Hieronim Welz. Sowieci znacjonalizowali firmę Zalewskich, ich cukiernia pracowała nadal w ramach Lwowskiej Fabryki Cukierniczej nr 2. Dyrektorem fabryki został dotychczasowy pracownik Zalewskich, a sam Władysław zatrudniony jako szeregowy cukiernik, a potem kierownik techniczny w dziale produkcyjnym. Gdy nadeszli Niemcy, fabrykę wcielono do Staatliche Getreide- und Industrie-Werke Krakau-Lemberg”, przywrócono jej nawet dawną markę – odtąd nazywała się „Süsswarenfabrik L. Zalewski”. Pracowała pod zarządem komisarycznym, a Władysław Zalewski został w niej specjalistą do spraw technologicznych. I potem znów – Sowieci, i znów etat „technoruka”.

Wł. Zalewski (stoi pierwszy z lewej) – zdjęcie z zesłania

Wojenna tragedia nie ominęła rodziny – w maju 1944 r. zginął wskutek ran odniesionych podczas bombardowania lwowskiego dworca 19-letni siostrzeniec Władysława Zalewskiego, Jerzy Mroczek. Siostra Władysława, Halina, znana przedwojenna fotograficzka, mieszkająca podczas okupacji w Warszawie, trafiła po upadku Powstania Warszawskiego do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Rodzina we Lwowie żyła w miarę normalnie. Do stycznia 1945 r., do momentu aresztowania Władysława. Nie ukrywał się, pracował legalnie. Aresztowanie przyszło jak grom z jasnego nieba. Jednym z zarzutów nowej władzy była współpraca z Niemcami. To źle rokowało na przyszłość. Nie pomogły wszelkie petycje i próby wykupienia z więzienia. Łapówka na nic się zdała. W cztery miesiące po aresztowaniu Władysława Zalewskiego wywieziono do obozu w Karelinie w Niżnym Tagile. Rok później, w marcu 1946 r., „zesłano go na wolność” do Tiumenia. Wyrok – 5 lat zsyłki. Miał był wolny w styczniu 1950 r. Nie dożył wolności. Zmarł 6 grudnia 1947 r. Wnukowi, Pawłowi Zalewskiemu, nie udało się znaleźć miejsca pochówku. Zresztą i miejsce pochówku Ludwika Zalewskiego na Cmentarzu Łyczakowskim też okrywa tajemnica. Pozostały tabliczki upamiętniające Ludwika i Władysława Zalewskich i Jerzego Mroczka na grobowcu rodzinnym na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Czy zna Pani osobiście potomków tej słynnej lwowskiej rodziny?
Tak, to wielka przyjemność. Znam osobiście prof. Władysława Zalewskiego, syna Władysława Zalewskiego i wnuka Ludwika, konserwatora dzieł sztuki – wspaniałego, pełnego ciepła i uroku starszego pana. Zawdzięczam wiele jego dobrej pamięci, lecz przede wszystkim sama możliwość spotkań z nim była najważniejsza. Dzięki jego życzliwości i życzliwości jego syna Pawła Zalewskiego mam dostęp do ich archiwum rodzinnego. Mogę oglądnąć i przeanalizować dokładnie każdy dokument, każdy świstek, każdą fotografię. A przecież niejednokrotnie w zapisie kilku słów, wydawałoby się niekiedy błahych, kryje się istotna informacja. Mogę wziąć do ręki każdy ocalały ze Lwowa przedmiot. Zanurzyłam się w ten świat Zalewskich po uszy. Wertując dokumenty z czasów okupacji odkryłam, że prof. Zalewski w latach czterdziestych uczęszczał do tej samej szkoły powszechnej, co mój ojciec – do Polskiej Szkoły Powszechnej Męskiej przy ul. Zofii 31. Tylko że panowie nie są z tego samego rocznika, mój ojciec był o 3 lata młodszy. Przeczytałam oczywiście powieść pióra Pawła Zalewskiego „Bez pamięci”, napisaną na kanwie losów dziadka i rodziny. Nie jest to w żadnej mierze dokument i o tym należy cały czas pamiętać podczas lektury. Mnie ciekawiło, jak pisarz przetworzył to, co było mu znane z opowieści rodzinnych, jak przefiltrował przez swoje emocje. Bo sama podróż śladami dziadka, która stanowi osnowę powieści, odbyła się naprawdę. Paweł Zalewski ze swoją żoną Joanną odwiedził nie tylko „stare kąty” we Lwowie, ale udał się tropem zesłania swojego dziadka Władysława. Drogowskazem w tych poszukiwaniach były mu grypsy z więzienia i listy pisane z obozów, a potem zesłania przez Władysława Zalewskiego.

Dziękuję serdecznie, Pani Anno za rozmowę. To może tym razem do tej kawy coś słodkiego pasowałoby? Ech, szkoda tylko, że „mineli te czasy, kiedy kwitneli moreli na Cytadeli”.

Naszych Drogich Czytelników, którzy chcą dowiedzieć się więcej o lwowskich słodyczach, odsyłamy do pierwszej rozmowy z Anną Kozłowską-Ryś „Zapomniane historie słodkiego Lwowa”, która ukazała się na łamach naszej gazety nr 9 (325) 17–30 maja 2019.

Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 11 (327) 15-27 czerwca 2019

Anna Gordijewska. Polka, urodzona we Lwowie. Absolwentka polskiej szkoły nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie. Ukończyła wydział dziennikarstwa w Lwowskiej Akademii Drukarstwa. W latach 1995-1997 Podyplomowe Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa na KUL. Prowadziła programy w polskim "Radiu Lwów". Nadawała korespondencje radiowe o tematyce lwowskiej i kresowej współpracując z rozgłośniami w Polsce i za granicą. Od 2013 roku redaktor - prasa, radio, TV - w Kurierze Galicyjskim, reżyser filmów dokumentalnych "Studio Lwów" Kuriera Galicyjskiego. Od września 2019 roku pracuje w programie dla TVP Polonia "Studio Lwów". Otrzymała nagrody: Odznaka "Zasłużony dla Kultury Polskiej", 2007 r ., Złoty Krzyż Zasługi, 2018 r.

X