Światełko dla „dobrze zasłużonych”

Światełko dla „dobrze zasłużonych”

Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny – czas pogodnej zadumy i refleksji nad owocowaniem ludzkiego życia i jego powiązaniami ze światem tych, co odeszli.

W nowoczesnej cywilizacji coraz mniej mamy czasu do nieśpiesznych rozważań, do zastanawiania się nad tym, że istniejemy dzięki następstwu pokoleń, że to zmarli duchowo wzbogacają nasze życie, bo sięgamy po ich dorobek naukowy i twórczy. Wśród pilnych i najpilniejszych trosk zanika gdzieś więź pomiędzy zmarłymi i żywymi, pomiędzy czasami dawnymi i obecnymi. Jest tylko pośpiech – podstawowa jednostka czasu.

Każde święto ma swoje znaki. Dzień Zaduszny płonie tysiącami zniczy, ma kolor złocistych chryzantem, szeleści liśćmi zasypującymi alejki cmentarzy. Czas zadumy. Dobry czas, abyśmy pomyśleli również nie tylko o własnych zmarłych przodkach, ale też o naszych wspólnych „dziadkach” spoczywających na cmentarzach. O Julianie Zachariewiczu i Lunie Drexler, o Janie Gallu i Matyldzie Żłobickiej, o Kazimierzu Twardowskim i Maryli Wolskiej. I o setkach, tysiącach innych „dziadków” których imion nie pamiętamy. Idąc alejami cmentarza, mijamy obojętnie ich groby. Ich nazwiska nic dla nas nie znaczą. I nie ma już łuny nad lwowskimi cmentarzami – są tylko nieśmiałe pojedyncze ogniki. To dziwne, jak szybko mija czas, jak zawodna jest ludzka pamięć. A przecież nie tak miało być.

Krajobraz pisany kamieniami
jak brajlem
nawet ślepy może odczytać
co tu się działo
przez wieki wieków

ks. J. St. Pasierb „Pejzaż”

Cmentarze często nazywamy archiwami pod otwartym niebem – są zbiorem informacji o lokalnych społecznościach, o ich najwybitniejszych przedstawicielach i wydarzeniach. Kiedy Polska przestała istnieć, szczególnego znaczenia nabrał kult zmarłych, zasłużonych przedstawicieli narodu. Ich groby nabrały znaczenia patriotycznego. Miejsca spoczynku i pamięć o tych ludziach była świadectwem o czasach chwały, a życiorysy zmarłych literatów, naukowców, działaczy społecznych, powstańców – „dobrze zasłużonych” – miały służyć jako przykład i wzór do naśladowania. Pogrzeby zamieniały się w wielkie manifestacje patriotyczne, rocznice i święta patriotyczne obchodzono na cmentarzach, święta zapalały łuną cmentarze – to wszystko świadczyło nie tylko o wielkim kulcie zmarłych przodków. Ta szczególna troska o groby zmarłych – świadczyła o ciągłości pamięci narodowej i narodowej wspólnoty. Była wielką lekcją historii. Drażniącą i irytującą zaborców. Niszczenie i dewastacja cmentarzy i miejsc ostatniego spoczynku staje się bardzo szybko jedną z form walki z unicestwionym państwem. Kamienie i płyty cmentarne w małych i większych miejscowościach, opierające się rozszalałym dziejom i przemawiając, dziś znów dają świadectwo.

Ale powiedz jak długo trwać będą dawne imiona
Jak długo przetrwa o nich chociaż słuch
Kiedy będą wyśmiani kiedy całkiem martwi
Bo sztuka i historia wydadzą się nam
Ciężarem nie do udźwignięcia.

