Trup, który się nie rozkłada

Trup, który się nie rozkłada Aresztowanie (fot. NAC)

Wertując czasopisma dzisiejsze (w tym i strony internetowe) możemy doszukać się wielu podobnych wiadomości sprzed lat.

Szczególnie w sezonie letnim – tzw. „ogórkowym” – podaje się wiele „sensacji”, które po wnikliwym wczytaniu się wcale takowymi nie są. Ale cóż – trzeba jakoś czytelnika na plaży czy w sanatorium zmusić do kupienia gazety. Dziennikarze z tego żyją.

W ostatnich dniach obiegła media wiadomość o wspaniałym zachowaniu się doczesnych szczątków biskupa Lund Pedera Winstrupa (do tego z sześciomiesięcznym płodem w trumnie). Ale w czerwcu 1930 roku Wiek Nowy donosił:

Trup, który się nie rozkłada
Zagadka trupa korneta z Kohlbutz. Legenda o kornecie i pasterzu. W pobliżu niemieckiego miasta Neustadt, niedaleko Berlina, znajduje sią wieś Kampehl, która nawet jak na wiek 20 posiada niezwykłe dziwo. W kościele tej wsi leży od przeszło stu lat trup, który się nie rozkłada. Obok kościoła znajduje się mała kapliczka, w której stoi podwójna trumna. Część wierzchnia zrobiona jest z drzewa dębowego, część wewnętrzna z drzewa jodłowego. W trumnie tej leży nieboszczyk. Według twierdzeń historyków jest nim Kornet z Kahlbutzn. Ktokolwiek spojrzy na niego, odnosi wrażenie, że Kornet umarł przed chwilą.

Skóra jest wprawdzie silnie pomarszczona, ale całe ciało utrzymane jest dobrze. Zęby i paznokcie nie uległy zmianom i wnioskując z czerwonych kosmyków włosów, które pozostały jeszcze na głowie, zmarły musiał być człowiekiem rudym. W księdze kościelnej znajduje sią notatka, która donosi, że zmarły nie był zabalsamowany. Zmarł on dnia 3 listopada 1702 r. między godziną 4 a 5 rano. Liczył lat 51. W roku 1794 zwrócono po raz pierwszy baczniejszą uwagę na tajemniczego trupa.

Natknięto się wówczas w czasie przebudowy kościoła na kilka trumien, wśród nich na trumnę, zawierającą nierozkładającego się trupa. Z wszystkich stron Niemiec przybyli wówczas do Kamphel lekarze, ale nie mogli rozwiązać zagadki. Ludność tłumaczyła to sobie na swój sposób. Zmarły Kornet posprzeczał się raz z pewnym pasterzem. Wynik sporu był dla Korneta fatalny.

Pewnego dnia znaleziono pasterza nieżywego. Podejrzenie o morderstwo padło naturalnie na Korneta, który stanął przed sądem. Kornet, który bronił swej niewinności, użył przed sądem zaklęcia, które się potem spełniło. Oświadczył, że jeśli zabił pasterza, niechaj ciało jego nigdy nie zgnije. Niektórzy twierdzą, że duch Korneta straszy jeszcze dotychczas na moście, gdzie Kornet zabił pasterza. W księdze kościelnej znajduje się również notatka o zamordowaniu pewnego pasterza, którego pochował własnym kosztem Kornet. Ludność łączy więc oba nazwiska razem, tworząc w ten sposób legendę o nierozkładającym się trupie Korneta.

Obecnie dużo czyta się o zachowaniu żołnierzy powracających ze strefy ATO. Ale przed wojna też bywało że…

Wybryki poborowych
Wczoraj w Sądowej Wiszni między Lwowem a Przemyślem odbywał się pobór rekrutów, którzy w Rynku wywołali awanturę. W czasie tejże poborowy Włodzimierz Kisiłyczko pobił wójta i jego zastępcę z Dołhomościsk. Gdy posterunkowy Eugeniusz Kurzyński usiłował uspokoić Kisiłyczkę, ten rzucił się na posterunkowego i starał się odebrać mu karabin, przy czym pobił go laską po głowie. Posterunkowy w obronie własnej użył najeżonego bagnetem karabinu i pchnął napastnika, przebijając mu lewe płuco obok serca. Wówczas rekruci zaatakowali posterunkowych oraz osoby cywilne. Przyszło do starcia, w czasie którego przez posterunkowego Józefa Kozłowskiego przebity bagnetem policyjnym został poborowy Antoni Spularz, odwieziony do szpitala do Lwowa. Ostatecznie posterunkowi rozpędzili awanturników, kilku aresztowali i zaprowadzili w miasteczku spokój.

