Siedem lat wojny Plakat propagandowy w Sewastopolu, marzec 2014. Fot. Wojciech Jankowski/Kurier Galicyjski

Siedem lat wojny

Doskonale pamiętam marzec roku 2014 i początek walk na Donbasie. Doskonale pamiętam jak ja i większość moich przyjaciół naiwnie mieliśmy nadzieję, że to nie jest jakaś wielka wojna, a szereg incydentów, prowokacji, które szybko ucichną, z którymi Ukraina się błyskawicznie upora. Teraz wiemy – złudne to były nadzieje.

Wojna (tak! wojna!) trwa już siedem lat i końca jej nie widać. Od siedmiu lat część województw ługańskiego i donieckiego jest kontrolowana przez tzw. „separatystów” (o nich będzie jeszcze) i ich sojuszników. Także – choć nie toczą się tam wojenne działania, jest to częścią tej wojny – od siedmiu lat Krym znajduje się pod rosyjską okupacją. W tych dwóch beznamiętnych zdaniach zawarte jest wszystko – walki, kłamstwa, krew, pogrzeby, propaganda, bohaterstwo, polityka, nikczemność, podstępy, areszty, nieszczęścia, zdrady… Także nadzieja, że kiedyś wreszcie to wszystko się skończy. I że to się skończy „dobrze” (cokolwiek pod tym pojęciem się rozumie) dla Ukrainy.

Niestety nadziei jest coraz mniej

Siedem lat! Żeby zrozumieć jak wiele to czasu, trzeba spojrzeć nie na siebie, a na dzieci urodzone w marcu 2014 roku – to w zrozumieniu pomaga! Te dzieciaki, które przyszły na świat wtedy gdy wszystko „to” się dopiero zaczynało, chodzą już dzisiaj do szkoły! To „ocean czasu”! „Ocean” w którym powoli toną kolejne nadzieje właśnie. Tak, tak – wiem! W „dzisiejszych realiach” jakakolwiek nadzieja, że będzie „dobrze”, że przyzwoitość pokona nikczemność, prawda kłamstwo, a poczucie obowiązku chęć zysku – to idealistyczne marzenia. Niestety tak jest i tyle – to temat na odrębne rozważania. Jednakże, pomimo kruchości i iluzoryczności wszelkich nadziei (że wojna się skończy) one były i nadal są! Prawda, że dzisiaj nikłe. Zbyt wiele razy i zbyt wiele obiecywali politycy, zbyt wiele razy widzieliśmy jak (zdawałoby się realne) szanse na koniec tej wojny przepadały w „nocy i mgle”, także i „ocean czasu” robi swoje – nadzieje się kruszą, nikną, toną.

Uważam za stosowne opowiedzenie pewnej historii o „tonącej nadziei”. Historii nie wojennej (zdawać by się mogło) ale jednak doskonale obrazującej to, co się z naszymi nadziejami na pokój i „normalność” dzieje.

Właśnie w połowie marca 2014 roku do mojego Drohobycza zaczęli przyjeżdżać uchodźcy z Krymu – Tatarzy Krymscy. Przyjeżdżali ci, którzy uznali, że rosyjska okupacja Krymu stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa ich i ich rodzin (zazwyczaj wielodzietnych). Późniejsze (oraz dzisiejsze) wydarzenie pokazały, że słuszne były ich obawy (na Krymie – rewizje, porwania, zabójstwa, areszty, „spreparowane” oskarżenia i procesy, wieloletnie wyroki więzienia) – ale nie o tym teraz. Otóż do Drohobycza przyjechało w marcu 2014 roku kilka rodzin. Każda z nich – ojciec, mama i gromadka dzieciaków. Każda – z kilkoma torbami odzieży i najpotrzebniejszych rzeczy. Wszyscy oni (przyznaję, że ja też) wierzyli święcie, że „to wszystko” się w kilka tygodni skończy i wrócą na swój ukochany Krym (ukraiński Krym – żeby było jasne). Najpierw wierzyli w „kilka tygodni”. Później „tygodnie” zmieniły się w „miesiące”. Kiedy minęło pół roku, a okupacja Krymu trwała, niechętnie zaczęli mówić o „roku”. Później o dwóch, trzech… Minęło właśnie siedem lat! Urodzony już w Drohobyczu Arslan rok temu poszedł do szkoły – „ocean czasu”… Jednak pomimo tego wszystkiego moi tatarscy przyjaciele nadal mają nadzieję – oni w myślach ciągle „wracają na Krym”, dzieci rysują Jałtę i Czarne Morze, wszyscy wierzą, że jednak kiedyś uda im się mnie gościć w ich krymskich domach. Prawda, tego kiedy to będzie, nikt prognozować się nie ośmiela. Podobnie mają się sprawy z nadzieją na zakończenie trwającej na Donbasie wojny.

