Tylko dobro

z prezesem Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej Emilem Legowiczem rozmawiał Krzysztof Szymański.

Z tych 30 lat, które obchodzi w tym roku TKPZL, przez ostatnie 20 jest pan prezesem Towarzystwa. Jak Pan wspomina początki swej działalności na tym stanowisku?
Działając w Towarzystwie, w „Gazecie Lwowskiej”, nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę prezesem. Nadszedł moment kolejnych wyborów prezesa TKPZL. Byłem wówczas bardzo zdziwiony sytuacją, gdy namawiano mnie do startu w tych wyborach i mówiono, że mam szanse na zwycięstwo. Jednak się wtedy zdecydowałem i jest tak już od 20 lat.

Co mnie do tego skłoniło? Przede wszystkim to, że jestem polskim patriotą i patriotą Ziemi Lwowskiej. Jestem też dumny z tego, co Polacy tu osiągnęli i co mogą jeszcze osiągnąć. Te 20 lat minęły bardzo szybko. Ale kiedy wspominam pierwsze dni mojej pracy na tym stanowisku, to w pierwszej chwili myślałem, że podczas wyborów będę miał przeciwników, którzy będą ze mną konkurować. Wszyscy wiedzą, że nie jestem rodowitym lwowiakiem, że pochodzę z Mościsk, ale „wżyłem się” w miasto przez te 55 lat, odkąd tu mieszkam. Jestem lwowiakom bardzo wdzięczny za to, że powierzyli mi tę ważną funkcję.

Od początku robiłem wszystko, co było w mojej mocy, aby ta organizacja rozwijała się i godnie reprezentowała nas – Polaków.

Co w ciągu tego czasu udało się Panu zrobić, a czego się nie udało?
Zacznę od drugiej części pytania – o tym co mi się nie udało i już chyba nie uda. Przede wszystkim chciałbym, aby ten nasz dorobek, który przez te 30 lat wypracowaliśmy, nie przepadł i mógł owocować w przyszłości. Chyba rozumie pan o czym mówię? Większość Polaków ze Lwowa wyjechała. Wyjeżdża do Polski nasza młodzież. Działać w takich warunkach nie jest łatwo. Proszę Boga tylko o to, abym mógł utrzymać to, co w tej chwili osiągnęliśmy.

A osiągnęliśmy wiele. Z trzech oddziałów regionalnych mamy obecnie 22. Przy każdym oddziale działa szkoła sobotnio-niedzielna, są zespoły artystyczne. W tej chwili najważniejszym jest utrzymanie takiego stanu naszej całej organizacji, aby nie zaprzepaszczone zostały nasze wysiłki i nasza pozycja.

Co do tego jest potrzebne? Przede wszystkim, aby jak najprędzej powstał we Lwowie Dom Polski. Powinien był powstać już przed przynajmniej 10-15 laty. Wówczas może więcej młodych ludzi pozostałoby we Lwowie i działało z nami. Byłoby to dla nich źródło energii. Młodzież miałaby możliwość rozwijania swoich zdolności, możliwość spotykania się i szerokie możliwości działalności.

Niestety, starsze pokolenie, które było aktywne przy założeniu Towarzystwa, już odchodzi. Ci ludzie obecnie mają już zupełnie inne potrzeby. Wiemy, w jakich warunkach żyją, jakie są ich warunki materialne, wiemy, że wielu z nich wymaga ciągłej opieki. My, jako Towarzystwo, stale zabiegamy o pomoc dla tych ludzi. Dzięki Bogu w ostatnich czasach polskie fundacje ukierunkowały swoją działalność i na ten rodzaj pomocy. Wspiera ich i Konsulat Generalny, i Fundacja Wolność i Demokracja, i Pomoc Polakom na Wschodzie, i Wspólnota Polska. Jeżeli ktoś naprawdę potrzebuje tej pomocy, to zawsze może ją uzyskać. Ale trzeba wiedzieć jak się o taką pomoc wystarać. I tu znów przychodzą z pomocą nasi członkowie. Są w siedzibie naszego Towarzystwa osoby dyżurne, które taką pomoc świadczą. Pomagają wypełnić potrzebne ankiety, podpowiedzą jakie potrzebne są dokumenty, jak je składać. Właśnie jesteśmy po to, aby nasi członkowie odczuwali tę pomoc z naszej strony.