Równocześnie wczoraj poborowi wywołali także awanturę w Krościenku koło Dobromila, gdzie również zaatakowali mieszkańców i policję. Tu przyszło do sześciu strzałów ze strony policji, gdyż napastnicy usiłowali jednego posterunkowego rozbroić. Ciężko ranny jest poborowy Tadeusz Tryków ze Starzawy, którego w groźnym stanie życia przewieziono do szpitala wojskowego w Przemyślu. Tego postrzelił posterunkowy Józef Majewski.

Tu przynajmniej otwarcie podane są nazwiska inicjatorów rozróby i poszkodowanych. Państwo macie prawo znać swoich bohaterów.

We Lwowie ostatnio pojawiły się banknoty z nadrukiem wykonanym w Republikach Ludowych na Wschodzie Ukrainy. Niestety takie banknoty wydawane są na poczcie jako emerytura, ale w sklepach nie są przyjmowane. Nic tu nowego. Proszę poczytać jak to „drzewiej” bywało:

Fałszywe monety pojawiły się w obiegu
Ukazało się ostatnio dużo fałszywych monet 2-złotowych. Monety te wykonane są bardzo starannie i udatnie, tak, że na pierwszy rzut oka nie można odróżnić falsyfikatu od pieniędzy prawdziwych. Falsyfikaty są jednak lżejsze od normalnych monet i nie mają dźwięku. Pojawiły się również fałszywe 20-groszówki. Monety te zrobione są zupełnie nieudolnie i odróżnić je bardzo łatwo. Zaznaczyć należy, że fałszywe 20-groszówki ukazały się po raz pierwszy. Dotąd nigdy tak drobnych pieniędzy nie fałszowano. Początkowo, gdy tylko ukazał się na rynku bilon, znalazło się nieco fałszywych monet 20 gr. Były one jednak „przerabiane” z 5 gr, w ten sposób, że monety te niklowano. Obecnie i 20-tki są całkowicie fałszowane.

Obecnie ludzie szokowani są opłatami za usługi komunalne. I na tym polu nic nie zmieniło się od lat:

Czynsze w lipcu
Podwyżka stawek czynszowych dla mieszkań 1-pokojowych. Z dniem 1 lipca wchodzi w życie kwartalna automatyczna 6 proc. podwyżka stawek czynszowych dla mieszkań 1-pokojowych z kuchnią lub bez kuchni. Nowy mnożnik za te mieszkania wynosi na III. kwartał br. – licząc od 100 koron czynszu płaconego w czerwcu 1914 r. – 101.85. Mnożnik czynszowy dla wszystkich innych mieszkań od 2 pokoi wzwyż oraz dla wszelkich lokali handlowych, przemysłowych, rzemieślniczych, wszelkiego rodzaju sklepów, pensjonatów itd. wynosi nadal bez zmian 105.

Poza tym nie opłacają lokatorzy żadnych dalszych opłat, tj. ani za świadczenia uboczne, ani za wodę, ani opłaty kanałowej. Podatek lokatorski opłaca się nadal na podstawie czeków PKO, rozsyłanych wprost przez Magistrat.

Proszę zwrócić uwagę, że podwyżka tylko 6 %, a nie 300% – jak obecnie, przy tym cena „wody i opłaty kanałowej” nie uległy zmianie.

Narzekamy tez na wzrost cen podstawowych produktów spożywczych, takich jak chleb. A tym czasem:

Piekarnia (fot. zwyklezycie.pl)

Bułki podrożały
Prezydent m. Lwowa ustalił nowe ceny mąki i pieczywa z mocą obowiązującą od poniedziałku 30 czerwca br. I tak 1 kg. mąki pszennej 65 proc. w młynie 73 gr. u hurtownika 74 gr., w sprzedaży detalicznej 81 gr.1 kg; mąki żytniej typu urzędowego w młynie lub u hurtownika 34 gr.; 1 kg. chleba z mąki żytniej ciemnej w piekarni 26 gr., w sklepie lub na straganie 28 gr., 1 kg. chleba z mąki żytniej w piekarni 38 gr., w sklepie lub na straganie 40 gr.; 1 kg. chleba pszenno-żytniego z kminkiem na drożdżach w piekarni 50 gr., w sklepie lub na straganie 52 gr.; 1 bułka o wadze 4 dkg. w piekarni 4.5 gr., w sklepie lub na straganie 5 gr., 4 bułki tzw. czwórki żydowskie w piekarni 18 gr., w sklepie lub na straganie 20 gr., bułki kanapkowe tzw. weki w piekarni 45 gr., w sklepie lub na straganie 50 gr.; bulki tzw. strucle 1 kg. wodne w piekarni 1 zł. 05 gr., w sklepie lub na straganie 1 zł. 15 gr.; tzw. wiedeńskie w piekarni 1.15 zł. w sklepie lub na straganie 1.25 zł.; kołacze żydowskie w piekarni 1.40 zł., w sklepie lub na straganie 1.50 zł.

