Z inicjatywy śp. Mirosława Rowickiego, założyciela i pierwszego redaktora naczelnego „Kuriera Galicyjskiego”, powstał film dokumentalny pt. „Pokucka Troja” o zapomnianej polskiej wsi o wyjątkowej nazwie Święty Józef, która do II wojny światowej znajdowała się w trzydziestu kilometrach od Kołomyi. Niestety nie udało nam się wtedy spotkać kogoś z jej byłych mieszkańców. Dopiero 1 listopada br. podczas uroczystości na Cmentarzu Orląt we Lwowie poznałem jednego z ich potomków – Zbigniewa Maliszewskiego z Dolnego Śląska, który wybierał się na Pokucie, ażeby zapalić tam znicze na mogiłach swoich przodków.

– Ja jestem bardzo sentymentalny – powiedział Zbigniew Maliszewski. – Z rodziną mocno związany. Święty Józef od dzieciństwa towarzyszył mi w mojej świadomości. Dlaczego? Jeszcze jak żyła moja babcia to opowiadała, że mieszkała w Świętym Józefie ze swoim mężem, moim dziadkiem. Tam mieszkali rodzice również mojej babci, mojego dziadka, pradziadkowie. Więc chyba mocniejszych więzów nie mogę mieć z tą miejscowością. Moja żyjąca 88-letnia mamusia też miała okazję tam po iluś latach odwiedzać swoje rodzinne strony. Między innym dotarliśmy do tego Świętego Józefa co nie jest łatwą sprawą, bo leży z dala od wielkich szlaków komunikacyjnych, od dużych miast. Od samej Kołomyi to jest około 20 kilometrów. Kiedyś to były pola, lasy i gdzieś w środku tego była olbrzymia, duża wieś, bo tam mieszkało prawie dwa tysiące ludzi. Praktycznie sami Polacy. Jedynie sklepem, handlem zajmowali się Żydzi. Poza tym to byli sami Polacy. Tam było bardzo dużo ulic. Na planie wygląda jak normalne miasteczko. Prawdopodobnie, byłaby już do dzisiaj normalnym miasteczkiem z ogromnym wspaniałym kościołem, którego wieża była chyba jedną z najwyższych w całym województwie. I cmentarz obok tego kościoła. Dzisiaj to aż serce się kraje co tam można zastać. Praktycznie ruiny kościoła, kupka kamieni po wysadzonym kościele. Cmentarzyk na szczęście, można powiedzieć na szczęście, że zarósł dzikimi drzewami. Fizycznie można go zobaczyć, można wejść. Jak policzyłem ostatnio 23 groby, na których można rozczytać, kto we wsi mieszkał, kto został pochowany. Zawsze jeżdżę tam ze zniczami i biało-czerwonymi wstążkami, żeby też ludzie miejscowi widzieli, że ktoś się tym opiekuje. Tam leży pochowany też mój pradziadek, któremu już zamówiłem tablicę i będzie na tym cmentarzu, żeby był ślad, że ktoś z tej rodziny tam był. I im się to po prostu należy. Oni wyrwali kawałek ziemi, wykarczowali lasy, zakładając tam domy, swoje domostwa i to miasteczko Święty Józef. I nie tylko Święty Józef, bo również Święty Stanisław w okolicy. Tam współżyli bardzo ładnie z Niemcami. Ale niestety. Na pewno należałoby zrobić porządek z tymi chaszczami, krzewami, drzewami. Próbować w jakiś sposób ogrodzić, bo to jest w szczerym polu i z każdym rokiem to będzie coraz bardziej zaorywane, mam na myśli cmentarz. Może też dzięki temu, że to jest tak zarośnięte, to jeszcze się to trzyma. Dobrze by było to upamiętnić jakąś tablicą dla ludzi, którzy w te tereny przyjeżdżają. Bo tak naprawdę już nie ma mieszkańców żyjących przed wojną w Świętym Józefie. Oni już nie przyjadą tam. Ja jeszcze w Polsce ich znam. Ale oni już fizycznie nie są w stanie przyjechać. Takie pokolenie jak moje, może następnych to już naprawdę bardzo mało. Jeden z mieszkańców Świętego Józefa w latach 80-90. poświęcił się, miał takie zacięcie dziennikarskie, jeździł po całej Polsce po byłych mieszkańcach Świętego Józefa, spisywał wspaniałe relacje. Sporządził wspaniały plan, szkic tej wsi z domostwami – kto mieszkał w danym domu. Niejedno miasteczko kresowe nie miało takiego opracowania. Jest książka „Święty Józef” i myślę, że to dla mnie też była wielka inspiracja, bo już miałem w niej gotowy materiał żeby poznać historię. Całkiem niedawno, dwa lata temu udało mi się dotrzeć do człowieka z Kołomyi, który mieszkał niedaleko, w Chorośnie i tam się wychowywał. Zna historię Świętego Józefa. To jest Ukrainiec, przyjazny Polokom. Nawiązaliśmy kontakt i się okazało, że on znalazł tłumacza i zasponsorował wydanie wersji ukraińskiej tej książki.
Konstanty Czawaga
Podczas spotkania na Cmentarzu Orląt poprosiłem Zbigniewa Maliszewskiego, by podzielił się refleksjami po jego tegorocznych odwiedzinach wsi Święty Józef. Wysłał do redakcji artykuł i zdjęcia.
Pradziadek – ocalony od zapomnienia
„Był las, nie było nas. I będzie las – nie będzie was”.
Dosłownie i w przenośni. Wyobrażam sobie początki moich przodków w tym borze, który musieli sobie podporządkować. Wyjechali z miejsc rodzinnych bo chcieli żyć godnie – odnaleźć swoje lepsze miejsce na ziemi.

