Przedmoście rumuńskie

Przedmoście rumuńskie

„Nigdy w szczerej nie żyli Polak z Niemcem zgodzie,/ Polaka pycha, Niemca wolność bodzie./ Stąd przypowieści miejsce, że póki świat światem,/ Nie będzie nigdy Niemiec Polakowi bratem”.

Fragment tego wiersza pochodzi z roku 1688, z dzieła zatytułowanego „Moralia”, napisanego przez pana Wacława Potockiego. Polakom jakoś dziwnie się ten wierszyk spodobał i powtarzali go sobie przez całe stulecia. Na tyle długo, aż stał się jednym z filarów polskiej mentalności. Czy pan Potocki miał jakieś powody, żeby w wieku XVII tak definitywnie przesądzać  sprawę dobrego sąsiedztwa Polaków i Niemców? Jakoś trudno mi się doszukać takich powodów. Ale wierszyk już był napisany, Niemcy mieli ten swój specyficzny sposób myślenia i język dość zawiły, którego dopiero trzeba by było się uczyć, co oczywiście nie służyło nawiązywaniu przyjaźni i wtedy okazało się, że wierszyk jest wygodny, bo klepiąc go, załatwiało się naraz wszelkie nieporozumienia i konflikty, jakie zdarzały się na styku Polaków z Niemcami.

Poezja a polityka
Nigdy nie powstał podobny wierszyk na temat Turków, Tatarów, Rosjan, czy Szwedów, czyli nacji, które mają na sumieniu w przeciągu historii naszego sąsiedztwa, setki tysięcy zabitych Polaków. Z jakichś tajemniczych powodów braterstwo z tymi ciemiężcami, według logiki wierszyka było możliwe, natomiast z Niemcami, nie było możliwe. Nie czepiałbym się wierszyka, gdyby powstał po 1 września 1939 roku, ale on powstał 250 lat wcześniej! Przez ćwierć tysiąclecia Niemcy nie zrobili Polakom więcej złego, niż jacyś inni sąsiedzi, ale to tylko oni zostali naznaczeni jako niereformowalni wrogowie. Przez 250 lat wierszyk sączył w polskie dusze niechęć do Niemców. Tak działają szczepionki. Każdy z nas, można powiedzieć od urodzenia szczepiony był przeciwko Niemcom i wszystko, co niemieckie, nie miało wśród Polaków wielkiej szansy, aby się pokazać i rozwinąć. Niemiecki atak na Polskę we wrześniu 1939 roku bardzo „podniósł na duchu” wyznawców nauki płynącej z wierszyka. Nareszcie mieli namacalny dowód, że się nie mylili! Czekali długo, ale z jakim skutkiem!! Paradoksalnie bowiem, wyznawcy wierszyka lepiej czują się w sytuacji konfliktowej z Niemcami, bo taka sytuacja jest dla nich spodziewana i lepiej rozpoznawalna, niż gdy ze strony Niemców spotkają się z objawami sympatii, lub przyjaźni. Nie wiedzą wtedy, co robić. Zaczynają być bardzo podejrzliwi i ostrożni, w każdej chwili oczekując niemieckiego podstępu.

Pierwsze 15 lat niepodległości Polski w stosunkach pomiędzy Polską i Niemcami, z polskiego punktu widzenia nie przedstawiały się zaskakująco. Państwo niemieckie, w postaci tak zwanej Republiki Weimarskiej, było standardowo nieprzychylne Polsce, a nawet powiedziałbym, że było w stosunku do Polski ostentacyjnie wrogie. Proszę tylko wspomnieć wojnę celna z roku 1925 i plan autentycznej już wojny, sporządzony na rozkaz niemieckiego rządu przez Sztab Generalny Reichswery w roku 1928.

Polska bagatelizowała pogróżki niemieckie, bo mogła sobie wtedy na to pozwolić. Niemcy były celowo rozbrojone i osłabione i mogły co najwyżej tupać ze złości nogami.