Winni przekroczenia tych cen będą pociągnięci do odpowiedzialności karno-administracyjnej.

Któż by teraz pociągał nieuczciwych sprzedawców do „odpowiedzialności karno-administracyjnej”. Co najwyżej inspektor zadowoli się „odpowiednią motywacją” swej inspekcji. A dygnitarze brali zawsze. O tym świadczy kolejny fragment:

Dygnitarz sowjecki defraudantem
Wiedeń. (PAT.) Reprezentant handlowy Z. S. R. R. w Wiedniu wniósł do prokuratury i do dyrekcji policji w Wiedniu doniesienie karne przeciwko likwidatorowi sowjecko-austrjackiego Towarzystwa Handlowo-Przemysłowego, Iwanowi Samojlowowi, z powodu sprzeniewierzenia 25.000 dolarów i 11.000 marek niemieckich. Policja poczyniła kroki celem schwytania Samojłowa, który zbiegł w niewiadomym kierunku.

To, że państwo nasze staje się przez te działania urzędników coraz uboższe i bez „zastrzyków” MFW nie przeciągnęło by daleko – wiadomo wszystkim. Nie jest to jednak wiadomość hiobowa, bowiem:

Kurczenie się dochodów państwowych
Warszawa, (f. telef.). W ubiegłym miesiącu urząd danin publicznych i monopoli wykazał dochód 177,884.000 zł., gdy w czerwcu ub. roku dochody te wynosiły 194,539.000 zł.

Monopole w czerwcu b.r. przyniosły 65,133.000 w roku ubiegłym 68,539.000. Daniny zwyczajne przyniosły w czerwcu br. 103,139.000, gdy w roku ubiegłym przyniosły 116,589.000 zł.

Jak mówią starzy ludzie: „Lepiej już było”. Prawda?

Korpusem dyplomatycznym też wstrząsały dawniej różne afery i wybryki. Oto przykład:

Wypadek (fot. geekweek.pl)

Sensacyjny proces paryski
Historja, która jest przedmiotem sensacyjnej rozprawy, rozegrała się w jednej z głównych alej słynnego paryskiego Lasku Bulońskiego. W aleji tej znajduje się elegancka restauracja z licznemi separatkami. Przed miesiącem wyjechał z garażu tej restauracji o godzinie 11 w nocy elegancki samochód, prowadzony przez pewnego bogatego przemysłowca i generalnego konsula jednego z państw egzotycznych. Obok konsula siedziała piękna dama, blondynka, niezwykle wytwornie ubrana. W pewnej chwili dama owa poprosiła swego towarzysza, aby jej pozwolił prowadzić samochód. Konsul zgodził się i oddał kierownicę w ręce damy.

W kilka sekund później przebiegło aleję dziecko. Dama, nie mająca pojęcia o prowadzeniu samochodu, przejechała dziecko, które dostało się pod koła wozu i odniosło ciężkie obrażenia. Znajdujący się w pobliżu funkcjonarjusz policji nadbiegł natychmiast na miejsce wypadku, aby spisać protokół i ukarać winnych.

Między chwilą wypadku a pojawieniem się funkcjonarjusza policji upłynęło kilka sekund. W tych kilku sekundach zdołała piękna dama zniknąć bez śladu. Wszelkie poszukiwania okazały się bezskuteczne. Sprowadzony na policję generalny konsul nie chciał wyjawić nazwiska nieznanej damy.

Ruch samochodowy we Lwowie jest obecnie nasilony, co wywołuje liczne wypadki na drogach, których ofiarami przeważnie padają piesi. Jednak w okresie rozwoju automobilizmu w naszym mieście nie było lepiej. W kronikach wypadków jest pełno relacji z takich przykrych kolizji:

Znowu auta
Wczoraj auto Lw. 8653, należące do inż. Kwiecińskiego, w ul. Chorążczyzny obok nr. 7 najechało na Wychopienia Andrzeja, zam. przy ul. Chorążczyzny 7, który wskutek tego doznał obrażenia i autem tem odwieziony został do pogotowia ratunkowego.

Żeby było ciekawiej – mowa tu o moim dziadku. Na informację tę natrafiłem zupełnie przypadkowo. W domu o tym wypadku w ogóle nie wspominano.

