Polacy, którzy pozostali we Lwowie fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Polacy, którzy pozostali we Lwowie

„A ja sy ze Lwowa nie ruszym za próg!” – te słowa słynnej piosenki po raz kolejny stały się decyzją tych Polaków, którzy pomimo zagrożenia wojennego i możliwości wyjechać do Polski pozostali w rodzinnym mieście.

– Jak wiemy bardzo dużo naszych znajomych i przyjaciół wyjechało, ale bardzo dużo też tu pozostało – mówi Krystyna Frołowa ze Stowarzyszenia Odra-Niemen. – Myśmy zostali. Ja mam dziecko, męża. Ja mam rodziców, którzy nie chcą stąd wyjeżdżać, a my nie chcemy ich też zostawić samych. Poświęciliśmy się i postanowiliśmy, że będziemy pomagać tym, którzy zostali. Bardzo dużo osób wielodzietnych, starszych, to oni nigdzie nie wyjeżdżają. I nie chcą wyjeżdżać stąd.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Państwo Kotowie mieszkają w dawnym polskim domku rodzinnym.

– To dzielnica Zniesienie, Rogatka, Podzamcze – opowiada Jan Kot. – Ulica Turkmeńska, kiedyś była Ciuchcińskiego, prezydenta miasta Lwowa. Tu od dawna mieszkamy. Tu mieszkał mój dziadek, moja ciocia i tak zostało nam to mieszkanie. Na tej ulicy trochę dalej urodziłem się.

 

– My nie wyjeżdżamy – mówi Elżbieta Kot. – Postanowiliśmy, że pozostajemy.

– Urządziliśmy niewielką piwniczkę – mówi dalej Jan Kot. – Tam jest zapas wody, tam jest światło. W razie czego, to jest tam też nagrzewacz wody, można herbatę zrobić. Tam mury są stare, cegła jeszcze polska, austriacka, ona chyba wytrzyma. Ja myślę, że jakoś wytrzymamy. Na razie jeszcze nie korzystaliśmy z tego. Bardzo ciężko przeżywamy te alarmy, kiedy syreny wyją. A jeszcze to radejko mówi, działa na człowieka – i nerwowo, i serce boli o to wszystko.

– Ja myślę, że wszystko będzie dobrze, bo ludzie teraz inni są – dodaje Elżbieta Kot. – U nas tu na ulicy to sąsiedzi zgrupowali się i pomagają. Sąsiad ma busa, przywozi ludzi, przenocuje. Potem ich odwozi na dworzec.

– I co ciekawe, bez różnicy jakiej narodowości, czy ty Polak, czy Ukrainiec – dodaje Jan Kot. – Wszystko normalnie jest. Ja się nie chowam, ja nie mam czego się chować. Ja na swojej ziemi. Nie? I tak jakoś tkwimy. Musimy być tu na razie. Niektórzy wyjechali. A tu byli przez ulicę od nas Borki, Polacy. Wyjechali. Zbysio Borek był po zawale serca, dostał drugi atak i zmarł. Pochowali go tam.

Krystyna Frołowa jest prezesem lwowskiego oddziału Stowarzyszenia Odra-Niemen.

– Stowarzyszenie Odra-Niemen we Wrocławiu i po całej Polsce ma oddziały i inne organizacje w Polsce starają się jak najbardziej – mówi. – Zbierają dary i co kilka dni przyjeżdżają do nas busy i my już tu na miejscu rozlokowujemy i staramy się rozdać. W pierwszej kolejności do osób starszych, wielodzietnych rodzin, ale oddawaliśmy też do parafii. Do Berdyczowa pojechali nasi wolontariusze, zaufani znajomi. Pod Żytomierz, do Białej Cerkwi pojechała pomoc. Dzisiaj Lwów jest takim miejscem, które przyjmuje bardzo dużo uchodźców. Z całej Ukrainy tutaj zjeżdżają i w szkołach jest wielkie zapotrzebowanie na taką pomoc – i pampersy, i jedzenie, i wyżywienie. I też nie tylko w szkołach są uchodźcy, ci ludzie, rodziny. Oni też są przyjmowani przez nas, w naszych rodzinach. Staramy się im pomagać, bo często jadą z jedną walizką, bez niczego.

fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

– Z Krystyną po prostu jesteśmy od dawna znajome, bo uczestniczyłyśmy w zespole „Lwowiacy” Stanisława Durysa i tak od dawna trzymamy się razem – mówi Walentina Krywoszejina, wolontariuszka. – Jak przyszła taka bieda do Ukrainy to trzeba jednak pomagać i wspierać jeden drugiego. Okazało się, że trzeba miejsca, gdzie to wszystko przechowywać. Trzeba ludzi, by ten samochód rozładować. Akurat miałam takich znajomych i tutaj nas gościnnie przyjęto. Przyjeżdża bus z Polski i od razu po granicy nasi znajomi czekają. Przeładowują bezpośrednio tam z polskiego na ukraiński bus, który dowozi już tutaj. Tak jest, jak widzicie tutaj – w paczkach, w takich pudłach. To wszystko rozładujemy tutaj i rozkładamy: artykuły spożywcze, chemia, pampersy. Później jeszcze lepiej jest sortowane. Dziękujemy za to, co dostajemy, bo to wszystko jest potrzebne. Ostatnio się dowiedziałam, że skończyła się człowiekowi sól, od razu dostał. Niby tak drobna rzecz, ale jest podstawowa, potrzebna. Leki natomiast dojeżdżają tutaj bezpośrednio, nie są przeładowywane przy granicy.

Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X