Julia Hartwig „Powiedz jak długo trwać będą dawne imiona”

Rzesze wybitnych Polaków pochodzą ze Lwowa, Stanisławowa, Tarnopola, Krzemieńca i innych miast, o czym nie zawsze pamiętamy. Szczególnie teraz, kiedy próbuje się nam wmówić, że wcale tu Polaków nie było, a jeśli już – to przyszli jako osadnicy w okresie zaboru austriackiego i II RP. Za chwilę uwierzymy w nowe „fakty” historyczne, bo nasza łatwowierność wynika z niewiedzy. Jeśli sami, w kraju i poza granicami, nie nauczymy się historii, wmówić będzie nam łatwo każdą nową teorię. Warto pamiętać nie tylko o krwawych potyczkach, ale i o ogromnym dorobku zasłużonych ludzi.

Bene merentium – dobrze zasłużeni. Chowani na małych i wielkich cmentarzach, mają specjalne aleje i wspaniałe pomniki. We Francji wymyślono dla nich Panteoni maksymę „Wielkim ludziom wdzięczna Ojczyzna”. Polacy mają pięć słynnych nekropolii (z czego dwie poza krajem) warszawskie Powązki, krakowskie Rakowice, zakopiański Pęksowy Brzyzek, wileńską Rossę i lwowski Łyczaków. Każda większa miejscowość zazwyczaj ma cmentarz z aleją zasłużonych, ale te wymienione nekropolie to miejsca szczególne. Nie sposób wymienić tysięcy imion wielkich Polaków, których prochy kryje ziemia Łyczakowskiego cmentarza i wielu innych cmentarzy we Lwowie i w okolicach. Łyczaków jest miejscem spoczynku wielu wybitnych zasłużonych, ale też miejscem, gdzie powstawały wspaniałe rzeźby utalentowanych artystów. Przez szereg lat był też miejscem spacerów „wspomnieniowych” – tradycja ta, niestety, zanikła wśród lwowian. Oczywista jest wartość historyczna i artystyczna cmentarza, wymaga on opieki ze strony fundacji i organizacji kulturalnych, jak i społeczności lokalnej. Od kilku lat prowadzone są tu prace na koszt polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, również dzięki ludziom dobrej woli z Polski zrzeszonym w organizacjach czy zatrudnionych w firmach, odnawiane są kolejne nagrobki.

Tymczasem wystarczy oddalić się od alei zasłużonych i wejść w głąb kwater, żeby zobaczyć gąszcz samosiejek i zielska, rozsadzających korzeniami płyty grobowców. Podobnie jest z naszą wiedzą o tych ludziach. Poza przywołaniem Marii Konopnickiej i Artura Grottgera oraz kilku innych najbardziej znanych postaci nasza wiedza urywa się.

Za każdym razem spacerując alejkami cmentarza Łyczakowskiego nie mogę się pozbyć myśli, że walka toczona o cmentarz jest przegrana. Albo źle ją prowadzimy? Może warto byłoby powrócić do tradycji z okresu odgruzowywania cmentarza Orląt: kiedy ochotnicy przychodzili na cmentarz, żeby pomóc przy pracach porządkowych? Nadzieja na to, że o cmentarz będą bardziej dbały władze lokalne, sprzedając bilety na zwiedzanie, jest chyba daleko posuniętą naiwnością. Jeśli na cmentarzu nie będą zastosowane na dużą skalę prace ogrodnicze, opryski czy inne czynności które pomogą zachować groby z piaskowca utracimy dziesiątki kwater, które już dzisiaj są w stanie ruiny. Cmentarz ma zaledwie ponad 40 hektarów powierzchni, wiele parków miejskich ma podobny lub większy obszar. Więc jak to możliwe, że Łyczakowa nie da się uwolnić od chaszczy wyższych od nagrobków, spadających drzew i piłowania gałęzi spadających na zabytkowe rzeźby?

…Ludzie i miasta stanowią jedność pełną dostojnych pamiątek
Ale wystarczy wytrzeć nazwiska z pomników
Ogrody opustoszyć z lekkich widm i świetlnych feerii
Żeby to co istniało przestało naprawdę żyć
opustoszał ze wspomnień wypełnione tłumem
Który już dawno przestali rozumieć dlaczego błąkać się musi
Pośród dziwacznych stylów wśród gmachów nie służących niczemu.