Ale skończmy z tymi tragediami i na zakończenie coś miłego – o najnowszej publikacji Stanisława Wasylewskiego „Bardzo przyjemne miasto” (miedzy innymi, kto nie czytał, niech koniecznie znajdzie i przeczyta!).

Wśród nowych książek
Stanisław Wasylewski: „Bardzo przyjemne miasto”, Poznań 1930. Nakładem Wydawnictwa Polskiego R. Wegnera. Tem „Bardzo przyjemnem miastem” jest Lwów. Odsłania je Stanisław Wasylewski z perspektywy stu lat, w szkicach sławnych lub ciekawych postaci, które w murach jego wyrosły, od rozbiorów Polski aż po czasy dzisiejsze. Stanisław Wasylewski ma wybitny dar syntetyzowania przeszłości. Umie przedstawiać wydarzenia i ludzi w jędrnych, plastycznych, skondensowanych treściowo i uczuciowo skrótach. Opis jego, zawsze żywy i barwny, tkwi korzeniami w historii, a rozwija się ku górze w piękny, pachnący kwiat. Żaden z współczesnych pisarzy polskich nie potrafi tak świetnie i harmonijnie pogodzić historii z humorem, anegdoty z tragiczną prawdą dziejową.

Panorama Lwowa w książce Wasylewskiego jest niezwykle barwna. Widzimy miasto, koncentrujące w sobie tajne związki patriotów, służące za teren działalności porewolucyjnej Zaliwskim i innym wysłannikom emigracji, jęczące pod uciskiem i prześladowaniem rządu austriackiego. Osobny rozdział w tej historii Lwowa posiada pani Kossakowska, nazwana przez Wasylewskiego wesoło „Bogatą panią z góry św. Jura”. Opowieść o niej obfituje w doskonałe momenty komiczne i dramatyczne, w pyszne sytuacje i maluje jej postać z niezwykłą wyrazistością. Takie same, pełne i mocno skupione są portrety Leszka Borkowskiego, Tadeusza Wasilewskiego i J. N. Kamińskiego.

Przewijają się równocześnie epizody i fakty historyczne z dziejów sztuki i literatury we Lwowie. Ciekawie opowiada, Wasylewski, jak to Niemcy i Czesi polszczyli się w Galicji i jak z nich wyrośli potem Karol Widman, Henryk Szmitt, malarz Szlegt, poeta Pol, historyk Szajnocha, belwederczyk Ludwik Nabielak, humorysta Jan Lam i Franciszek Smolka. Wskazuje zresztą Wasylewski i na inne wielkie postacie, ludzi, którzy żyli i działali we Lwowie: na Mochnackiego, Korzeniowskiego, Jachowicza, Karpińskiego, Modrzejewską, Skarbka, Romanowskiego i Ujejskiego.

Prawdziwą perełką książki jest opowiadanie o „dziewczątku z orłem białym”. Nawiązaniem zaś do współczesnego Lwowa jest ładny obraz z walk o obronę Lwowa w roku 1918. Jest to jakby przypieczętowanie historycznego rozwoju bohaterskiego ducha Lwowa.

Książka ozdobiona bogato ilustracjami i wydana wykwintnie jest nie tylko dokumentem historycznym w ramach pełnej wdzięku beletrystyki, ale dowodem serdecznego ukochania miasta przez Stanisława Wasylewskiego. Stwierdza ona, że przy rozważaniu kandydatur na najbliższą nagrodę literacką m. Lwowa nie wolno zapominać o autorze „Bardzo przyjemnego miasta”.

Gdyby ktoś miał dostęp do niej, to życzę przyjemnej lektury.

I kolejna rzecz, która nie zmieniła się od lat 30 – to lwowskie bruki. Oto jak wtedy podchodzono do tej kwestii (okazuje się, że zupełnie tak samo jak dziś).

Bruk (fot. zolibozanie.org)

Miliony podatków pochłaniają szczerbate bruki lwowskie
Odbyliśmy wczoraj dwie przypadkowe rozmowy z dwoma fachowcami od budowy ulic miejskich. W obu wypadkach wyłoniła się również przypadkowo kwestja bruków lwowskich i ich opłakanego stanu. Jeden z tych ludzi był inżynierem, drugi brukarzem. Zdania ich i wnioski pokrywały się na ogół ze sobą, a opinja ich o odnośnych władzach miejskich brzmiała wcale niepochlebnie.

