Niewymyślone podróże i język polski

Niewymyślone podróże i język polski unsplash.com/s/photos

Prawdopodobnie tylko fani Wojciecha Cejrowskiego przypomną sobie słowa tego słynnego podróżnika i showmana, że podczas podróży zagranicznych lepiej niż w łamanym angielskim, niemieckim czy hiszpańskim mówić do miejscowych spokojnie i wyraźnie po polsku. Jego zdaniem w ten sposób odbiorca szybciej zrozumie, o co nam chodzi, ponieważ sama intonacja i mimika przekaże treść – czego i po co chcemy….

Nie powiem, że byłem przekonanym naśladowcą Cejrowskiego, ale w czasach szkolnych i studenckich popisywałem się przed niepolskojęzycznymi kolegami ze Lwowa i Ukrainy, że gdziekolwiek pojedziemy – na Słowację, do Czech, Niemiec etc. – wszędzie da się porozumieć po polsku! I tak było, a może dzięki jakiejś hucpie mi się udawało! Wreszcie przekonałem kolegów, że mam rację i wskutek tego zostałem liderem, przewodnikiem oraz tłumaczem. Nie wiem czy tego chciałem, lecz było ciekawie.

Kiedyś w McDonaldzie w centrum Pragi poszedłem zamawiać dla naszego całego towarzystwa hamburgery, frytki i okazało się, że kasjerka nie tylko rozumie, ale i doskonale odpowiada po polsku! Pochwaliłem ją, że świetnie zna polski, na co usłyszałem, że chyba wziąłem ją za Czeszkę a ona przyjechała z Nysy do Pragi na wakacje, by zwiedzić miasto i przy okazji zarobić trochę kieszonkowego… Czasem słyszę, że Czesi nie lubią Polaków, czy to z powodu radzieckiej interwencji, czy może innych incydentów historycznych, lecz sam nigdy żadnych nieprzyjemności od nich nie doświadczyłem – zawsze można było z nimi dogadać się po polsku.

Z Portugalczykami z kolei aż tak nie próbowałem, lecz sami mnie zaskoczyli – kelner, barman, taksówkarz – każdy rozpoznawał polski lub ukraiński jako polski, odpowiadając „Proszę”, „Dziękuję”, a nawet „Miłego dnia!”. Zresztą tak jest już nie tylko w Portugalii. Cieszy to, że Polacy dużo podróżują i są mile widzianymi gośćmi w wielu krajach. W Karlskronie (Szwecja) obok oznakowania w języku szwedzkim i angielskim znajdziemy też napisy po polsku, nawet w muzeach!

Śmieszny przypadek miałem w Dusseldorfie. W ciasnym, niemal rodzinnym gronie udaliśmy się do lodziarni. Zorientowałem się, że kelnerka przysłuchuje się nam z uwagą, aż wreszcie spytała, czy jesteśmy z Polski? Nie, nie była to Polka, tylko Jugosłowianka, która kiedyś studiowała polski, polubiła polską literaturę i bardzo przeżywała naruszenie praw człowieka w Polsce… Dowiedziała się o tym z telewizji. Można było zażartować, że właśnie z tego powodu jemy lody w Dusseldorfie – biedni uchodźcy! Uspokoiłem ją i zapewniłem, że tak naprawdę w Polsce wcale nie jest tak źle, jak przesadza niemiecka telewizja!

Na Węgrzech dowiedziałam się, że nasi bracia potrafią powiedzieć: „Polak, Węgier, dwa bratanki i do szabli, i do szklanki”, co prawda czasem z trudem, lecz… zawsze myślałem, że to my – po północnej stronie gór coś sobie wymyśliliśmy…

Przebijając się przez gwarny targ w Jerozolimie zostałem nagle zidentyfikowany przez jednego ze sklepikarzy jako polskojęzyczny, potwierdziłem, że piszę po polsku i mam kilka wolnych minut, po czym Arab poprosił mnie o napisanie… listu miłosnego do dziewczyny w Polsce! Nie mógł lepiej trafić! Nie miałem szczęścia uczęszczać do szkoły z polskim językiem nauczania, nawet jako językiem obcym. Nauczyłem się go od krewnych, a pisać – właśnie przy pomocy listów, zresztą nie zawsze miłosnych. Jednym słowem chłopak dyktował mi po angielsku, a ja przenosiłem jego płomienne uczucia na papier po polsku. Za tę przysługę otrzymałem w prezencie pyszny świeżo wyciśnięty sok z granatów.

