Oczy, które widziały za dużo. Wstrząsające świadectwo wojny na zamku w Użhorodzie Fot. Danuta Stefanko

Oczy, które widziały za dużo. Wstrząsające świadectwo wojny na zamku w Użhorodzie

W piątek, 18 lipca 2025 roku, w historycznych murach Zakarpackiego Obwodowego Muzeum Krajoznawczego im. Tywodara Lehockiego w Użhorodzie, Konsul Generalny RP we Lwowie Marek Radziwon wraz z Dyrektor Muzeum Olgą Szumowską uroczyście otworzyli wystawę fotograficzną „Oczy wojny”. Wydarzenie, zorganizowane dzięki współpracy Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP, Press Clubu Polska oraz lwowskiego konsulatu, zgromadziło przedstawicieli lokalnych władz, w tym Zastępcę Dyrektora Wydziału Kultury Hałynę Łompart, Zastępcę Przewodniczącego Rady Obwodowej Wasyla Demianczuka oraz mera Użhorodu Bohdana Andriiwa, stając się potężnym manifestem pamięci i polsko-ukraińskiej solidarności.

Użhorod, miasto na dalekim zachodzie Ukrainy, zdawałoby się, odległe od huku dział i codziennego dramatu linii frontu. A jednak to właśnie tutaj, w sercu Zakarpacia, wojna przemówiła z niezwykłą siłą – poprzez obiektywy najwybitniejszych polskich fotoreporterów. Wystawa „Oczy wojny” to nie jest kolejna statystyczna relacja z konfliktu. To zbiór poruszających, intymnych kadrów, które zdzierają z wojny maskę anonimowości i pokazują jej prawdziwe, ludzkie oblicze – pełne bólu, strachu, straty, ale i niezwykłej odwagi.

Projekt przed przybyciem na zamek w Użhorodzie gościł w wielu miastach na świecie, zaś inicjatorem ekspozycji w Użhorodzie był Paweł Bobołowicz, polski dziennikarz mieszkający na Zakarpaciu i związany z Radio Wnet oraz twórca i redaktor naczelny platformy „Czarne Niebo”. Wystawa jest dziełem czołówki polskich fotografów, laureatów prestiżowych nagród, takich jak World Press Photo. Zdjęcia autorstwa m.in. Wojciecha Grzędzińskiego, Marka Berezowskiego czy Tomasza Lazara to dokumentacja wydarzeń od pierwszych dni pełnoskalowej rosyjskiej inwazji. Za staranny, chwytający za serce wybór zdjęć odpowiadała fotografka i fotoedytorka Ewa Meissner, a za przejmujące opisy osobistych przeżyć reporterów – dziennikarka Magdalena Rigamonti.

Fot. Danuta Stefanko

Podczas ceremonii otwarcia Konsul Generalny Marek Radziwon, dziękując dyrekcji muzeum za gościnę, podkreślił uniwersalny i niezwykle ważny wymiar ekspozycji. „To, czego doświadczyli Ukraińcy zaraz po rosyjskiej inwazji w lutym 2022 r., nie było oczywiste dla całego świata. Znamienici fotografowie, współpracujący z międzynarodowymi agencjami, pokazali wojnę w Ukrainie taką, jaką jest naprawdę – we wstrząsających detalach, jakby pod mikroskopem. Wszystko inne, cały prestiż autorów zdjęć, czy ich nagrody odchodzą na drugi plan, najważniejszy jest obraz zafiksowany na fotografii” – mówił konsul.

W rozmowie z wysłannikiem Kuriera Galicyjskiego rozwinął tę myśl, wskazując na fundamentalny cel projektu.

– Po pierwsze, chcemy stale przypominać o tym, co tu się dzieje; po trzech, czterech latach wszyscy się przyzwyczajamy. W Polsce może mniej – mamy długą granicę z Ukrainą – ale Europa Zachodnia i reszta świata przywykają. Po drugie, wielkie liczby ofiar stają się statystyką, za którą nie widać życia ani śmierci. Tutaj natomiast widzimy konkretnych ludzi: choćby kobietę obejmującą trumnę kogoś bliskiego. Za każdą fotografią kryje się cała biografia, cały ludzki los. […] Może zabrzmi to dziwnie, ale naprawdę wierzę, że takie fotografie nie tylko opisują świat, lecz także mają moc go zmieniać. Nie da się tego zmierzyć ani udowodnić, jednak jestem przekonany, że zdjęcia z tej wystawy, publikowane również przez agencje prasowe i w wysokonakładowej prasie światowej, wpływają na opinię publiczną, a ta z kolei – na polityków i ich decyzje. Bez broni w ręku, lecz z aparatem fotograficznym, ci fotoreporterzy wykonują ogromną pracę.