Źle się stało, ale ta wojna „wrosła” w ukraińskie życie i znaczna część Ukraińców przyzwyczaiła się do tego, że co prawda ona trwa, ale dzieje się to tak jakoś „w tle”. Ludzie przyzwyczaili się do życia w którym wojna nie przeszkadza w robieniu interesów, jeżdżeniu na wakacje, karierom, wyborom…

Oczywiście były i dłuższe (od tej „donbaskiej”) wojny. Była nawet „Wojna Stuletnia”. Zapewne i podczas „tamtych”, dawnych wojen przychodziło zmęczenie, przyzwyczajenie, przystosowanie. Zgoda – tak było! Tyle, że to działo się dawno temu! Świat się zmienił, uprzemysłowił, zglobalizował. Wojny także! Dowodem tego są ostatnie dwie „wielkie wojny”, które udowodniły (szczególnie ta ostatnia), że aby wygrać/nie przegrać/zakończyć (do wyboru) potrzebna jest mobilizacja CAŁEGO potencjału państwa, całego społeczeństwa i jeszcze MIĘDZYNARODOWA współpraca – inaczej nic z tego. Tak, wiem – powiadają: tym razem to jest „wojna hybrydowa”, to jest wojna „nowego typu” – możliwe, że i tak. Tyle tylko, że moim skromnym zdaniem także zwycięstwo w tej wojnie, a także jej „koniec”, mogą mieć taki „hybrydowy” charakter. Jednym słowem – nie będzie decydujących starć (a jeśli już takie będą – to „w internecie”), nie będzie triumfalnego „zatykania flag”, nie będzie traktatów pokojowych. Będzie czcza gadanina i tysiące wpisów w internecie, a na Donbasie nadal będą strzelali i ginęli – tyle, że prawdziwy obraz spraw zostanie zapomniany, wyparty z naszej świadomości. Kto dzisiaj pamięta o Naddniestrzu?!!! Takie to będzie owo „hybrydowe” zwycięstwo.

Tę wojnę trzeba skończyć!

Aby do takiego doszło – potrzebna jest wola, by tak się stało, potrzebne są ogólnonarodowa mobilizacja i poświęcenie. Uważam, że jedynie wtedy gdy wojna i jej zakończenie (czytaj – zwycięstwo) staną się dla ukraińskich rodzin sprawą najważniejszą, gdy każdy (no dobrze – niech będzie, że większość) będzie gotowy do zakończenia tej wojny „przyłożyć rękę” – tylko wtedy coś się zmieni. Niestety, póki co nie zauważam niczego podobnego, Raczej odwrotnie, świadomość o trwającej wojnie ulega coraz większej marginalizacji, dla wielu z tych, z którymi rozmawiam toczy się ona „gdzieś tam daleko na wschodzie” i – w sumie  – „nasza chata skraju”. Tak się nie da zwyciężyć!

Tymczasem…

Tymczasem „hybrydowa” czy „nie hybrydowa” – wojna trwa. Ostrzały, zasadzki, miny, ranni, inwalidzi, polegli. Zrujnowane domy, dożywający swych dni w „głodzie i chłodzie” staruszkowie, katastrofa ekologiczna (to oddzielny temat), gruźlica, brak lekarstw… To już tysiące ofiar (po obydwu stronach). Tylko do dnia w którym piszę te słowa, od początku 2021 roku zginęło 16 ukraińskich żołnierzy! 16! Nie, nie zamierzam nikogo epatować bólem i tragediami rodzin, które straciły synów, mężów, ojców – nie w tym sprawa. Zwyczajnie, wyobraźcie sobie proszę, jakby to było, gdyby nagle zniknął ktoś Wam bliski, ważny, kochany. Jak to wpłynęłoby na Wasze życie, na „wasz świat”. Tylko w 2021 roku podobne stało się udziałem już 16 ukraińskich rodzin. Więcej – szesnastu „mikroświatów”. Trzeba też pamiętać o innych ofiarach – ranni, inwalidzi, ofiary PTSD (ang. Post Traumatic Stress Disorder – Zespół Stresu Pourazowego/Bojowego). Jeśli chodzi o ten ostatni – rozbitych rodzin i osobistych tragedii nikt zliczyć nie potrafi. Jednakże niekiedy pojawiają się informacje (nieoficjalne) o liczbie samobójstw popełnionych przez weteranów tej wojny. Podobno (piszę „podobno”, ale to więcej niż prawdopodobne) pomiędzy 1000 i 1500. To też jest jedna z cen, które przychodzi Ukrainie płacić za każdy dzień tej wojny (niech będzie, że „hybrydowej).