Julia Hartwig „Powiedz jak długo trwać będą dawne imiona”

Bardzo niewiele wiemy o postaciach spoczywających na cmentarzu Łyczakowskim, takie prace mogłyby być okazją do poznawania nowych lub przypomnienia starych nazwisk. Warto abyśmy wreszcie zaczęli dostrzegać taką potrzebę, żeby kwestia dziedzictwa kulturowego, którego jesteśmy spadkobiercami nie schodziła na daleki plan. Inaczej staniemy się podobni do sublokatorów niechętnych i obojętnych na głosy kamieni. A głosy kamieni nie kłamią i warto im uwierzyć. Mieszkańcy tych ziem zbyt dobrze wiedzą, że poetka w przytoczonym powyżej wierszu ma rację. Kamień okazuje się być bardzo nietrwały. Zatarte napisy, uszkodzone i niszczone zabytki, odbite głowy, skrzydła i ozdoby – i ślad w krajobrazie historycznym zostaje zatarty. Podnosząc nieczytelne, przeżarte rdzą krzyże, pytamy o imiona tych wszystkich, o których trzeba pamiętać. Z natężoną uwagą słuchamy ich głosu. Chcemy ich ocalić od zapomnienia.

Już po raz jedenasty zapraszamy do udziału w Światełku Pamięci dla Cmentarza Łyczakowskiego. Nie chodzi nam o to, żeby utopić Łyczaków w morzu zniczy. Chcemy przypomnieć o naszych zasłużonych. O tych wszystkich ludziach, którzy w różnych okresach swoim dorobkiem służyli miastu, służyli Polsce.

Pomysł „Światełka” zawdzięczam Tomaszowi Kulczyckiemu. Przeżył 70 lat i był niezwykłym lwowskim krawcem. W okresie zaboru wydawał pismo „Dziennik mód paryskich”. Do „modnego żurnalu” pisali poeta Kornel Ujejski, historyk Karol Szajnocha, polityk Leszek Dunin-Borkowski, dziennikarz Jan Dobrzański – pisali nie o frakach i salopach, a o polityce i literaturze. Tak oto ominięte zostało zarządzenie zaborczych władz austriackich zakazujące polskim pisarzom utworzenia pisma literackiego. Pod bokiem austriackiej cenzury powstało pismo patriotyczne, wydawane przez zwykłego rzemieślnika. Życie nie szczędziło mu ciosów – w 1842 roku pochował dwóch synów – sześcioletniego Stefana i dziewięciomiesięcznego Tomasza. Rok później umarła żona – Teresa Kulczycka. Zrozpaczony, umieszcza na grobie rodzinnym napis epitafijny

Nie szczędząc sił do ostatka
Życie swych dzieci ratowała matka.
Gdy ich nie mogła zatrzymać na ziemi
Poszła do grobu połączyć sie z niemi.
Ten, który wszystko utracił w ich zgonie
Stawia ten pomnik dwu synom i żonie.

Wiele lat temu, szukając informacji o ludziach, którzy spoczęli w grobowcu z tak interesującym wierszem epitafijnym dotarłam do Tomasza Kulczyckiego. Jego historia była jedną z wielu, które warto przypomnieć i opowiadać.

W dzisiejszym kurierze symbolicznie przypominamy nazwiska kilku postaci pochowanych na Łyczakowie. Nasze lampki pamięci zapalamy dla nich i zapraszamy do udziału w Światełku Pamięci dla Cmentarza Łyczakowskiego.

Informacje można też znaleźć na stronie: www.facebook.com/Cmentarz.Lyczakowski

Wanda Czartoryska
19 kwietnia 1920 roku na Cmentarzu Łyczakowskim pochowano Wandę Czartoryską zasłużoną działaczkę ruchu kobiecego. Zasłynęła z działalności na niwie oświatowej i społecznej. We Lwowie pracowała w Stowarzyszeniu św. Wincentego a Paulo. Była inicjatorką lwowskiego Towarzystwa Gospodarczego Wykształcenia Kobiet. Instytucja powstała w roku 1908, sama Wanda stała się prawdziwą duszą i motorem zakładanego stowarzyszenia. Ucząc innych, sama też uczęszczała na kursy praktycznej nauki zawodu, bo postanowiła, że sama będzie uczyć polskie kobiety. Z ramienia Towarzystwa powstawały szkoły gospodarstwa wiejskiego dla kobiet. W 1912 roku księżna uposażyła Seminarium Gospodarcze w Snopkowie koło Lwowa, szkole ofiarowała folwark i ok. 100 000 tys. koron.