Fot. Danuta Stefanko

Słowa te znalazły swoje odbicie w wypowiedziach przedstawicieli władz ukraińskich, którzy dziękowali stronie polskiej za niezachwiane wsparcie. Hałyna Łompart, reprezentująca administrację wojskową, zaznaczyła, że „Polacy okazali prawdziwą dobrosąsiedzką postawę nawet wtedy, gdy większość świata się wahała”, a wystawa jest kluczowym przypomnieniem, że wojna wciąż trwa.

Jednak to, co uczyniło ten wernisaż wydarzeniem absolutnie wyjątkowym, była wstrząsająca inscenizacja fragmentów spektaklu „W cieniu wojny” w wykonaniu młodzieży z Centrum Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego w Iwano-Frankiwsku. Młodzi artyści, pod reżyserską opieką swojej nastoletniej koleżanki Anity Czirkowej, przedstawili serię miniatur teatralnych, które stały się żywym, krzyczącym komentarzem do milczących fotografii na ścianach. Ich występ był czymś więcej niż sztuką. Był to akt zbiorowej terapii, próba oswojenia traumy i krzyk pokolenia, któremu wojna ukradła dzieciństwo i młodość. Jak przyznała w rozmowie z nami reżyserka i aktorka Anita Czirikowa, pomysł na spektakl zrodził się z autentycznych emocji.

– Podczas warsztatów teatralnych mieliśmy zdecydować, o czym będzie spektakl. Rozmawialiśmy o problemach nastolatków […]. W pewnym momencie Marysia, moja bliska przyjaciółka, wymieniła słowo „wojna”. Wtedy wszystkich nas zamurowało i postanowiliśmy przygotować krótkie scenki na ten temat. […] Jako koordynatorka wolontariuszy widzę, jak bardzo młodzież cierpi i jak mocno przeżywa wojnę: płaczą, nie śpią po nocach, wciąż o tym myślą. Zrozumiałam, że musimy to zrobić — to ważne nie tylko dla świata, lecz także dla nas samych. […] Najbardziej boli, że cała nasza twórczość powstaje wokół bólu. To piękne: sztuka, teatr, muzyka — ale zbudowane na cierpieniu, które będziemy nieść przez następne pokolenia.

Na często powtarzany na Zachodzie argument o „zmęczeniu wojną” i jej rzekomym ograniczeniu tylko do wschodnich rubieży kraju, nastolatka ma jedną, dobitną odpowiedź: „Wojna jest wszędzie. Dopóki istnieje na świecie, dopóty będą ginąć dzieci i rodzice. Wcześniej czy później dotrze do każdego z nas. Wojna jest jak choroba, która rozprzestrzenia się po całym świecie. Jeśli jej nie powstrzymamy, pochłonie wszystkich — a chyba nikt tego nie chce”.

Fot. Danuta Stefanko

O terapeutycznym wymiarze sztuki i o tym, jak teatr stał się dla młodych ludzi azylem i narzędziem do wyrażania najtrudniejszych emocji, opowiedziała nam Alina Czirkowa, prezes CKPiDE w Iwano-Frankiwsku, a prywatnie matka młodej reżyserki.

– Jak najbardziej. Zawsze powtarzam, że naszym, dorosłych, obowiązkiem jest pozwolić młodzieży krzyczeć, rozpaczać i płakać. Ten spektakl im to umożliwia. Występują u nas nie tylko młodzi ze Stanisławowa — był chłopiec z Mariupola. Oni przeżywali to wszystko na miejscu. Chłopak z Mariupola nie ma dokąd wracać; o tej tragedii może mówić właśnie na scenie. To działanie terapeutyczne. […] Córka odpowiada: „Mamo, my tego nie gramy, my to czujemy, tym żyjemy”. […] Po każdym występie przytulają się i wszyscy płaczą; wielu ma rodziców walczących na froncie. To ogromna terapia.

Połączenie profesjonalnej, dokumentalnej fotografii z surowym, autentycznym teatrem młodzieży stworzyło na użhorodzkim zamku przestrzeń niezwykłej synergii. Statyczny, zamrożony w kadrze ból ożył w gestach i krzyku młodych aktorów. Fotografie pokazywały skutki wojny, a spektakl – jej głębokie, wewnętrzne przeżywanie. To wydarzenie, czerpiące z ducha „jagiellońskiej mozaiki”, o której piszemy na łamach „Kuriera Galicyjskiego”, stało się kolejnym, niezwykle ważnym mostem porozumienia między naszymi narodami. Mostem zbudowanym na prawdzie, empatii i wspólnym pragnieniu, by oczy przyszłych pokoleń nigdy nie musiały oglądać tego, co zarejestrowały obiektywy polskich reporterów.

Wystawę „Oczy Wojny” w użhorodzkim zamku można oglądać przez najbliższe trzy tygodnie. To czas, by spojrzeć wojnie prosto w oczy i nie odwracać wzroku. Jesteśmy to winni zarówno ofiarom, jak i tym, którzy z narażeniem życia niosą światu świadectwo prawdy.

Artur Żak

Tekst ukazał się w nr 14 (474), 39 lipca – 28 sierpnia 2025

X