O ile tak jak i w tej, także i w poprzednich wojnach istotną rolę grała informacja i propaganda, tak w tej wojnie te dwie ostatnie otrzymały niebywale ważny instrument – internet

Niestety, opierając się na własnych i innych obserwacjach, pozwalam sobie twierdzić, że istnienie internetu i grup społecznościowych (szczególnie) ani deeskalacji, ani zakończeniu tej wojny nie służy. Właściwie dostęp do internetu jest tak powszechny, a aktywność czytelników i uczestników ukraińskiego i rosyjskiego sektorów tegoż tak duża, że mógłbym więcej nie pisać – wszystko jasne. Dlatego wspomnę tylko o „fermach trolli”, o „fejkach”, o propagowanej pogardzie, nienawiści i agresji. Moim zdaniem, jeśli ktoś chce nazywać tę wojnę „hybrydową”, to jedynym tego usprawiedliwieniem jest właśnie to, co się dzieje „w internecie”.

Nadzieje na „międzynarodową społeczność”? Żarty! Przez kilka pierwszych lat tej wojny wszelkie misje międzynarodowe wysłane na Donbas (w tym misja OBWE) jak tylko mogły starały się tej wojny nie nazywać wojną. Były głuche i ślepe. Były tego przyczyny…

Misje te nie widziały rosyjskiej broni (w tym artylerii, transporterów i czołgów), nie zauważały ostrzałów z terytorium Federacji Rosyjskiej, udawały, że wierzą jeńcom (z jednostek wojskowych Federacji Rosyjskiej), iż ci się „zgubili” i dlatego zostali wzięci do niewoli na terytorium Ukrainy. Nawet zestrzelenie pasażerskiego samolotu przez Rosjan – zasadniczo niczego nie zmieniło. Ok – niektórzy twierdzą, że OBWE jest zinfiltrowana przez Rosję. Możliwe. Tak czy inaczej – wielu (w tym ja) uważa, że działania OBWE w Ukrainie to „dużo hałasu o nic”.

Niezależnie od pozorowanych bądź mało skutecznych działań międzynarodowych organizacji, prawie żadne (jest kilka wyjątków) z europejskich (i nie tylko) państw nie chciało i nie chce dostrzegać w Rosji agresora i zagrożenia.

Powód? To się najzwyczajniej nie kalkuluje! Rosja to przecież wielki rynek, wielkie interesy, wielkie pieniądze! Dlatego wojna – wojną, agresja – agresją, sankcje sankcjami, ale ważniejsze są: Nord Stream 2, turbiny dla Krymu, centrum szkolenia Specnazu pod Moskwą, helikopterowce, rosyjski węgiel, budowa „krymskiego mostu”, gaz, niemieccy i europejscy politycy w Petersburgu (Forum Gospodarcze) i w Moskwie, i inne. Aby osiągnąć krótko perspektywiczne zyski, międzynarodowe elity (jak pisałem – są wyjątki) polityczne i gospodarcze zamykają oczy na perspektywy długoterminowe. Dlatego też w Mińsku podczas kolejnych pertraktacji, mających zakończyć wojnę na Donbasie, kanclerz Merkel i prezydent Macron bez „zmrużenia oka” i „na poważnie” słuchali rosyjskich twierdzeń o „powstaniu donbaskich górników”, o „niezaangażowaniu rosyjskich wojsk”, o „wojnie domowej”. Najważniejszym dla nich było (i jest nadal – uważam) by szybko doprowadzić przynajmniej do pozorów pokoju, co pozwoliłoby zdjąć z Rosji wszelkie sankcje, po czym wrócić do robienia lukratywnych interesów z Moskwą. Podobne podejście widać było (i jest) nie tylko w Mińsku. Dlatego rozpatrując możliwość zakończenia wojny na Donbasie jakoś specjalnie nie liczyłbym na to międzynarodowe towarzystwo.