Nową Ojczyzną okazały się obecne tereny zachodniej Ukrainy (tzw. Pokucie), obwód iwano-frankiwski (dawniej Stanisławów). Przyjeżdżali z powiatów położonych wzdłuż linii kolejowej Kraków – Lwów, od Bochni po Jarosław. Kupowali działki wytyczane wzdłuż istniejących dróg leśnych, na gruntach po wyrąbanym już lesie, lub przekazanym im do wyrębu. Za 1 mórg kiepskiej ziemi sprzedanej w Galicji można było tutaj kupić 3 morgi lepszej.
W 1867 roku zbudowano linię kolejową Lwów – Czerniowce przez Stanisławów i Kołomyję. Umożliwiła ona wywóz drewna z lasów w Majdanie Granicznym i w efekcie ich wycięcie i rozparcelowanie. Na gruntach tego lasu, pod koniec XIX wieku, osiedleńcy z Galicji utworzyli nową wieś, którą nazwali Święty Józef.

W różnym czasie związana była z takimi miastami jak: Nadwórna, Delatyn, Ottynia, Tłumacz i najbliżej leżącą Kołomyją. W sąsiedztwie były wioski: Święty Stanisław, Chorosno, Siedliska, Wypychanówka, Bredtheim ( zamieszkała przez protestanckich, niemieckich kolonistów).
Wieś Święty Józef została całkowicie wysiedlona pod koniec II wojny światowej, częściowo przez Niemców (dwa transporty, maj 1944 – w jednym z nich babcia Ania i Mama Jasia), a potem przez władze sowieckie (maj 1945). Po zakończeniu II wojny światowej nowa władza zrównała wszystko z ziemią niestety…
A nie była to zwykła wioska. W 1939 roku we wsi Święty Józef było 386 domów usytuowanych przy 13 ulicach, w tym 2 brukowanych (Warszawska i Brodki).
Szkoła powszechna 7 klasowa. Była też prowadzona przez siostry felicjanki ochronka, Dom Ludowy ze sceną teatralną, remiza strażacka, piwiarnia, kręgielnia, poczta i parę sklepów, kuźnie i warsztaty rzemieślnicze. Pożyczki udzielała Kasa Stefczyka.

