W krainie głodomorów

W krainie głodomorów

– Kędy do zakładu doktora Tarnawskiego? – Ne znaju.

– Jak to? Nie wiecie? Zakład… Bolnycia… No szpital… Dużo chorych.

– Ce znaju. Tilki chworych ja tam ne baczyw… A durnych bahaćko.

Małe oczki Hucuła śmieją się w siatce zmarszczek. Czerwone portki jarzą się w ukośnych promieniach słońca. Kożuch czarnym włosem na wierzch – jak w feerii. Zajeżdżamy przed tusculum głodomorów Wszechpolski, lecznicę doktora Tarnawskiego.

„Bez okazania karty, wystawionej przez zarząd zakładu, wstęp wzbroniony” – czytam napis na bramie.

Stoję niezdecydowany.

Z bramy wyłazi stwór następujący: ma marynarkę z plecionki wzutą na gołe ciało; takież na takimż krótkie spodnie; po czym – gołe łydki; poczym – sandały.

Stwór ma białą myckę na głowie i rusza wyniośle grdyką. Tandem żółte okulary. Tandem lagę.

– Jeżeli „chworyj”, to pół biedy – myślę sobie – ale jeżeli „durnyj”?

Kolory budynku były kiedyś inne (Fot. Marcin Romer)Zginam się tedy w pałąk jak Reinecke-Lis, kiedy sunął z duserami do wilczej familii, i pytam najsłodziej, uskakując z lekka za auto:

– Przepraszam, gdzie się mieści dyrekcja zakładu?

– Taż za bramą – odpowiada stwór najczystszą Iwowszczyzną.

Muszę tedy stwierdzić, że na samym wstępie złamałem prawo – przekroczyłem bramę (bez karty wstępu) i byłem otoczony przez rój stukilowych aniołków w bieli.

Tęsknie rzuciłem okiem za siebie, ale za późno: brama się zatrzasnęła.

Wyczytałem na niej napis: „Władaj sobą!”

Chrząknąłem i władnąłem. Ale mi się smutno zrobiło za wolnością. Zaiste – klasztor. Dwadzieścia morgów prześlicznego ogrodu, w którym drzewa uginają się od owoców. Ciche żwirowane ścieżki. Niskie pawilony z bursztynowego drzewa, w których oknach palą się słońca. I ludzie w bieli.

Służący w trepach bierze walizy i wiedzie mnie w siódmy krąg tych krain. Na prawo odsłania się plac, na którym pasie się duża grupa autochtonów.

Gong. Autochtony stają w ordynku i zaczynają wietrzyć najpierw prawą, potem lewą dziurką od nosa. Przepadłem… Zwietrzyli!… Bo oto zaczynają machać ze wstrętem rękami.

Budynek starej łaźni popada w ruinę (Fot. Marcin Romer)

– Z „Kuriera” jestem – kłaniam się niezdarnie. Teraz autochtony zgodnie zaczynają gwizdać.

Rozeźlam się i wzywam swego Wergiliusza, żeby podążył dalej.

– Racja – powiada – jak już zaczęli gwizdać, to zaraz będzie gęg na kolację.

Potem mi wytłumaczono, że z gwizdaniem są stale połączone pewne ćwiczenia, a strzepywanie rękami ma oznaczać zrzucanie z siebie zmęczenia.

Ale teraz myślę przede wszystkim o tym „gęgu” na kolację. Więc jednak!

W drodze w jednym z uzdrowisk zapewniała mnie słowem honoru jakaś paniusia, że „u Tarnawskiego nocą trupy w workach wynoszą”. Wierzyć w to, nie wierzyłem, ale zawsze – w każdej gadce musi być jakaś część prawdy.

Może, na przykład, nie w workach i nie w nocy i nie wynoszą, ale całkiem po prostu – w dzień, w trumnach i nawet parą koni.

Toteż na wszelki wypadek zrekognoskowałem przedtem jeszcze miasteczko Kosów i odkryłem wcale, wcale niczego oberżę. Niosłem ci ja teraz we wątpiach przemycone z tejże oberży pstrągi, przeto, że tak rzekę, problemat kolacji interesował mnie raczej teoretycznie.

A zresztą, Boże drogi, według mojej własnej teorii higienicznej człowiek może jeść co kwadrans…

Przy stole dają mi strużyny z czarnej rzodkwi, rzepę duszoną z tartym ni to serem, ni to twarogiem. Szlachetna ryba pstrąg przewróciła się we mnie z oburzenia.

Tedy pytam szeptem scenicznym usługującej Hani:

– Czy nie można by otrzymać butelki piwa?

„Zaruszały się posągi; królowie umarli na kamiennych sarkofagach na dłoniach się wsparli”… Patrzą na mnie oblicza wojewody Jaroszewicza, profesora Ignacego Chrzanowskiego, profesora Bujaka (widziałem go już przy kucaniu z gwizdaniem), profesora Konopczyńskiego.