Aż przyszedł Adolf Hitler i stosunki polsko-niemieckie radykalnie się zmieniły. Ale jak? – Na korzyść!! Tutaj wyznawcy wierszyka zaraz się oburzą, bo dobrych stosunków polsko-niemieckich wierszyk nie przewidywał. A tymczasem jak na złość, Adolf Hitler i jego współpracownicy po prostu prześcigali się w okazywaniu Polsce i Polakom przyjaznych gestów. W Niemczech ucichły antypolskie głosy, niemiecka prasa zaczęła pozytywnie przedstawiać sprawy polskie, zapraszano do Niemiec polskich sportowców, biznesmenów i oficerów Wojska Polskiego, którym bez niepotrzebnych ceregieli pokazywano wszystkie sekrety odbudowywanej właśnie przez Hitlera armii niemieckiej. Polacy zdrętwieli, bo takie zachowanie Niemców nie pasowało do sławetnego „póki świat światem”. Lepiej do tego pasowało przekonanie, że jest to niemiecki podstęp. Oczywiście nie wszyscy Polacy tak myśleli, ale tak myślała ogromna ich większość. Niemcy, ze swoja ofertą przyjaźni nie mogli się przebić przez polską niechęć, chociaż starali się naprawdę usilnie.

Mapa Polski z roku 1939. Najbardziej na południe wysunięte województwo stanisławowskie (Fot. dws.org.pl)

Dzięki ich ugodowej postawie podpisano w Berlinie 26 stycznia 1934 roku deklarację polsko-niemiecką o nie stosowaniu przemocy i agresji, co od razu doprowadziło do poprawy stosunków pomiędzy oboma krajami. Niemcy oczywiście czegoś od Polaków chcieli. Mieli dla Polaków jak gdyby dwie oferty. Jedną strategiczną i jedną lokalną. Pierwsza dotyczyła wspólnego ataku na Związek Radziecki, po rozbiciu którego Polska wzięłaby sobie całą Ukrainę, a Niemcy całą Rosję aż po Ural. Druga niemiecka oferta dotyczyła Wolnego Miasta Gdańska. Początkowo to była tylko propozycja, prośba absolutnie pokojowa. Taka umowa pomiędzy dobrymi sąsiadami. Polacy mieliby zgodzić się na likwidację samodzielności Gdańska i jego przyłączenie do Rzeszy oraz na zbudowanie przez tak zwany Korytarz, (wąski pas terenu należącego do Polski, a oddzielający Gdańsk i niemieckie Prusy Wschodnie od reszty Niemiec) eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej łączącej Gdańsk i Prusy Wschodnie z Rzeszą. Taka umowa miała w niczym nie ograniczać dotychczasowych uprawnień Polski na terenie Gdańska, a linia kolejowa i autostrada, chcąc nie zakłócać ruchu na terenie Korytarza, mogłyby przebiegać poprzez system wiaduktów i tuneli podziemnych. Oficjalnie obie te propozycje Polska otrzymała 24 października 1938 roku, czyli już po zajęciu Zaolzia, w zajęciu którego Rzesza bardzo Polsce pomagała. Potem jeszcze na początku listopada 1938 Polska uzyskała od Niemiec kredyt towarowy w wysokości 120 milionów złotych, który na polecenie Hitlera został oprocentowany, jak dla przyjaciół, jedynie na 4,5% (!), co w kołach niemieckiej finansjery doprowadziło do dąsów i zgrzytania zębami.