Nie będziemy tu przytaczali wywodów teoretycznych inżyniera. Dość, że zaczęło się od tego, iż przechodząc z moim rozmówcą ulicą Janowską potknęliśmy się razem na dziurach w nowym chodniku. Inżynier zaklął szpetnie i zawołał:

– Ma pan tu klasyczny przykład lekkomyślnej gospodarki, która wyrzuca miljony.

– Aż miljony? – zapytałem z niedowierzaniem.

– A pan myśli, że budowa ulicy Gródeckiej w ubiegłym roku nie kosztowała miasto 1.200.000 złotych. A przed kilku dniami nie czytał pan, że budowa ulicy Kaźmierzowskiej pochłonie pół miljona złotych?

– No dobrze, ale są to przecież pieniądze racjonalnie zużyte.

– Właśnie, że nieprawda. I dziwię się pańskiej ślepocie: łamie pan nogi i nie widzi pan rzeczywistości. Czyż ta jezdnia i ten chodnik nie wyglądają, jak emerytowany fortepian. Te pozapadane kostki są dla fachowca czemś, co doprowadza go do wciekłości na ludzi, którzy za to odpowiadają. Dla pana jest to nieestetyczny błąd rodzinnego miasta, dla tysięcy lwowian, zwłaszcza w nocy, niewygoda, dla właścicieli koni zdradliwa pułapka na ich czworonożnych żywicieli – a jednak patrzę na to, jak na karygodne niedbalstwo.

– O co właściwie panu chodzi?

Inżynier spojrzał na mnie niemal z politowaniem.

– Jak wam, laikom, trzeba wszystko łopatą wkładać do głowy. Widzi pan przecież, że bruk jest nowy, a już ma złośliwe szczerby. Czy nie zauważył pan tego samego zjawiska na ulicy Gródeckiej, Łyczakowskiej, Zyblikiewicza i wielu innych, świadczy to, że ulice zostały źle zbudowane. Ale nie to jest najgorsze, lecz fakt, że odpowiedzialne władze miejskie nie konserwują bruków lwowskich.

– Co to znaczy ?

– O, widzi pan tę zapadłą kostkę kamienną? Gdyby ją zaraz podnieść i wyrównać z poziomem tych otaczających ją kostek, które się dobrze trzymają, wszystko byłoby w zupełnym porządku. Chodnik byłby w tem miejscu uratowany. Ale jeżeli się tę kostkę pozostawi w jej obecnem położeniu, to za kilka tygodni spowoduje ona katastrofę.

– Jaką znowu katastrofę ? – zdziwiłem się.

– Sąsiednie kostki naprzód pochylą się ku niej, nadając temu miejscu kształt łagodnego leja, a potem zapadną się tak samo i powstanie w chodniku duża, rozszerzająca się szybko szczerba. Wtedy już i dla oka niefachowca oczywista będzie ta klęska.

– Używa pan określeń zbyt przesadnych, a wnioski pańskie…

– Nie panie, gdyż te wszystkie dziury w brukach kosztują obywateli dosłownie miljony. Gdyby istniała racjonalna konserwacja bruków, oszczędzałoby miasto wielkie pieniądze. Mógłbym panu cyfrowo wykazać jak ogromna jest różnica pomiędzy wydatkiem na podniesienie zapadłych kostek a odbudową całego odcinka.

– Ależ, panie inżynierze, nikt u nas znowu nie śpieszy się tak gwałtownie z odbudową. Sam znam ulice, na których od lat wyboje wołają o pomstę do nieba. Obywatele piszą podania do władz miejskich, skarżą się w gazetach, a to tyle pomaga, co umarłemu kadzidło. Władze miejskie odpowiadają: nie mamy pieniędzy.

– Otóż to, bo te pieniądze z grubych podatków, które wszyscy płacimy w ten czy inny sposób, zapadają się w ziemię wraz z temi zapadłemi kostkami kamiennemi.

Rozmawiając tego samego dnia z robotnikiem miejskim, zawodowym brukarzem, skorzystaliśmy z okazji i przytoczyliśmy mu ponurą opinję inżyniera.

– Zgadza się, proszę pana. My, to znaczy niby robotnicy, sami o tem między sobą mówimy, że te dziury to dużo pieniędzy Lwów kosztują. Niejeden burknie z kąta: co nas to obchodzi. Ale inni zaraz go zakrzyczą: sam robisz. Ile to roboty jest dla ludzi, którzy te wszystkie dziury łatają, a potem pilnują, aby ich więcej nie było.

No i co? Dziury mamy nadal, co roku się je naprawia, ludzie mają robotę… a dziury jak były tak są. Uwaga pod nogi!

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 14-15 (234-235) 14–27 sierpnia 2015

X