W Oslo żeby otrzymać prezent samego języka już nie wystarczyło – należało jeszcze wspomnieć o Galicji! Po konferencji poszliśmy z kolegami, by posiedzieć przy piwku. W wielkim klubie-restauracji, zajmującym kilka pięter starej kamienicy, trzeba było zamawiać przy barkach. Jeden z naszych kolegów wróciwszy z wywiadu poinformował, że przy jednym z nich spotkał barmana Polaka. Udaliśmy się do niego! Moi koledzy z Warszawy i Lublina zamówili sobie piwo, wymienili kilka słów, aż nadchodzi moja kolej – wybieram piwo i odpowiadając na pytanie, skąd jestem – mówię: ze Lwowa! Nie spodziewałem się, że za tę odpowiedź dostanę piwo gratis (cena ok. 50–60 złotych)! Powód – barman był z Przemyśla, a więc okazaliśmy się ziomkami z Galicji i on częstuje! Byłem nieco zaskoczony, lecz ziomek stanowczo odmówił opłaty i nie przyjął nawet napiwku!

I jak tu nie uwierzyć reżyserowi Michałowi Wyszyńskiemu (twórcy filmów „Będzie lepiej”, „Włóczęgi”, zaginione „Serce batiara”), który w swoim ostatnim, tak bardzo lwowskim filmie „Wielka droga”, przywiódł żołnierzy armii Andersa do handlarza – Żyda na izraelskiej plaży:

– Panowie, z jakich stron?

– Ze Lwowa

– Z samego Lwowa!!! Ja też z Małopolski, tylko, że nie ze Lwowa, a z Rzeszowa. Jak to się mówi, jesteśmy krajanie!

– I długo pan już w Palestynie?

– Już 20 lat…

– I jeszcze Pan nie zapomniał bałakać po naszemu!!!

– Co znaczy zapomniał!? Jak można zapomnieć swój język?

I jest to święta prawda – spotkałem w Izraelu i nie tylko w nim niejednego Żyda, który uważał polski za swój język ojczysty, a o Polsce wspominał z miłością i nostalgią. Niektórzy z nich starali się podtrzymywać jakoś więź, przyjeżdżać od czasu do czasu do swoich rodzinnych miast, odpoczywać nad Bałtykiem…

Pewnego dnia w Tel Awiwie po wielkiej konferencji branżowej wybraliśmy się na miasto, by coś zjeść. W aplikacji znaleźliśmy bardzo wysoko oceniany lokal. Przedarliśmy się do niego przez liczne zaułki najstarszej części miasta, bazar i zobaczyliśmy, że miejsce naprawdę było oblegane:

– Rezerwowaliście stolik? Nie? Nie ma szans.

– Może przyjdziemy za 30–40 min.?

– Nie ma szans…

No cóż, rozpacz. Widać, że klientów tu nie potrzebują… Znienacka z-za barku ktoś krzyczy:

– Państwo z Polski?

– No tak!

– I ja też!

Okazało się była to właścicielka, która urodziła się na Podkarpaciu i jako dziecko wyjechała z rodzicami z kraju. Natychmiast wyciągnęli nam ze spiżarni stolik, krzesła, dostawili w ogródku, a zaserwowane potrawy smakowały rzeczywiście wybornie pod ciemnym nocnym południowym niebem Ziemi Świętej.

Cóż jeszcze wspomnieć… Mój przyjaciel z Kijowa kupił sobie stary dom w małej wiosce, zagubionej w lasach Żytomierszczyzny, do której pewnie najłatwiej byłoby dostać się rzeką – zdecydowanie idealne miejsce, by odpocząć na łonie natury.

Pewnego razu goszcząc u niego wybraliśmy się na wieczorny spacer po okolicy. Babcie jak dawniej, po pracach domowych zamiast oglądania telewizji siadają na ławeczkach ustawionych przy furtkach na podwórku swoich chat, patrzą na drogę i rzadkich przechodniów, podchodzą jedna do drugiej, gadają… Rozmawiamy i my idąc ulicą, raptem jedna z babć krzyczy w naszą stronę:

– Dzień dobry! A w jakim języku gadacie!?

Odpowiadamy, że po polsku, na co słyszymy:

– Jak ładnie! A my to też Polkami jesteśmy, tylko po polsku już nie pamiętamy…

Czyż Michał Wyszyński – twórca „Wielkiej drogi”, nie miał racji?..

Wito Nadaszkiewicz

Tekst ukazał się w nr 10 (374), 31 maja – 14 czerwca 2021

prezes kancelarii doradczo-prawnej Law Craft, historyk i publicysta z zamiłowania, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego.

X