Brytyjski myśliwiec Hurrican (Fot. pl.wikipedia.org)

Jak Polacy odebrali te niemieckie działania? – Chyba kompletnie nie uwierzyli w niemieckie zapewnienia. Podejrzewali, że Adolf Hitler chce Polskę sztucznie uspokoić, uśpić wręcz, aby tym łatwiej zaatakować później i poodbierać terytoria, które przed I wojną światową należały do Niemiec, a teraz znalazły się poza Niemcami, że chodzi mu tylko o to, żeby odebrać Gdańsk, potem Wielkopolskę, a potem Śląsk… Starano się więc sprawy przeciągać, opóźniać wszystkie decyzje. Zwodzić Niemców. Robić uniki. Jedynie minister spraw zagranicznych Józef Beck zdawał się wierzyć w niemieckie intencje, bo już marszałek Śmigły-Rydz w prawdziwość tych intencji nie wierzył absolutnie. Uważał, że Polska powinna być gotowa do siłowego rozwiązania sprawy Gdańska, bo takiego właśnie scenariusza należy się po Hitlerze spodziewać. Marszałek nie był w tym sam. Stało za nim całe polskie wojsko. Ba! Całe prawie polskie społeczeństwo! Józef Beck w tej sprawie był bez szans. Jakiekolwiek porozumienie z Niemcami wzburzyłoby Polaków i chyba doprowadziłoby do jawnej wojny domowej. Te nastroje usiłuje się teraz wyciągać na światło dzienne, bo jakoby wskazują na to, że to właśnie Polska wywołała II wojnę światową. Najchętniej wyciąga się Polsce sprawę częściowej mobilizacji wojskowej, która rzeczywiście nastąpiła 23 marca 1939 roku.

Ta częściowa mobilizacja nastąpiła po tym, jak 21 marca 1939 roku Hitler już mocno zniecierpliwiony polskimi unikami w sprawie Gdańska, przedstawił Polsce te same propozycje co 24 października 1938, ale już w formie jakby ultimatum. Gdy jeszcze do tego 23 marca 1939 roku Niemcy zajęli należącą do Litwy Kłajpedę (pomimo utrzymywania przez stronę Niemiecką od roku 1935, że Niemcy nie mają zamiaru zająć Kłajpedy), Polska może i spanikowała, ale była przekonana, że następnym posunięciem Niemiec będzie zajęcie Gdańska. Toteż tego samego dnia 23 marca ogłoszono w Polsce mobilizację  czterech dywizji piechoty, jednej brygady kawalerii i czterech batalionów KOP. Zmobilizowane jednostki przemieszczono na granicę z Niemcami, za którą to granicą nie było wtedy jeszcze żadnych wojsk niemieckich. Przeciwnicy Polski mają teraz fajny argument , że to Polska pierwsza podjęła działania wojskowe… Niemcy jednak nie próbowali atakować niczego i polska mobilizacja zdawała się być pozbawiona sensu. Na pewno stanowiła oznakę determinacji Polski w sprawie Gdańska.  Ale ta mobilizacja była ogłoszona przeciwko Niemcom i dlatego bardzo uraziła Adolfa Hitlera. Ze strony niemieckiej mogło to nawet wyglądać na chęć siłowego włączenia Gdańska do Polski. Hitler uprzedzał, że nie dopuści do takiej interwencji. Na to 28 marca 1939 minister Beck wezwał ambasadora Niemiec w Warszawie, by mu oświadczyć, że „jakakolwiek interwencja niemiecka zmierzająca do zmiany statusu Wolnego Miasta Gdańska będzie uważana za agresję przeciwko Polsce”. Po dwóch dniach Adolf Hitler odpowiedział, że „wycofuje swoje wielkoduszne propozycje w stosunku do Polski”.

Przedsmak wojny
Już wtedy zaśmierdziało wojną, więc żeby podtrzymać w Polakach wolę oporu w stosunku do niemieckich żądań, czy może jeszcze wciąż propozycji, rząd Wielkiej Brytanii będąc upoważnionym do zabrania głosu również w imieniu rządu francuskiego, 31 marca 1939 roku  ogłosił jednostronnie gwarancje udzielenia Polsce pomocy militarnej w razie gdyby została zaatakowana, zarówno bezpośrednio jak i pośrednio (miało się tu na myśli atak na Gdańsk).

