Nową drogą do starych zabytków Wnętrze kościoła w Bursztynie (fot. Dmytro Antoniuk)

Nową drogą do starych zabytków

Przez wiele ostatnich lat stan nawierzchni trasy H-09 Iwano-Frankiwsk – Lwów przez Bóbrkę wywoływał przerażenie u podróżnych.

Dziś tą odnowioną trasą z dawnego Stanisławowa – drugiego pod względem wielkości miasta Galicji – do jej dawnej stolicy dojedziemy w ciągu najwyżej półtorej godziny. Podróżować teraz jest o wiele przyjemniej i nadarza się okazja obserwować okolicę. A popatrzeć jest na co.

Przy drodze w miejscowości Bursztyn stoi kościół św. Trójcy, pierwotnie należący do trynitarzy. Zakonników, zajmujących się wykupywaniem chrześcijan z niewoli muzułmańskiej zaprosił do tego miasta kasztelan warszawski Paweł Benoe herbu Taczała w 1740 roku. W tym okresie głównym ich zadaniem było duszpasterstwo wśród miejscowych katolików. Budownictwo klasztoru ukończono w 1774 roku, konsekracji dokonał biskup lwowski Wacław Sierakowski. Niestety już 9 lat później władze austriackie skasowały klasztor i nakazały rozbiórkę jego murów. Pozostawiono niewielkie pomieszczenie, pełniące funkcję plebanii parafialnego już kościoła.

W okresie, gdy właścicielem Bursztyna był hrabia Ignacy Skarbek, miasto zostało znacznie rozbudowane. Do kościoła natomiast dodano wysoką wieżę. Wówczas we wnętrzu świątyni mieściło się pięć ołtarzy, a główną jego relikwią był obraz Jezusa Nazareńskiego w ołtarzu głównym.

Podczas I wojny światowej świątynia silnie ucierpiała, lecz zdołano ją odbudować. W 1944 roku ukraińscy nacjonaliści zamordowali matkę ostatniego proboszcza ks. Wojciecha Olszowskiego. Opuścił on po tym Bursztyn, ale jeszcze przez jakiś czas dojeżdżał na msze. W końcu władze sowieckie zabroniły mu i tego. Formalnych przyczyn zamknięcia kościoła nie podano, jedynie NKWD zmusiło kilku parafian napisać pismo, w którym donieśli, że przez brak kosztów na remont świątyni przekazują ją państwu. W ten sposób od 1951 roku w kościele urządzono salę sportową, a od 1980 roku – magazyn karmy dla ryb. Tuż przed zwrotem zabytku wiernym (zwrócony został w 1991 roku) wybuchł dziwny pożar, który silnie uszkodził wieżę. W kościele nie pozostało nic, oprócz podstawy ołtarza głównego.

Po rozpoczęciu remontu odkryto XVIII-wieczne freski: na tęczy przed prezbiterium – alegorie Wiary, Nadziei i Miłości, postacie ewangelistów – na stropie kościoła. Na chórach odkryto kompozycie „Trynitarze przed chanem tureckim” i „Trynitarze wykupujący niewolników u Porty”. Jednak niefachowa konserwacja zniszczyła je jeszcze bardziej. Ocalały niektóre rzeźby z ołtarza głównego (m.in. figura strażnika sprzed Grobu Pańskiego) i są obecnie na plebanii. Zwrócono je z cerkwi greckokatolickiej, do której przeniesione zostały w okresie sowieckim. Cudowny obraz Jezusa Nazareńskiego znajduje się obecnie w kościele w Wąsoszu na Dolnym Śląsku.

Wieża kościoła obecnie jest w bardzo złym stanie, prawdopodobnie przez pożar w roku 1990. Odchyliła się o kilka centymetrów od pionu. Istnieje też zagrożenie dalszego niszczenia oryginalnych fresków. Świątynia wymaga natychmiastowego fachowego remontu.

Na obrzeżach miasta znajduje się opuszczony w 2001 roku budynek szpitala gruźliczego, który mieścił się w dawnym klasztorze sióstr Miłosierdzia (szarytek). Ufundował go swoim testamentem w 1842 roku hrabia Ignacy Skarbek, zobowiązując swoją córkę Eleonorę i jej męża Jana Jabłonowskiego wznieść budynek, w którym szarytki miałyby opiekować się chorymi i prowadzić sierociniec. Prace budowlane ukończono po dwóch latach, poświęcono wówczas kaplicę św. Elżbiety Węgierskiej.

W czasie I wojny światowej i walk polsko-ukraińskich budynek został silnie uszkodzony. Zdołano odbudować go dopiero w 1938 roku. Wówczas szarytki przyjmowały tam chorych i sieroty. Podczas II wojny światowej każda z walczących stron miała tu swój szpital. Siostry zmuszone zostały do opuszczenia zakładu w 1944 roku. Ołtarze ze swej kaplicy przeniosły wówczas do kościoła parafialnego, gdzie prawdopodobnie zaginęły w dalszych latach. W klasztorze umieszczono szpital wojskowy, a od 1955 roku – szpital gruźliczy. Kaplicę ostatecznie zniszczono, dzieląc ją na dwa pietra. Obecnie zabytek świeci pustkami.