W czasie I wojny światowej Wanda Czartoryska rozwinęła w Wiedniu na szeroką skalę działalność oświatową i charytatywną. W należącym do rodziny pałacu w podwiedeńskim Weinhaus gorliwie opiekowała się polskimi emigrantami. Wróciła wkrótce do Lwowa, aby jak pisała „dalej uczyć (…) u siebie w domu. Lud jest biedny, a kobieta musi w domowym przemyśle dzielny brać udział, ażeby trzymać z dala od rodzinnego progu widmo głodu”. Kwestia zdobycia zawodu przez kobietę, była dla Wandy Czartoryskiej jedną z najważniejszych. Pozyskiwała fundusze na oświatę dla dziewcząt, poczynając od stypendiów do szkół ludowych, a od 1895 roku dla żeńskich szkół średnich.

Bronisław Szwarce
Niedoszły przywódca powstania styczniowego urodził się we Francji, gdzie na emigracji przebywali jego rodzice. Miał 30 lat, kiedy wrócił do kraju i włączył się w przygotowania do powstania styczniowego. Zajął się organizacją struktur powstańczych z ramienia „czerwonych”. Aresztowano go jeszcze przed wybuchem powstania w grudniu 1862 roku i osadzono w Cytadeli Warszawskiej. Przez władze carskie został na karę śmierci. Po roku Szwarcego – obywatela Francji – ułaskawiono dzięki wstawiennictwu cesarzowej Eugenii. Wyrok został zamieniony na karę więzienia i zesłanie na prawie 30 lat. Przebywał kolejno w twierdzy w Szlisselburgu, Turkiestanie i od 1879 w Tunce koło Irkucka. Tam poznał Szwarcego Józef Piłsudski. W roku 1891 zezwolono mu na opuszczenie Syberii. Po powrocie z Syberii mieszkał krótko w Krakowie, a ostatnie dziesięć lat życia spędził we Lwowie. Pracował jako podrzędny urzędnik w monopolu solnym Wydziału Krajowego. Mieszkał kątem u swego przyjaciela-powstańca Czaplickiego. Próbował spisywać wspomnienia, zajmował się numizmatyką, robił rysunki, tłumaczył na polski wiersze rosyjskich poetów – Puszkina i Lermontowa. Zmarł 18 lutego 1904 roku we Lwowie.

Władysław Bełza
Z mieszkania przy ul. Zimorowicza we Lwowie, pan Władysław miał wszędzie blisko – tylko krok do Ossolineum, gdzie urzędował na stałe. Niewiele dalej do Rynku, gdzie prowadził księgarnię. Tuż obok – ulubione kawiarnie. Przychodził, zabawiał towarzystwo barwnymi historyjkami i czasami się powtarzał. We Lwowie współtworzył Kasyno Literacko-Artystyczne, wydawnictwo Macierzy Polskiej, zakładał pisma dla dzieci. Na Towarzyszu Pilnych Dzieci wychowywały się pokolenia – komplety pisma wędrowały od rodziców do dzieci. Państwo Bełzowie własnych dzieci nie mieli i sam Władysław cierpiał bardzo z tego powodu: nawet w okolicznościowym wierszyku dedykowanym malutkiej Beacie Obertyńskiej napisał:

I cóż warta marna sława pana Bełzy Władysława?
Wszystkie dzieła w piec by włożył, gdyby takie dzieło stworzył!