Nie ma co – jem rzepę. Po kolacji – dancing. Głodomory wywijają przy gramofonie.

– Jakże ślicznie tańczy ten pan.

– Odbywa piąty dzień głodówki.

– A partnerka?

– Dopiero trzeci dzień nie je.

Stara willa w Kosowie (Fot. Marcin Romer)

Za oknem przesuwa się dwu panów. Jeden z nich, to rekordzista: jest w siedemnastym dniu głodówki – jego towarzysz głoduje czternasty dzień. Dziewiąta. Na dancingu ukazuje się doktor Wit Tarnawski (junior).

– Dobranoc państwu (po rosyjsku się mówiło: „Izwoltie wam wyjti won”).

Nie ma rady. Trzeba się śpieszyć. Gdy o pół do dziesiątej świeci się jeszcze w czyim oknie, gwiżdże stróż nocny aż do skutku.

Z rana o godzinie piątej gong. Gimnastyka! Potem – przyjęcia u lekarzy. Lekarzy ordynujących posiada zakład trzech. Każdy chory przechodzi przez ręce dwu lekarzy, nim stanie przed obliczem seniora.

Doktor Tarnawski! Chałubiński Huculszczyzny… Osiemdziesięcioletni starzec o mlecznej czuprynie, o oczach o młodzieńczym blasku, ustach zaciętych, znamionujących napięcie woli niemal fanatyczne. Boją się go chorzy okrutnie, bo zdarzają się wypadki, że każe zajeżdżać autu i… żegnaj.

Stary doktor życie, pełne twardej pracy, poświęcił na nauczanie ludzi, jak mają żyć i odżywiać się. Przejedzenie, skaza moczeniowa, zła przemiana materii, powiększona wątroba i płynące stąd artretyzmy, otyłość, neurastenia, otłuszczenie serca – to są bestie apokaliptyczne, z którymi doktor Tarnawski wiedzie śmiertelny i nieubłagany bój.

Przyjechała pulchna, młoda mężateczka. Siedzi i płacze. Była u Tarnawskiego.

– Co pani je rano?

– Dwa jajka na miękko, szynka, babka lub ciastka, filiżanka kawy, szklanka herbaty, kilka tostów.

Indagacja trwa. Aż gdy dojechano do stałych niemal rybnych i mięsnych kolacji w restauracjach, wstał senior, wziął pacjentkę za rękę i powiódł ze sobą między zabudowania gospodarskie. Leżała tam – świnka przy korytku.

– Żre pani – o tak…

Więc siedzi i płacze.

– Niech pani się uspokoi – pocieszają chorzy. – Każdemu prawie z nas się dostało: „Żresz pan!”

Doktor wszelkimi środkami chce wstrząsnąć naszą wolą i zbudzić chęć do zmiany życia. Znamienne jest bowiem, że wśród chorych panuje patriotyzm zakładu. Stary doktor wygłasza pogadanki, uczy, jak żyć przez cały rok. To nie sanatorium, które za pieniądze pacjenta odbębnia kurację. To – szkoła życia.

Głodówka – to nie żadna ekstrawagancja. Zabieg ten oczyszcza organizm z toksyn i nieużytków, nagromadzonych przez lata. Post parodniowy nie wystarczy. Jeśli wytniemy na przykład kawałek psiego jelita, przepłuczemy i zeszyjemy w pierścień, przekonamy się, że na następny dzień będzie on pełen kału. Wydzielają go tkanki jelit. Kuracjusze bardzo zaawansowani nawet w głodówce odprawiają swoje funkcje fizjologiczne całkiem normalnie.

Kuracja kosowska sprawia, że ludzie przeobrażają się fizycznie, a co za tym idzie – psychicznie. Toteż zwykle wracają do Kosowa. Profesor Chrzanowski mówił mi, że jest dwudziesty drugi sezon w Kosowie, od wojewodziny Jaroszewiczowej dowiedziałem się, że jest po raz dziewiąty, itd.

Rzecz prosta, że głodówki zajmują tylko część kuracji. A poza tym znaczna część kuracjuszy głodówki wcale nie odbywa, poprzestając na tak zwanej „surówce” (owoce i gotowane kartofle) albo nawet na normalnej kuchni jarskiej, która jest tu niesłychanie urozmaicona, obfita i wykwintna, a w niedzielę nawet obfitująca… w kurczaki.

Kosów – to niby wielka rodzina. Chorzy – to elita intelektualna Polski. Nastrój – to skupione oczyszczanie organizmu, magazynowanie sił dla nowego roku zmagań i pracy.

Melchior Wańkowicz (około 1930 roku)

 

X