Kolejną miejscowością na tej trasie jest Rohatyn. Jeszcze w latach 1930 były tu dość pokaźnie ruiny dawnego klasztoru dominikanów, jednak zostały rozebrane. Pozostał jednak kolejny zakład szarytek. Ufundował go w 1842 roku hrabia Leopold Krasiński. Budowano go przez długie czterdzieści lat, a architektem był Filip Pokutyński z Krakowa. Oprócz szpitala na sześć łóżek był tu sierociniec i szkoła dla dziewcząt. Najwięcej uwagi – wbrew woli darczyńcy – szarytki poświęcały sierocińcowi, więc władze nakazały jego likwidację i zajęcie się wyłącznie leczeniem chorych. W 1932 roku specjalna komisja uznała, że „siostry opiekują się niewłaściwie chorymi i nie mają stosownego wykształcenia lekarskiego”, więc starosta rohatyński nakazał im „wziąć” dyplomowanego lekarza.

Co mieściło się tu podczas II wojny światowej – nie wiadomo. Następnie umieszczono tu przychodnię rejonową, przeniesioną z innego budynku. Dziś obiekt jest w rękach prywatnych. Został nakryty nowym dachem, ale wnętrza są w całkowitej ruinie. Kaplica nadal jest podzielona na piętra. Na zewnątrz, od strony ołtarzowej jest wejście do krypt, gdzie zostali pochowani Józef Krasiński z żoną Katarzyną ze Schtürmerów, fundator zakładu Leopold Krasiński i jego brat Piotr. Co dzieje się z tymi pochówkami – nie wiadomo. Brak też tablicy fundatora z herbem i napisem: „Leopold Korwin hrabia Krasiński, fundator. Cały swój majątek przekazał galicyjskim Siostrom Miłosierdzia. Pierwszeństwo będą mieli moi poddani z Zalipia, Hołodówki i Zawadówki, potem [poddani] brata mego Piotra z wioski Potok, siostry mojej Marii z Załuża, Werblowców i Sołońca, następnie mieszkańcy Podgrodzia i jurydyk, a na końcu mieszkańcy Rohatyna i jego przedmieść. Fragment testamentu z roku 1846”. Los tablicy pozostaje nieznany.

Przy rynku, w centrum którego stoi pomnik Roksolany – Nasti Lisowskiej, która miała tu przyjść na świat, stoi późnogotycki kościół pw. św. Mikołaja i cerkiew Narodzenia Pańskiego. Jeżeli klasztor szarytek rozczarowuje, stan tych zabytków podnosi na duchu.

Brama Jabłonowskich (fot. Dmytro Antoniuk)

Podążając trasą H-09 na Lwów, mijamy wioskę Czercze, gdzie zachowała się unikatowa cerkiew drewniana. W następnej miejscowości – Podkamieniu – przez jakiś czas mieszkał syn Mozarta, Franciszek Ksawery. W tej miejscowości skręcamy w lewo. Droga, chociaż wiejska, jest dobrze utrzymana, asfaltowana.

Po kilku kilometrach, w lewo za Beńkowcami, zaczyna się park, pośród którego widnieją szpiczaste wieże – jest to rodzinna siedziba Rejów w miejscowości Psary (ob. Pryozerne). Na początku XVIII wieku były tu umocnienia, po których pozostała murowana brama wjazdowa z okrągła wieżą. Nad bramą ocalał herb rodziny Głogowskich, którzy odnowili bramę w 1822 roku. Część fundamentów zabudowań prawdopodobnie pochodzi jeszcze z czasów Jabłonowskich, do których Psary pierwotnie należały. W II połowie XVIII wieku wystawiono tu klasycystyczny pałac. Niestety, jako materiał budowlany wykorzystano drewno i glinę, więc po stu latach zabudowania nie nadawały się już do użytku. Wilhelmina z Głogowskich hrabina Rejowa zaprosiła lwowskiego architekta Juliana Zachariewicza, który zaprojektował tu nową wspaniałą rezydencję w stylu neobaroku. Ten wystawiony w 1882 roku pałac do dziś zachował się bez zmian. Upiększają go trzy wieże ze strzelistymi dachami, herby właścicieli i ich krewnych – Pilawa, Topor i Trąby, a również maszkarony z lwimi paszczami na wejściowym portalu.

Pałac Rejów w Psarach (fot. Dmytro Antoniuk)

Rejowie mieli w Psarach wspaniałe zbiory starych mebli i innych wartościowych przedmiotów, które zostały rozgrabione przez Rosjan w roku 1914. Po zakończeniu działań wojennych resztkami udało się umeblować jedynie jeden niewielki salonik. W sowieckich czasach mieścił się tu zarząd kołchozu, a następnie szpital. Obecnie los pałacu Rejów ma nieco detektywistyczne zabarwienie. Najpierw przekazano go na klasztor prawosławny kijowskiego patriarchatu. Jednak zakonnicy, widząc swoją bezsilność wobec koniecznych remontów, sprzedali zabytek w prywatne ręce za kilkaset tysięcy hrywien. Było to 6–7 lat temu. Nowy właściciel niby też odsprzedał pałac komuś. W każdym razie – zabytek stoi pusty od kilku lat – obecni nowobogaccy jakoś się tu nie pojawiają. Wnętrza się nie zachowały – przeważają gołe ściany.

Oprócz pałacu wart jest uwagi rozległy park. Tradycja głosi, że jedną z alei zasadził sam hetman Stanisław Jabłonowski. Na obrzeżach parku miały ocaleć jeszcze dawna stajnia i spichlerz. Wprawdzie ich nie zobaczyłem, ale dowiedziałem się o ich istnieniu już po odwiedzinach w Pryozernem – Psarach.

Dmytro Antoniuk
Tekst ukazał się w nr 17 (261) 16-29 września 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

X