Poświęcił dzieciom większość swoich poetyckich prób. Pisał tak jak czuł, tak jak wymagała epoka: dzieciom dorastającym w kraju pod zaborami chciał zaszczepić Polskę. Autor „Katechizmu polskiego dziecka” – wiersza, który zaczyna się od słów „Kto ty jesteś? Polak mały”. Dziś, jest to często jedyna informacja, którą o Bełzie posiadamy.

A Teatr Polski w Poznaniu? Miasto pod zaborem pruskim jemu właśnie zawdzięczało tę instytucję. To tam, tworzy zespoły amatorskie, reżyseruje, gra i oddaje własne pieniądze na założenie stałej polskiej sceny. I stało się: „W starej budzie na Wilhelmowskim placu miejsc przybrakło, sukces ogromny” – pisano po latach. To w Poznaniu współtworzył „Tygodnik Wszechpolski”. I z Wielkopolski został wydalony przez władze pruskie za swoją działalność. I takim oto sposobem Lwów otrzymał w prezencie Bełzę.

Miał życie barwne i wypełnione działalnością zawodową, społeczną i jak szeptano we Lwowie – wieloma romansami. Nasz poeta był bowiem „ukochany przez wszystkie boginie, a najbardziej przez boginię miłości”. Pewnie nigdy nie dowiemy się, co na ten temat myślała przemiła pani Maria Bełzowa. Ich dom słynął z gościnności. Każdy podwieczorek gromadził przy stole kuzynów, sąsiadów, przyjaciół, których najserdeczniej w tym domu podejmowano. Z drugiego piętra Wanda Młodnicka (niegdyś narzeczona Grottgera) przesyła przez córkę Marylkę ciasto. Na górę wędruje karteczka od Bełzy: „Przez słodycze i przez bluszcze, rym mój słodki do was pluszcze”. Każdego roku Bełzowie urządzali sobie wielkanocne wakacje i wyjeżdżali do Wenecji. Pan Władysław uwielbiał buszować po antykwariatach wyszukując prezenty dla przyjaciół. Zmarł we Lwowie w 1913 roku. Pochowano go na Cmentarzu Łyczakowskim.

Jan Gall
„l cóż zresztą w tym dziwnego, że z miasta, gdzie «budzi piosenka i tuli do snu», Jan Gall się wywodzi, co jest Kraszewskim pieśni, bo też ponad trzysta ich napisał” – pisał Jerzy Janicki.

Urodzony w Warszawie w 1856 roku, Jan Gall wędrował i podróżował po miastach polskich i europejskich, aby wreszcie osiąść we Lwowie. W mieście nad Pełtwią pozostał do końca życia. Muzyk, krytyk muzyczny, kompozytor pieśni solowych i utworów chórowych, stał się twórcą przebogatego repertuaru pieśniarskiego, z którego przez długie dziesięciolecia korzystały wszystkie zespoły chóralne w Polsce, wydawał dzieła własne i innych kompozytorów. Z jego pracy rozwinął się świetnie lwowski chór „Echo”, krytycy zgodnie podkreślali, że nigdy dotąd towarzystwo śpiewacze nie osiągnęło takich wyżyn. Na uroczystości lwowskie komponował okolicznościowe kantaty do słów polskich poetów.

Pieśni wpadały w ucho, zdobywały popularność wśród słuchaczy i wykonawców. Jedna z pierwszych jego pieśni napisana do spolszczonych słów Henryka Heinego „Mädchen mit dem roten Mündchen” podbiła serca Polaków i na długie lata stała się „przebojem” ówczesnych scen. Jak kraj długi i szeroki śpiewano:

Dziewczę z buzią jak malina,
Twoje oczy gwiazdy dwie,
Ty dzieweczko, luba, mała,
Opętałaś myśli me!

W wieku lat 40 kompozytor zachorował na serce, poruszał się na specjalnie skonstruowanym fotelu na kółkach. Mimo choroby do końca stale zaangażowany był w życie muzyczne Lwowa. Zmarł w październiku 1912 roku. Jego grób można odnaleźć na tyłach pomnika Władysława Bełzy.