To „stary chwyt”. W dalekich latach 20. XX wieku już Lenin zrozumiał istotne (w konfrontacji z dyktatorskim i zcentralizowanym państwem) ułomności kapitalizmu i demokracji. Podczas jednego ze sporów dotyczących wprowadzenia w Rosji Sowieckiej NEP (Nowa Ekonomiczna Polityka) i „otwarcia” na inne kraje miał on powiedzieć: „Aby osiągnąć zysk (w krótkiej perspektywie – A. D.), kapitaliści sami sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy (w długiej perspektywie – A. D.)”

Mówiąc o „sznurze” miał on na uwadze wiedzę, technologie, patenty, maszyny, pieniądze… Jeśli się dzisiaj dobrze przyjrzeć kontaktom Rosja – reszta świata, to „w tle” można zauważyć cień teorii towarzysza Lenina. Uzależnione od stanu gospodarki swego państwa (czyli od interesów setek tysięcy większych i mniejszych firm) rządy przedkładają ich dobro nad dobro ogólne (w tym sensie – przepraszam, że tak górnolotnie – Europy i świata), zamykając oczy na odrodzony rosyjski imperializm i płynące z tego zagrożenia. Stąd ich znaczna spolegliwość lub chęć tej spolegliwości (chęć, bo nie wszystko można – trzeba chociażby zachować pozory wierności głoszonym wartościom). Tymczasem to przecież nie tylko Ukraina jest obiektem rosyjskiej agresji – że tylko o Naddniestrzu i o Gruzji wspomnę. Nie sposób też pominąć wojowniczych deklaracji rosyjskich polityków i wojskowych. Godzą one w niepodległość Estonii, Litwy, Łotwy, Ukrainy (całej), Polski… Wreszcie, poza incydentalnymi wypadkami, świat prawie nie reaguje na inne formy rosyjskiej agresji – ataki internetowe, wspieranie separatyzmów i zamieszek, rozharcowana agentura, zamachy na dysydentów i uciekinierów… Moim zdaniem – brak reakcji (prawdziwych i dotkliwych dla Rosji, a nie pozorowanych) to błąd. Niestety wszystko powyższe potwierdza, że „reguła Lenina” jest nadal aktualna.

Pomimo wszelkich obaw, wątpliwości i (przyznaję) niewielkiej już nadziei chciałbym zakończyć ten tekst optymistycznie. Niestety nie potrafię – zdrowy rozsądek i uczciwość nie pozwalają.

Od początku tej wojny minęło już siedem lat i obawiam się, że niejedną jeszcze (chciałbym się mylić) przyjdzie nam przeżyć rocznicę. Wojenną rocznicę – rocznicę początku TRWAJĄCEJ wojny. Nie zauważam niczego, co sprzyjałoby tej wojny końcowi. Ani na wielkiej międzynarodowej arenie, ani na „ukraińskim podwórku”. W Rosji także nie. Uważam także, że wszelkie nadzieje, że wraz z odejściem Putina (jeśli to kiedyś nastąpi) dojdzie do zmiany rosyjskiej polityki, to naiwność niestety. Jeśli nawet coś się zmieni – będą to zmiany pozorowane. Ot, taki retusz na potrzeby „zachodu”, by ten miał pretekst do zdjęcia sankcji. Sumaryczny audyt jest pesymistyczny niestety. Minął siódmy rok wojny…

Artur Deska

Tekst ukazał się w nr 3-4 (367-368), 19 lutego – 15 marca 2021

Artur Ryszard Deska (1964). Niemłody i brodaty wielbiciel fajki, dobrych książek, filozofii oraz historii. Poeta. Pasjonat zdrowego rozsądku i bezkompromisowy krytyk panoszących sie i rozdętych: relatywizmu tudzież poprawności politycznej. Jesienią 2003 roku, po kolejnym kryzysie (nadciśnienie, serce i cukrzyca) postanowił „dożyć swoich dni inaczej” – złożył w kościele „śluby prywatne”, wyjechał z Polski, osiadł w Drohobyczu i zajął się działalnością charytatywną. Od listopada 2003 roku zastępca Dyrektora Caritas Samborsko-Drohobyckiej Diecezji UGKC. Założyciel i wieloletni Dyrektor Centrum Wolontariatu Caritas w Drohobyczu. „Ojciec” i wychowawca wielu pokoleń wolontariuszy. Współzałożyciel Ukraińskiej Grupy Humanitarnej. Od 2014 roku – opiekun „drohobyckiej” wspólnoty Tatarów krymskich. Mimo cyklicznie powtarzanych i apokaliptycznych diagnoz lekarzy – wciąż żyje i walczy. Motto: „Bóg kocha wariatów...”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X