Rosyjska obojętność Prezydent USA Joe Biden oficjalnie poparł kandydaturę wiceprezydent Kamali Harris. Demokraci mają nadzieję, że to ona zostanie w listopadzie wybrana na prezydenta. Foto: MANDEL NGAN/AFP

Rosyjska obojętność

Po rezygnacji Joe Bidena z ubiegania się o drugą kadencję prezydencką jedni odetchnęli z ulgą i z nadzieją patrząc na dalszą kampanię demokratów, inni rozważają nieuchronność wygranej Trumpa i wpływ tejże na losy świata. Obu stronom decyzja prezydenta USA pokrzyżowała nieco szyki, gdyż jego obóz musi teraz, na nieco ponad trzy miesiące przed wyborami, wskazać osobę, która będzie miała szansę pokonać republikańskiego populistę, co nie będzie łatwym zadaniem. Z kolei otoczenie Donalda Trumpa, przygotowane na umniejszanie znaczenia Bidena i podkreślanie, że z racji wieku nie jest on zdolny do zarządzania państwem, czeka zmiana narracji i być może wytoczenie dział przeciw wiceprezydent Kamali Harris.

Wydaje się, że nie będzie to zadanie trudne. Już podkreśla się miałkość i nijakość jej politycznej kariery, zapominając chociażby, że w 2011 została pierwszą kobietą, Afroamerykanką i Amerykanką pochodzenia południowoazjatyckiego na stanowisku prokuratora generalnego Kalifornii, a sześć lat później była drugą czarnoskórą kobietą wybraną do Senatu USA. W 2019 roku rywalizowała z Bidenem o nominację Demokratów na prezydenta, ostatecznie zostając wiceprezydentem kraju. Nie są to dokonania, którymi może poszczycić się człowiek pozbawiony kompetencji i charyzmy, więc bagatelizowanie Harris przez zwolenników Trumpa może obrócić się na jej korzyść. Nawet, jeśli poniosła porażkę na polu ograniczania migracji do Stanów Zjednoczonych (tu Trump deklaruje masowe deportacje imigrantów i nazywa ich „zwierzętami”, co budzi aplauz radykalnych środowisk), to wciąż ma możliwość wskazania innych problemów, z którymi zamierza skutecznie walczyć. Jednym z nich może być prawo do aborcji, za którego ograniczeniem opowiada się Trump, choć trudno się spodziewać, by był to pierwszoplanowy temat potencjalnych debat. Można go jednak wykorzystać jako dowód na to, że republikanie zrobią wszystko, by odebrać Amerykanom wolność podejmowania decyzji.

Niektórzy uważają, że wystawienie kobiety przeciwko Trumpowi ograniczy jego arogancję i sprawi, że będzie musiał powstrzymać się od niewybrednych komentarzy, co wydaje się daleko idącą naiwnością. Dość wspomnieć, że nie miał zahamowań, kiedy rywalizował z Hillary Clinton w 2016 roku. Miał wręcz stwierdzić, iż obrońcy prawa do posiadania broni palnej mogą zastrzelić jego kontrkandydatkę, ponadto wyraził nadzieję, że Rosja ujawni jej zawartość skrzynki e-mailowej. Sam Trump tłumaczył, że źle go zrozumiano, ale to standardowa wypowiedź polityków w takich okolicznościach i trudno dać wiarę jej szczerości. W każdym razie choćby lider republikanów na razie powstrzymywał się od wypowiedzi szkalujących Harris, już pierwsze takie słowa pod jej adresem padły z ust Rosjan.

Maria Zacharowa, dyżurny głos rosyjskiego MSZ, po wycofaniu się Bidena stanęła na wysokości zadania i nie tylko zasugerowała, że decyzja nie była jego wolą, ale też zaapelowała o rozpoczęcia śledztwa w sprawie „zmowy między amerykańskimi mediami i niektórymi kręgami politycznymi [do nich można zaliczyć Harris] na rzecz ukrycia prawdy o stanie psychicznym” prezydenta USA. Działania takie miały jej zdaniem prowadzić do manipulowania opinią publiczną „na korzyść jednej partii politycznej”. Aż ciśnie się na papier pytanie, czy podobne dochodzenie nie powinno zostać wszczęte w sprawie kondycji Putina, co do którego niektórzy mają nawet wątpliwości, czy żyje, czy jest sumą sobowtórów pozostających pod czyjąś kontrolą. Co oczywiste, nikt takiej kwestii nie poruszył.

