Pani Waleria

Pani Waleria

Panią Walerię Wybraniec poznaliśmy kilka lat temu, przez siostrę Grażynę. Zawsze zadziwiała nas w tej wiekowej osobie fascynacja chwilą. Pomimo lat, nie istnieje obawa przyszłości. Jest teraz. Kwitnące drzewa za oknem, ciekawa lektura, wróble na parapecie. Niezwykła pogoda ducha i ciekawość świata.

W marcu zeszłego roku, mały pokoik w kamienicy na Łyczakowie wypełnili licznie przybyli goście. Okazja była szczególna, wyjątkowa i rzadka – otóż pani Waleria Wybraniec skończyła 100 lat. Tym samym jest jedną z najstarszych, jeśli nie najstarszą Polką we Lwowie. Z życzeniami przyszli przedstawiciele władz miasta, franciszkanie i znajomi. Wśród wielu podarunków, znalazł się również telewizor, który przekazało miasto – pierwszy w życiu dostojnej Jubilatki.

Pani Waleria do Lwowa przyjechała w 1939 roku, na chwilę. Została na zawsze. Dziś już nie chodzi i jest to jedyna dolegliwość 101-latki. Poza tym czyta bez okularów, ma doskonałą pamięć i wygląda co najmniej 20 lat młodziej. Staramy się zawsze będąc we Lwowie, odwiedzić tę wiekową Polkę – wszak gości uwielbia, a tacy przychodzą nieczęsto. Lubi opowiadać, orientuje się w bieżących wydarzeniach w Polsce; ma bardzo jasny umysł i dokładnie pamięta wydarzenia z przeszłości. Dziś, przeszłość wydaje się dobra, jasna i wcale nie tak odległa.

Pani Waleria urodziła się w okolicach Tarnowa. Rodzina była duża i kochająca się. Jako młoda dziewczyna, pracowała w masarni; wspominała, że czasem nie wiedziała dokąd uciec, przed wszechobecnym zapachem wędlin. Wtedy brat napominał – „przyjdą czasy, kiedy mocno zatęsknisz choćby za zapachem kiełbasy…’’. Co już niedługo się spełniło. Przyszedł rok 1939. Narzeczony pani Walerii, przystojny Józef został powołany do wojska, a jednostka znajdowała się we Lwowie.

Wyjechał, a pani Waleria razem z nim. Nigdy nie została żoną Józefa. Zaginął bez wieści i nigdy nie przyszła żadna informacja – gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach. Przypomina się historia równolatki pani Walerii, nieżyjącej już pani Władzi Gradowskiej. Ona też straciła męża w pierwszym miesiącu wojny i do końca życia, czekała na jego powrót. Pomimo, że w więzieniu na Zamarstynowie znalazła skrawek dokumentu, do końca miała nadzieję, że mąż ocalał, przeżył, że kiedyś wróci i znów będą razem.

W 1945 roku, pani Waleria myślała o powrocie do Tarnowa, jednak nie było do czego wracać. Rodzina podczas wojny straciła wszystko. Wciąż była też nadzieja, że do Lwowa wróci narzeczony. Tak więc, nie opuszczając Polski, znalazła się w Związku Radzieckim. Po wojnie pracowała w katedrze i w kościele św. Antoniego, a także w szpitalnej kuchni. Nigdy nie wyszła za mąż, czekając na powrót Józefa.

Przez długie lata mieszkała na ulicy Zielonej, gdzie poznała panią Alicję – swoją dzisiejszą opiekunkę. Pani Alicja jest dla pani Walerii najbliższą osobą i niezastąpionym opiekunem. Jej starania, by podopieczna miała wszystko, co potrzebne, są godne uznania. Widzieliśmy różne sytuacje, różne przypadki i bywa, że w rodzinie senior jest zupełnie niezauważony. Tym bardziej cieszy pachnący czystością dom, zawsze świeża pościel, regularne, ciepłe posiłki.

Dla nas szczególnie ważne jest, że obie panie znały blisko doktora Mosinga; każdorazowo mamy nadzieję na chwilę wspomnień o patronie naszej fundacji. Pani Waleria przeżyła trudny, burzliwy XX wiek – wiele widziała oraz wiele przeszła. Naszej drogiej Jubilatce życzymy kolejnych lat, w takim samym zdrowiu i w otoczeniu dobrych, życzliwych ludzi.

Monika Narmuntowska-Michalak
Tekst ukazał się w nr 6 (178) 26 marca – 15 kwietnia 2013

 

Czytaj też:

Wypakowana po brzegi miłością

 

Konkretna pomoc dla konkretnych ludzi

 

Powołano fundację im. Henryka Mosinga

X