6 kwietnia 1939 minister Beck udał się do Anglii, gdzie podpisał dwustronny układ gwarancyjny dla Polski. W tydzień później do podpisanego układu dołączyła się Francja. 28 kwietnia Adolf Hitler uznał umowy Polski z Wielką Brytania i Francją za pogwałcenie polsko-niemieckiej deklaracji o nieagresji i obciążył Polskę odpowiedzialnością za jej zerwanie. Od tej chwili Polacy i Niemcy zaczęli się szykować do wojny.

Trzeba od razu powiedzieć, że każda ze stron inaczej wyobrażała sobie nadciągającą wojnę. Hitlerowi ta wojna nie była do niczego potrzebna. On wcale nie chciał zdobywać Gdańska, czy jakiegoś innego terytorium należącego do Polski. On w ogóle nie chciał niszczyć Polski, a nawet życzył Polsce wielkości i siły. Chciał tylko, żeby Polska była jego sojusznikiem. Przebieg wojny jaką planował miał się zacząć od ataku na Francję. W czasie kampanii we Francji, Polska jako sojusznik Niemiec miała pilnować granicy ze Związkiem Radzieckim, aby ten nie przyszedł na pomoc napadniętej Francji. To był fundament, na którym Adolf Hitler ustawił cały swój plan budowy Wielkich Niemiec. Hitler był przekonany, że namówi Polskę do takiego współdziałania i gdy mu Polska jednak odmówiła, przez krótką chwilę stał wściekły, ale też i bezradny. Mógł odstąpić od zamiaru wywołania wojny, ale on nie chciał porzucać tego pomysłu. Musiał więc szybko, nieomal na kolanie, zmienić swój dotychczasowy plan, a więc zabezpieczyć się od strony Związku Radzieckiego, by dokonać  ataku na Polskę, nie na Francję, jak było planowane pierwotnie. Nie chodziło mu o zajęcie Gdańska. Nie chodziło mu nawet o zajęcie Polski. Jak wiemy, chętnie odstąpił Związkowi Radzieckiemu całą wschodnią część państwa polskiego. Hitlerowi chodziło tylko o możliwie szybkie rozbicie Wojska Polskiego!! To dawało mu gwarancje, że podczas ataku na Francję nikt nie zaatakuje go od tyłu. Atak na Związek Radziecki miał nastąpić po rozbiciu Francji, żeby go Francja z kolei nie zaatakowała, gdy będzie zajęty w Rosji. Tylko, że atak na Związek Radziecki będzie się teraz musiał obyć już bez polskiego sojusznika. Najbardziej naturalnego, bo również zainteresowanego upadkiem Rosji. Hitler, jak wiadomo, był facetem łatwo wpadającym we wściekłość. Wyobrażacie sobie Państwo, jak teraz wściekał się na Polskę? Tak jak przedtem Polaków lubił i cenił, tak teraz znienawidził ich. Na zawsze i do szpiku kości!

Niemcy do ostatniej chwili nie mieli opracowanego planu wojny z Polską i teraz musieli szybko go improwizować. Wykorzystano stary, bo z roku 1928 plan ataku na Polskę i po koniecznych modyfikacjach przedstawiono go jako tak zwany „Fall Weiss”.

Francuski myśliwiec Morane Saulnier (Fot. pl.wikipedia.org)