Czy po powstaniu Domu Polskiego planuje Pan przeniesienie tam swego biura?
Powiem szczerze, że jest to pytanie, na które może być tylko jedna odpowiedź – nie. Nie zrzekłbym się siedziby w centrum miasta, gdzie jest doskonały dojazd z każdej dzielnicy, gdzie ludzie są przyzwyczajeni do tego adresu przy Rynku 17. Naturalnie w Domu Polskim będziemy również mieli nasze biuro i też będą dyżurować nasi członkowie, ale z tej siedziby nie zrezygnuję. O ten Dom Polski walczyliśmy od samego początku powstania Towarzystwa i nie możemy go pomijać, ale w obecnej chwili będzie on pełnił już inne funkcje. W następnym roku planujemy wyremontować nasze pokoje w taki sposób, aby to było prawdziwe centrum kultury polskiej w centrum Lwowa.

Jak układa się współpraca z oddziałami w regionach?
Jestem dumny z działalności naszych oddziałów regionalnych. Przez lata naszej działalności nigdy nie mieliśmy problemów czy nieporozumień z prezesami w oddziałach. Spotykamy się raz na kwartał. Może trzeba byłoby częściej, ale związane jest to też z kwestią finansową. Ustaliliśmy, że raz na kwartał takie spotkanie będzie wystarczające. Omawiamy wówczas wszelkie pytania, które wynikają, omawiamy imprezy, które są organizowane, działalność każdego oddziału. Jeżeli wynikają jakieś spory, to rozwiązujemy je w rozmowie w cztery oczy z prezesem i dochodzimy do wspólnej decyzji, takiej, aby wszystko było dobrze, wszyscy byli zadowoleni, nikomu to nie zaszkodziło, a działalność szła w dobrym kierunku.

Co cieszy mnie najbardziej – to, że w naszych oddziałach jest dużo młodzieży. Tam młodzież pomaga starszym w organizowaniu imprez, bierze udział w uroczystościach okolicznościowych, w akademiach. We Lwowie jest nieco inaczej. Jest w tym nieco naszej winy. Mamy we Lwowie dwie polskie szkoły i odpuściliśmy sobie, jako Towarzystwo, działalność w tych szkołach. To był nasz błąd. Szkoły działają w miarę swoich możliwości samodzielnie, ale z nami nie mają tak ścisłych kontaktów. Ale teraz będzie to chyba trudno naprawić.

Co by Pan chciał przekazać, doradzić, a przed czym przestrzec swego następcę?
Jest to bardzo ciekawe pytanie. Przede wszystkim poparł bym go we wszystkich jego dążeniach. Przestrzegł bym go, aby nigdy nie popełniał moich błędów, które, niestety, popełniłem jako prezes. Nie ukrywam tych swoich zasadniczych błędów – chciałem twardo udowodnić, że TKPZL powinno być jedyną organizacją i skupiać wszystkich. Gdy powstawały inne organizacje, to myślałem o nich jako „zdrajcach” naszej sprawy. Dziś, z perspektywy czasu, biję się w piersi i mówię, że byłem w błędzie. Teraz jestem przekonany, że ta różnorodność wyszła jedynie na dobre. Dziś, gdy powstały inne organizacje, takie jak Polskie Towarzystwo Opieki nad Grobami Wojskowymi, czy Lwowskie Towarzystwo Miłośników Sztuk Pięknych i inne, to jestem zadowolony, że działają tak dobrze, że zajmują się swymi sprawami, bo wiedzą najlepiej jak mają to robić. Przez to my mamy mniej pracy.

Przyznaję się do popełnienia tych błędów, bo współpraca z tymi samodzielnymi organizacjami jest dla nas olbrzymim plusem. Sugeruję przyszłemu prezesowi Towarzystwa, żeby nigdy nie zabraniał powstawania nowych organizacji, ale z nimi współpracował, wspierał i układał sobie z nimi dobre stosunki.

Na zakończenie, co chciałby Pan przekazać Czytelnikom Kuriera Galicyjskiego?
Przede wszystkim, bardzo się cieszę, że Kurier Galicyjski bierze dziś ze mną wywiad. Nie ukrywajmy, przez parę lat panowało pomiędzy nami milczenie. Chciałbym bardzo, żeby Kurier Galicyjski był naszym partnerem informacyjnym, bowiem bez mediów organizacja czuje się sierotą.

Życzyłbym, żeby działalność Kuriera, jedynej polskiej gazety na naszym terenie, wspomagała działalność Polaków na tej ziemi, żeby Polacy twardo czuli się, żeby popierali się nawzajem, nie szukali tylko zła, a poszukiwali dobra. A dobro zawsze zwycięży, tylko dobro. Przekonałem się o tym w swojej pracy i wiem ze swego doświadczenia. Tylko dobro.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 20 (312) 30 października – 15 listopada 2018

X