Rosyjskie media przypominają natomiast opinię Trumpa, zdaniem którego „Kamalę Harris można opisać dwoma słowami: zła i głupia. To złe połączenie”, a prokremlowski analityk Siergiej Markow na Telegramie napomknął, że w przypadku sfałszowania wyników amerykańskich wyborów, jak zgodnie z jego sugestią miało to miejsce w 2020 roku, „wszyscy [amerykańscy] sojusznicy, przede wszystkim Europa, będą wspierać Harris”. Rozpoczęła się tym samym nagonka na potencjalną, bo wciąż jeszcze przecież nie oficjalną kandydatkę demokratów, w której nie stroni się od seksistowskich uwag czy wyszydzania cech, za które ludziom trudno jest brać odpowiedzialność, jak chociażby… śmiechu. Jakkolwiek może się to wydawać niedojrzałe, niegrzeczne i stawiające w złym świetle kogoś, kto z takich rzeczy kpi, Rosjan musi cechować szczególne poczucia humoru, skoro w programie Władimira Sołowjowa przywołano słowa Trumpa, który uważa, że śmiech Harris dowodzi, że jest „szalona”, że to „wariatka” i osoba „żałosna”.

Wypowiedź potwierdzająca, że Trump w swojej arogancji nie zna żadnych granic, w rosyjskiej telewizji stała się pretekstem pod pokazania kompilacji scenek ukazujących śmiejącą się panią polityk. Skądinąd, jak się wydaje, szczerze i radośnie, co można by poczytywać za zaletę w czasach pełnych pogardy, nienawiści i smutku. Podobnie jak to, że Kamala Harris jest przedstawicielką mniejszości etnicznych, potomkinią migrantów i kobietą i tym samym może stać się osobą, która przyciągnie wielu wyborców.

Kreml w tej sprawie oficjalnie zachowuje się dość powściągliwie. Dmitrij Pieskow uznał co prawda, że „niektóre wypowiedzi [Harris] przepełnione są nieprzyjazną retoryką” wobec Rosji, ale dodał też, że „Moskwa nie widziała jej poważnego wkładu w stosunki dwustronne” i ciężko oceniać tę ewentualną kandydaturę. Są to słowa naprawdę zachowawcze i wyważone, jeśli przypomnimy, że w 2017 roku Harris, wówczas pani senator, zaprezentowała projekt ustawy z zakresu cyberbezpieczeństwa, mającej przede wszystkim zapobiegać jakiejkolwiek ingerencji Rosji w przyszłe wybory w USA. Mówiła przy tym o już dokonanych przez Rosjan manipulacjach i ataku na „serce amerykańskiej demokracji”. W 2019 roku oświadczyła, że sama jest ofiarą „rosyjskich botów”, które zaatakowały jej kampanię w mediach społecznościowych. Otwarcie krytykowała też Trumpa za związki z Rosją, choćby wtedy, gdy rozważał udział w paradzie z okazji Dnia Zwycięstwa w Moskwie w 2020 roku.

Trumpowi wielu Rosjan sprzyja, ale mają ku temu powody. Uważa on, że Xi Jinping i Putin „są mądrzy i twardzi”, z Rosją można i należy się dogadać, a wojny, która trwa w Ukrainie, nie ma zamiaru wspierać. Trudno go więc nie lubić, natomiast entuzjazm Amerykanów budzi zdumienie. Wydaje się, że obywatele Stanów Zjednoczonych zapomnieli już o latach zimnej wojny, Związku Radzieckim, wrogiej postawie Moskwy wobec Waszyngtonu. Teraz istotne mogą wydawać się słowa Putina wypowiedziane w lutym bieżącego roku, który przekonywał, że „racjonalne byłoby, gdyby Stany Zjednoczone osiągnęły porozumienie z Federacją Rosyjską i szanowały jej interesy”. Aby tak mogło się stać, potrzebny jest prezydent, który będzie chciał się porozumieć z Rosją, jak Donald Trump. Człowiek, który wydaje się być zwieńczeniem kremlowskiego projektu, rozpisanego na wiele lat, który sprawił, że Amerykanie zobojętnieli na fakty, chętnie przyjmują teorie spiskowe, uwierzyli w płaską ziemię, kosmitów i to, że Biden sfałszował wybory. W kraju, uważanym do niedawna za synonim demokracji, praworządności i wolności, gotowi są na wygraną człowieka, na którym spoczywają zarzuty karne i wyroki, otwarcie okazującego pogardę kobietom, mniejszościom, stającego po stronie autorytarnej i agresywnej władzy w Rosji, występującego przeciwko Ukrainie, broniącej się przed napaścią. Aby przekonać obywateli USA do takich postaw potrzebne były długie lata manipulacji kulturą, religią, polityką, mediami, niemal niezauważalnej, ale nieuchronnie prowadzącej do upadku wiary w sprawczość jednostki, zachwiania tradycyjnymi wartościami, utraty zaufania do polityków. Dziś Ameryka, podobnie jak wiele innych państw, jest zradykalizowana i podzielona na obozy, pomiędzy którymi trudno szukać płaszczyzny porozumienia. Polaryzacja, jakiej sprzyja dwupartyjny system wyborczy, chyba jeszcze nigdy nie była tak ogromna, a dialog wydaje się wręcz niemożliwy.