Dwa oblicza wojny
Obraz nadciągającej wojny jaki wyrobili sobie Polacy był zupełnie inny niż ten, jaki wyobrażali sobie Niemcy. Polacy jakby nie rozumieli tego, co do tej pory słyszeli od Niemców, a przecież Niemcy wyrażali się wyraźnie i szczerze. Polacy jakby nie widzieli niemieckich planów wojny montowanej przez Adolfa Hitlera, które przecież zostały im przedstawione. Polacy jak gdyby nie rozumieli, albo może nie chcieli zrozumieć , w jak fatalnej sytuacji postawili Adolfa Hitlera odmawiając mu sojuszu. Mimo tego wszystkiego Polacy wciąż uważali, że wojna będzie się toczyć o Gdańsk, a więc Niemcy, jeśli tylko spotkają się ze zdecydowaną postawą Polski, Francji i Anglii, prawdopodobnie cofną się przed wojną. O takim poglądzie na przyszłą wojnę, świadczą polskie działania na terenie Gdańska i w najbliższym sąsiedztwie Wolnego Miasta. 13 sierpnia 1939 utworzono tak zwany Korpus Interwencyjny złożony z 13DP i 27 DP (DP – dywizja piechoty), mający za zadanie zajęcie Gdańska w razie podjęcia przez miasto próby przyłączenia się do Rzeszy. Temu samemu miało służyć zmobilizowanie polskich pocztowców w Gdańsku i wzmocnienie polskiej placówki wojskowej na Westerplatte. Że w tej wojnie nie chodzi tylko o Gdańsk, połapano się w Polsce dość późno, bo dopiero 30 sierpnia! Próba wycofania Korpusu spod Gdańska powiodła się tylko w stosunku do 13DP. 27 DP powiadomiona o wycofaniu dużo później, nie zdążyła się wycofać i została rozbita w walkach z już atakującym Wehrmachtem. Nikt też nie odwołał rozkazu obrony polskiej poczty i Westerplatte. Ze znanym każdemu skutkiem.

 Polska też nie miała planu wojny z Niemcami. Owszem. Od kilku lat trwały prowadzone dość niemrawo studia nad powstającym i rozbudowującym się Wehrmachtem, aż tu nagle zaistniała konieczność przedstawienia konkretnego planu dla Wojska Polskiego, które już niedługo będzie musiało strzelać.

4 marca 1939 roku Sztab Główny Wojska Polskiego rozpoczął opracowywanie Planu Obronnego „Zachód”, czyli planu wojny obronnej z Niemcami. Na ile ten plan był gotowy, a na ile był to tylko szkic takiego planu, trudno obecnie powiedzieć, ale wiadomo, że przedstawiono go do zatwierdzenia 22 marca 1939. Co przewidywał ten plan?  – Uwzględniał założenie generalne, czyli przyjęcie na siebie pierwszego uderzenia Niemców i możliwe przedłużanie obrony do czasu ruszenia na Niemcy zachodnich sojuszników Polski. Niczego nie można zarzucić takiemu rozumowaniu, tylko że wykonanie tego planu opracowano w sposób wręcz fatalny. Wojsko Polskie rozmieszczono wzdłuż granicy z Niemcami, skąd prowadząc walki opóźniające, miało się powoli wycofywać, dając tym samym czas aliantom na Zachodzie. Granica z Niemcami miała bez mała 2000 kilometrów długości więc chcąc ją obstawić wojskiem, trzeba było wyznaczać poszczególnym dywizjom i brygadom odcinki obrony wielokrotnie dłuższe niż nakazywały to regulaminy, a nawet zwyczajny zdrowy rozsądek. Ustawione w taki rachityczny płotek, wojsko nie miało szans na utrzymanie linii granicznej.