Romuald Wowkonowicz
W bieżącym roku na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie doczekał się odnowienia grobowiec rodziny Wowkonowiczów. Udało się tego dokonać dzięki Towarzystwu Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich Oddział Tarnów, z którego inicjatywy zbierano składki na ten cel. W grobowcu tym pochowany jest Romuald Wowkonowicz (ur. 1884 w Samborze, zm. 1939 we Lwowie), absolwent Politechniki Lwowskiej, dyrektor gazowni miejskiej w Tarnowie oraz dyrektor Państwowej Fabryki Związków Azotowych w Tarnowie-Mościcach (będącej obok portu w Gdyni największą inwestycją lat dwudziestych II RP). Postać zasłużona dla Tarnowa w okresie międzywojennym, przyczynił się m.in. do rozwoju nowej dzielnicy Tarnów-Mościce. Romuald Wowkonowicz pochowany został w rodzinnym grobowcu wraz ze swoim ojcem – Franciszkiem Romualdem Wowkonowiczem, nadoficjałem sądu we Lwowie.

Henryk Kadyi
Henryk Kadyi to polski uczony, anatomopatolog, profesor uniwersytetów w Krakowie i Lwowie, organizator Wydziału Lekarskiego na lwowskiej medycynie, rektor Uniwersytetu Lwowskiego, mistrz sztuki preparatorskiej, zaangażowany społecznik. W środowisku uważano go za niezwykle utalentowanego naukowca i zarazem człowieka nieco ekscentrycznego.

Urodził się w Przemyślu w 1851 roku. Po maturze we Lwowie, wyjechał na studia medyczne do Krakowa. Doktorat zrobił w Wiedniu. Przed habilitacją zdobył stypendium imienia braci Śniadeckich, przyznawane przez fundację Seweryna Gałęzowskiego dla najwybitniejszych młodych naukowców, odbył wówczas podróż naukową do Austrii i Niemiec, pracował w Instytucie Zoologicznym w Lipsku. W 1881 roku rozpoczął pracę we Lwowie, został profesorem zwyczajnym anatomii opisowej i patologicznej w Wyższej Szkole Weterynarii we Lwowie, gdzie też powierzono mu opracowanie wstępnego programu nauczania, w szkole kierował katedrą anatomii zwierząt domowych. Z inicjatywy Henryka Kadyiego i jego kolegi Józefa Szpilmana zreformowano studia weterynaryjne w całej Austrii, co podniosło weterynarię do rangi studiów uniwersyteckich.

Konsultował projekty gmachów lwowskiej medycyny przy ulicy Piekarskiej. Tam też przy ulicy Piekarskiej miał później salę wykładową i gabinet w Zakładzie Anatomii Opisowej. Dwie kolejne sale oddano mu pod prosektorium, w którym Kadyi przygotowywał ćwiczenia ze studentami. Odpowiadał za organizację i wstępne wyposażenie kliniki chirurgicznej i kliniki chorób wewnętrznych. Na weterynarii oraz na medycynie urządził doskonałe zakłady anatomiczne wraz z bogatymi muzeami, w których wiele preparatów wykonał sam. Jego preparaty naczyń krwionośnych stanowiły dzieła najwyższej techniki preparatorskiej.

Zwolennik przyjmowania kobiet na studia medyczne – na wniosek Kadyiego i Adolfa Becka złożony do ministerstwa we Wiedniu, w 1895 roku zezwolono po raz pierwszy kobiecie na pracę w zakładach naukowych Wydziału Lekarskiego.

Zapoczątkował pionierskie wówczas badania z pogranicza anatomii i antropologii. Miał ogromny wkład w rozwój badań dotyczących naczyń krwionośnych i wprowadzenia formaliny do konserwacji zwłok. Był autorem nowych metod nastrzykiwania zwłok formaliną, co wstrzymywało rozkład. Należał do wielu towarzystw naukowych polskich i zagranicznych. Zakaził się podczas balsamowania zwłok marszałka Sejmu Krajowego Stanisława Badeniego.

Zmarł 25 października 1912 roku. Pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim.

Beata Kost
Tekst ukazał się w nr 20 (216) za 31 października – 13 listopada 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X