Atak na Kapitol, przemoc wymierzona w Kongres, czemu kibicował Trump sprawiły, że zachwiano fundamentami demokracji. Otworzyły też drogę do potencjalnego sankcjonowania zachowań z pogranicza bezprawia, a przynajmniej do społecznej obojętności. Czy można wyobrazić sobie lepszy scenariusz dla Putina, niż ten, w którym Amerykanie przyzwalają na łamanie prawa?

Musimy pamiętać, że za tym narodem nie stoi wspólna, wielowiekowa historia, nie łączy go tradycja jednej kultury. To tygiel, w którym bardzo łatwo jest podsycać wzajemne animozje i Rosja na pewno chętnie z tego rozwiązania skorzysta. Kreowanie białego biznesmena o narcystycznej osobowości na ostoję ładu, na który wcześniej dokonał zamachu, wydaje się osobliwe, ale jest możliwe w sytuacji, gdy od lat podsycana jest nienawiść do imigrantów, gdy kolor skóry wciąż ma znaczenie, choć oficjalnie nie ma przecież rasizmu. Do tego choć w USA mówi się o równości płci, Kamali Hariss, jeśli zostanie kandydatką na urząd prezydenta, będzie też o tyle trudniej, że Ameryka jest krajem konserwatywnym, w którym miejsce kobiet długo było w domu. Wielu osobom wciąż trudno będzie zaakceptować panią prezydent, bo nie bardzo wiadomo, czego można by się od niej oczekiwać. Kobiecej delikatności? Za to zostałaby skrytykowana. Męskich zachowań? Wtedy już lepiej postawić na faceta. Sytuacja niewątpliwie jest trudna.

Oczywiście wiele będzie zależało od tego, kto zostałby wskazany jako przyszły wiceprezydent, bo to na tej osobie spoczywa ciężar przyciągnięcia do danej partii niezdecydowanych, mniej radykalnych wyborców. J. D. Vance, głoszący konieczność szybkiego zakończenia wojny w Ukrainie, jest człowiekiem, który osiągnął sukces mimo trudnego dzieciństwa, które opisał w bestselerowej powieści „Elegia dla bidoków”. Bez wątpienia budzi podziw jednych, inni będą się z nim identyfikować lub wierzyć, że w magiczny sposób za jego rządów i im coś się uda. Vance już łagodzi przekaz Trumpa w sprawie aborcji, chcąc zostawić tę kwestię w gestii poszczególnych stanów. Jako jego były krytyk może też uwiarygodniać polityka – w końcu z jakiegoś powodu stanął po jego stronie, więc bez wątpienia „coś wie”. Czy podobną osobę uda się znaleźć po stronie demokratów zwłaszcza, jeśli kandydat czy kandydatka na prezydenta nie będą idealni?

Dziś trudno jeszcze prognozować, zwłaszcza, że Partia Demokratyczna nie powzięła ostatecznej decyzji. Ale już widzimy, że Rosja nie pozostanie na ten wybór, a raczej wybory obojętna. Niezależnie od tego, co powie Pieskow, więcej przekażą nam Sołowjow i Zacharowa. Ich negatywne opinie na temat Harris są w pewnym sensie dobrym prognostykiem dla pani polityk, bo gdyby rzeczywiście miała znikome szanse na pokonanie Trumpa, nikt by się nią nie przejmował. Lepiej byłoby skupić uwagę na wychwalaniu byłego prezydenta, z przekonaniem, że jest on też przyszłym.

Albo nie robić nic. Przecież Moskwa nie ingeruje w wybory w innych krajach, prawda?

Agnieszka Sawicz

Tekst ukazał się w nr 14 (450), 26 lipca – 29 sierpnia 2024

Prof. dr hab. Agnieszka Sawicz pracuje na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a z Kurierem Galicyjskim współpracuje od 2009 r. Zajmuje się historią współczesnej Ukrainy, polityką rosyjską i z pasją śledzi wszelkie fałszywe informacje. Lubi irlandzką muzykę, gorzką czekoladę i górskie wyprawy. Od 2013 r. jest też etatową wiedźmą, autorką ukazujących się w wirtualnej przestrzeni „Zapisków Wiedźmy”.

X