Ba! Ono nie miało szans nawet na powolne wycofywanie się w walkach. Niemcy mieli dużo piechoty, tak jak Polacy walczącej na piechotę, ale mieli też dużo wojsk zmotoryzowanych, które maszerujących Polaków zawsze potrafiły prześcignąć. Nie mówię już o niemieckim lotnictwie, które zupełnie bezkarnie masakrowało później przemieszczające się oddziały i ich ciągnące się kilometrami tabory konne. Ten wyścig do następnej linii obronnej Polacy z reguły przegrywali. Można było tego uniknąć rozmieszczając Wojsko Polskie poza liniami rzek: Wisły, Narwi i Sanu. Tam wyznaczyć im obronę. W takiej obronie oddziały polskie, dzielne, ale nieco nieruchawe  jak na nowoczesną wojnę manewrową, znalazłyby się dużo lepiej. Koncentracja polskich wojsk byłaby dużo lepsza, nawet łączność lepiej by działała. Czemu więc tak nie zrobiono? – Zawiniło wadliwe rozpoznanie niemieckich zamiarów. Polakom wciąż się wydawało, że Hitler chce im odebrać wpływy w Gdańsku, albo Wielkopolskę i Poznań, albo parę powiatów na Pomorzu. Dowództwo polskie rozważało nawet możliwość obrony na rzekach, ale były obawy, że wycofując się za rzeki i ogałacając  z wojska całą zachodnią Polskę, umożliwi się Niemcom zajęcie jej bez wystrzału, a wtedy Niemcy zrezygnują z dalszego ataku i pozostawią ukrytych za rzekami Polaków jako durniów i frajerów. Tymczasem Hitler atakowałby Polaków przed rzekami, za rzekami, poszedłby za nimi w mysią dziurę, bo jego zadaniem było , któryś już raz to powtórzę, ROZBICIE WOJSKA POLSKIEGO, a nie zajęcie jakiegoś, choćby najpiękniejszego obszaru Polski.

Licząc od początkowej bitwy granicznej, Plan Obronny „Zachód” przewidywał kilka linii oporu, na których Wojsko Polskie miało powstrzymywać wroga do ostatniej możliwej chwili, by przejść do następnej linii oporu i tak, aż do miejsca bitwy ostatecznej, czyli do tak zwanego przedmościa rumuńskiego. Była to południowa część województwa stanisławowskiego granicząca z Rumunią.

Południowo zachodnia część województwa graniczyła początkowo z Czechosłowacją, z jej Rusią Zakarpacką, ale po rozpadzie Czechosłowacji, teren ten przejęły Węgry. 16 marca 1939 roku w miejsce starej granicy polsko-czechosłowackiej, powstała granica polsko-węgierska.

Lekki czołg francuski R-35 (Fot. pl.wikipedia.org)

Polak Węgier – dwa bratanki…
9 września 1939 roku minister spraw zagranicznych Niemiec von Ribbentrop zażądał od Węgrów zgody na przepuszczenie przez to nowe terytorium węgierskie wojsk niemieckich, chcących zaatakować Stanisławów. Premier Węgier Pál Teleki nie wyraził na to zgody, a minister spraw zagranicznych István Csáky powiedział wprost: „W akcji zbrojnej przeciwko Polsce ani pośrednio, ani bezpośrednio nie jesteśmy skłonni uczestniczyć. Pod pojęciem «pośrednio» rozumiem każde żądanie przejścia oddziałów niemieckich pieszo, czy na pojazdach mechanicznych przez nasz kraj, w celu zaatakowania Polski. Żądania takie będą odrzucone. Jeżeli Niemcy odpowiedzą na to przemocą, kategorycznie odpowiadam, że na broń odpowiemy bronią. Jeśli ktoś bez pozwolenia wstąpi na terytorium Węgier, będzie traktowany jak wróg”.

I co do tego dodać, proszę Państwa? – Na Węgrów zawsze można liczyć!…

Wojsko Polskie wciąż w bojach i okrążeniach, wycofywało się w kierunku na przedmoście rumuńskie zabierając ze sobą ile się tylko dało broni i amunicji z opuszczanych magazynów, podpalając je wraz ze sprzętem, którego już się zabrać nie dało. W pewnej chwili Lwów stał się największym magazynem broni, zwożonej do niego ze wszystkich stron. 12 września 1939 rząd Polski, prezydent i Naczelne Dowództwo WP przenieśli się na teren przedmościa. Prezydent  zatrzymał się w Załuczu koło Śniatynia, Naczelne Dowództwo z marszałkiem Rydzem-Śmigłym w Kołomyi, minister Beck z całym MSZ w Kutach, a rząd w Kosowie. W międzyczasie ruszyło zaopatrzenie Wojska Polskiego z Zachodu.