Parafia Święty Józef liczyła 4000 wiernych i była największą katolicką parafią wiejską w powiecie Kołomyja Nad tą dobrze zorganizowaną wsią, w której mieszkali prawie sami Polacy. górowała 50 metrowa wieża ich katolickiego kościoła (zbudowanego w 1912 roku).
Mój pradziadek – Andrzej Czuj (1841–1920) przybył z miejscowości Borzęcin (powiat brzeski). Pewnie trzeba było dużo odwagi aby pojechać w nieznane. Być może po śmierci pierwszej żony Marianny Głąb postanowił zmienić klimat widząc dla siebie szansę w nowym miejscu. Tego nie wiem.
W 1904 roku, już w Świętym Józefie, pradziadek poślubił mieszkającą tam – Agatę Durachta (1882–1957). Doczekali się w sumie ośmiorga dzieci. Dwoje z nich zmarło po kilku dniach od urodzenia. Pozostałe oraz prababcia Agata, dziadek Staszek różnymi drogami (też przez Sybir, przez Niemcy) przyjechali po II wojnie do jeszcze innej Polski. Wśród nich była babcia Ania (1912–2010) – mama mojej żyjącej mamusi Jasi. Mama z kolei urodziła się w 1937 roku w niedalekiej wiosce Turka. Tam pobudowali się rodzice Mamy. Dziadek Stanisław Pinas (1910 – 1983) urodził się także w Świętym Józefie.
Któregoś razu dostałem od mieszkańca wioski plan Świętego Józefa z naniesionymi nazwiskami byłych mieszkańców. Na dawnej ulicy Kościelnej – jednej z nielicznych, które się zachowały (reszta została zaorana) zaznaczony był dom właśnie rodziny Pinas. Ktoś pobudował się na tym miejscu. Razem z Mamą stanęliśmy na rodzinnej ziemi, na progu chaty, w której jako dziecko bawiła się mama. Wzruszenie i łzy trudne do opisania. Oczywiście woreczek ziemią przywiozłem. Niestety nie była podana lokalizacja domu rodziny Czuj. Może jeszcze kiedyś się dowiem…

Pradziadek Andrzej pochowany musiał być na miejscowym cmentarzu przy kościele, po drugiej stronie ulicy Warszawskiej. Niestety do dzisiaj nie zachował się jego grób, krzyż identyfikujący miejsce jego wiecznego spoczynku. Pierwsza moja wizyta w Świętym Józefie w 2013 roku pokazała mi coś co znałem z opowieści rodziny, znajomych, z przekazów internetowych. W obecnej chwili już nie ma wsi o tej nazwie, zostały jedynie ruiny kościoła i plebanii, pozostałości cmentarza, a tereny dawnej polskiej wsi należą teraz do wsi o nazwie Chorosno. Kilka stojących teraz domów i zabudowań gospodarczych zbudowali przesiedleni po II wojnie światowej na te tereny Bojkowie, Łemkowie (z terenów przy granicy wschodniej Polski). Budowali oczywiście na fundamentach dawnych zabudowań Polaków.
Kolejne wizyty utwierdzały mnie, że należy w tym miejscu ocalić od zapomnienia pamięć pradziadka, symbolizującą pamięć tych bezimiennych, którzy tam zostali. Ale jak?
Podczas tegorocznej wizyty razem z Mamą w Świętym Józefie ustaliliśmy plan.
Wybraliśmy miejsce na cmentarzu – grób Antoniego Ciurusia (ojca autora wspaniałej książki „Wieś Święty Józef”, która została także przetłumaczona na język ukraiński).
Tam postanowiliśmy umieścić tablicę z danymi pradziadka. Takie sposoby upamiętnienia bliskich widzieliśmy na zachowanych polskich cmentarzach na Ukrainie. Podczas kolejnej mojej wizyty – 7 listopada 2025 roku udało się! Zamontowałem granitową czarną tablicę z napisem „Czuj Andrzej 1841–1920”. Do dzisiaj na zapuszczonym cmentarzu pozostało niewiele ponad 20 nagrobków i kilka starych krzyży. Reszta nie przetrwała do naszych czasów z różnych powodów, nie tylko z powodu upływającego czasu niestety. Dookoła są pola a pośród nich „wyspa” dużych i małych drzew, krzewów, krzaków.
Na cmentarzu podszedł do mnie miejscowy człowiek Iwan z rozrysowanym planem przedwojennego układu ulic i ważniejszych obiektów. Mówił, że kiedyś przyjeżdżali Polacy częściej. Teraz widzi, że ktoś jednak jeszcze przyjeżdża: zapala znicze i dekoruje groby wstążkami białymi i czerwonymi. Dzięki temu ludzie w okolicy szanują to miejsce.
Miło było to usłyszeć. Naprawdę warto się poświęcić i nawet w tym trudnym czasie przyjechać i oddać hołd ludziom ze Świętego Józefa. Polakom, którzy również musieli walczyć z różnymi wrogami, którzy oddawali życie za Ojczyznę, tę swoją Ojczyznę!
Dziękuję Łesi, Igorowi z Kołomyi, Nadi i Igorowi ze Świętego Józefa
Prawnuk Zbigniew Maliszewski
Tekst ukazał się w nr 23-24 (483-484), 19 grudnia 2025 – 15 stycznia 2026