Proszę państwa. Nam wmawiano, że we wrześniu, pomimo podpisanych z Polską umów, Zachód pozostawił Polskę samą, bez pomocy. Że rzucił Polskę Niemcom na pożarcie, jak rzuca się kość agresywnemu psu. Nie wiem, czy kiedykolwiek uporamy się z tą ruską propagandą. Teraz proszę, byście Państwo sami wyciągnęli odpowiednie wnioski. Ja tylko postaram się przekazać Państwu to, czego się dowiedziałem.

Umowa polsko-francuska przewidywała, że z chwilą agresji Niemiec na Polskę, automatycznie i natychmiast rozpocznie działania lotnictwo francuskie. Trzeciego dnia od rozpoczęcia mobilizacji, wojska lądowe Francji podejmą ograniczone działania zaczepne, zaś piętnastego dnia mobilizacji ruszy ofensywa głównymi siłami armii francuskiej.

Lekki bombowiec brytyjski Bristol Blenheim (Fot. pl.wikipedia.org)

Co dalej z pomocą dla Polski
12 września 1939 we francuskim mieście Abbeville odbyła się francusko-brytyjska konferencja na której Naczelny Wódz armii francuskiej generał Gamelin zaproponował, aby ofensywę na Niemcy wstrzymać do dnia 21 września, jako, że armia francuska obecnie nie jest jeszcze do niej gotowa. Tę propozycję zaakceptowano tym łatwiej, że wiadomości z Polski zaczęły się poprawiać. U Niemców zaczynał się bowiem poważny kryzys amunicyjno-paliwowy. To, na co ciągle liczyło polskie dowództwo, nareszcie stawało się faktem. Już poprzednio Wehrmacht przechodził taki kryzys w dniach 6 i 7 września. Niemcy mieli dużo broni maszynowej i automatycznej. Ona pochłaniała straszne ilości amunicji! Dla Niemców to był dopiero początek wojny i początek nabierania doświadczeń. Oni wciąż jeszcze nie potrafili ograniczać się w strzelaniu, a będąc pełni obaw, nawet strachu przed Polakami, wielokrotnie urządzali szalone strzelaniny nie wiadomo po co. Podobnie było z wojskami pancernymi i zmotoryzowanymi. Okazało się, że potrzebują dużo więcej paliwa niż początkowo zakładano. Kryzys 6 i 7 września zażegnano dość łatwo, bo wojska niemieckie nie weszły jeszcze głęboko na teren Polski, ale teraz stały już tak daleko od swoich baz, że jakiekolwiek zaopatrzenie możliwe było jedynie drogą powietrzną. Nacisk niemiecki na armię polska wyraźnie przez to osłabł. Dlatego w Abbeville zgodzono się na odłożenie francuskiej ofensywy o te kilka dni. Ustalono ją na 20 dzień mobilizacji , czyli na 21 września 1939.

Jeszcze 28 sierpnia z portu Liverpool w Wielkiej Brytanii wypłynął statek ss.”Lassel” załadowany angielską bronią dla Polaków. Wiózł 15 samolotów myśliwskich Hawker „Hurrican”,  1 najnowszy myśliwiec „Spitfire”, 7 lekkich bombowców Fairey „Battle”, 6000 ton bomb, 112 ciężkich karabinów maszynowych Browninga i 3 000 000 naboi do brytyjskich karabinów maszynowych (wymiar calowy!). Dodatkowo załadowano na statek części zapasowe, sprzęt pomocniczy itd.

Oceniono, że statek nie ma szans dotrzeć do Gdyni, wiec skierowano go do rumuńskiego portu Konstanca na Morzu Czarnym.

4 września rząd Rumunii wyraził zgodę na przyjmowanie zaopatrzenia wojskowego dla walczącej Polski i na jego transport przez terytorium Rumunii. Dzień później taką samą zgodę wyraziły rządy Jugosławii i Grecji.

Jako następny, eskortowany przez polski okręt wojenny  „Błyskawica”, wyruszył do Konstancy brytyjski parowiec „Clan Menzies”. Wiózł 15 bombowców Fairy „Battle”, 5 000 ciężkich karabinów maszynowych Hotchkis, 15 000 000 sztuk amunicji. Ładowano też statki polskie. „Lwów” i „Robur VIII”. „Lwów” wiózł działa i amunicję, „Robur VIII” samoloty bombowe Bristol Blenheim. Do Rumunii płynęły też dostawy francuskie. Na polskich statkach  „Oksywie” i „Warszawa” płynęły załadowane w ze francuskiej Dunkierce działa: 250 dział 75 mm, 100 dział 105mm, i 15 dział 155 mm. W Marsylii ładowano francuski statek „Rose Sciaffino”. Miał przewieźć batalion czołgów R-35 (50 czołgów), 15 baterii dział 105 mm (60 dział) i 150 000 pocisków artyleryjskich oraz 20 nowoczesnych myśliwców Morane Saulnier ( przewidzianych do wysyłki było 160 tych samolotów). To oczywiście nie były jedyne statki. Można przeczytać, że ogólnie planowano ładowanie 17 statków! Szły jeszcze ciągniki, samochody ciężarowe ,radiostacje, materiały wybuchowe…

15 i 16 września rząd polski wysłał do Rumunii komisję, mającą odbierać w rumuńskich portach przychodzące dostawy. Jeszcze tylko cztery dni i Francja miała pokazać, co potrafi. Miało dojść do ostatecznej rozprawy z Niemcami!

Lekki bombowiec brytyjski  Fairey „Battle” (Fot. pl.wikipedia.org)

O godzinie 3 w nocy, dnia 17 września 1939, wypełniając tajne porozumienie z Hitlerem, Armia Czerwona przekroczyła granicę z Polską. Dla Polaków było to przede wszystkim zaskoczenie! Szok! Tym bardziej, że czerwonoarmiści dziarsko wykrzykiwali: Wpieriod! Na Giermańca riebiata! Niejeden dał się nabrać na ten dziecinny podstęp. Głupawe okrzyki i wymachiwanie chorągiewkami były jednak tylko wstępem do otwartej agresji. Na przedmościu rumuńskim zagotowało się! Wojsko Polskie, które już poniosło wielkie straty w zwarciu z Niemcami, w żaden sposób nie mogło sprostać sile następnego wroga. Takiej wojny nie wygrałby ani Napoleon, ani Aleksander Macedoński. Żadna armia na świecie. W zaistniałej sytuacji, chcąc ratować wojsko, jedynym rozsądnym wyjściem było przejście granicy. Jakoż polscy żołnierze w oddziałach zorganizowanych, grupami i pojedynczo zaczęli przechodzić granice Węgier i Rumunii. Już 17 września pod wieczór, władze państwa Polskiego musiały opuścić terytorium Polski, przechodząc do Rumunii. Gdy wiadomość o tragedii przedmościa rumuńskiego dotarła do Anglii i Francji, płynące z zaopatrzeniem dla Polski statki zatrzymano i zawrócono. Przeznaczoną dla Polaków broń, Brytyjczycy sprzedali Turcji. Statki francuskie wyładowano we francuskich koloniach. Wielka ofensywa francuska nie nastąpiła. Francuzi zatrzymali się, bo nagle i niespodziewanie znaleźli się sam na sam z Niemcami, wzmocnionymi dodatkowo sojuszem ze Związkiem Radzieckim. Jakże łatwo przyszło nazywać ich potem zdrajcami nieudzielającymi Polsce pomocy w obliczu brutalnej agresji. I kto nam to wszystko wmawiał!?

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 2 (174) 29 stycznia – 11 lutego 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X