Jeśli jutro wojna…

Jeśli jutro wojna… Rys. scroll.ua

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że ostatnim czasem na wschodzie Ukrainy robi się „gorąco”. Wojownicze deklaracje kolejnych rosyjskich polityków, przeciągający się impas międzynarodowych negocjacji (na temat zakończenia albo deeskalacji chociaż, wojny na Donbasie), nasilające się rosyjskie ostrzały na linii frontu, coraz liczniejsi ukraińscy polegli, wreszcie potężna koncentracja rosyjskich wojsk („grupy batalionowe” ze sprzętem) przy ukraińskiej granicy – zdają się być czymś więcej jak tylko buńczucznym „potrząsaniem szabelką” i elementem wojny hybrydowej.

Obserwując powyższe nie sposób nie ulec wrażeniu, że kierownictwo Federacji Rosyjskiej (bo to nie sam Putin przecież) podjęło decyzję przejścia (w niedalekiej perspektywie) od wojny hybrydowej (ja nazywam ją „wojną szemraną”) do otwartej agresji na Ukrainę. Wielu polityków, ekspertów, komentatorów i zwyczajnych, prostych ludzi nie pyta już nawet „czy”, ale „kiedy”, „jak” i „gdzie” zacznie się „pełnowymiarowa” wojna. Niby to nic pewnego i niby jeszcze jest czas by najgorszemu zapobiec – niby międzynarodowa wspólnota, niby groźba kolejnych i rujnujących sankcji, niby wsparcie dla Ukrainy i deklaracje o jej terytorialnej integralności (czyli nienaruszalności granic, tych uznanych przez międzynarodową wspólnotę), niby…

Tyle tylko, że ja już nie wierzę w skuteczność tego wszystkiego! Jeśli Rosja nie zdecyduje się na atak, jeśli koncentracja wojsk, występy polityków, łamanie „mińskich” uzgodnień i intensyfikacja działań bojowych pozostaną tylko polityczno-militarnym blefem, formą szantażu i nie przerodzą się w „wielką wojnę”, to nie dzięki „międzynarodowej wspólnocie”! Niestety, przynajmniej moim zdaniem, póki co owa „międzynarodowa wspólnota” nie zdała „ukraińsko-rosyjskiego” egzaminu.

Tak, tak – wiem! Kolejne misje OBWE, mediacje w Mińsku, sankcje, piękne deklaracje… Tyle tylko, że jeśli realnie na sprawy spojrzeć, to skutek tych wszystkich działań jest (delikatnie rzecz ujmując) bardziej niż ograniczony. Od siedmiu lat podejmowane są „działania”, „w powietrzu latają” deklaracje, oświadczenia i groźby, publikowane są przeróżne raporty, podpisywane rozejmy, a… wojna nadal się toczy swoimi drogami, ludzie cierpią, żołnierze giną, dokonywane są zbrodnie, łamane umowy i ustalenia. Dla większości obserwatorów impotencja „międzynarodowej wspólnoty” jest tyleż oczywista co wstydliwa.

W pierwszym, w drugim roku trwającej wojny, tak jak i wielu moich ukraińskich i tatarskich Przyjaciół, miałem nadzieję, że międzynarodowy nacisk jest w stanie coś zmienić i jeśli nawet nie zmusi on RF do przestrzegania podpisanych przez nią umów (przypominam chociażby Memorandum Budapesztańskie), to przynajmniej „zamrozi” działania wojenne. Nic z tego! Wojna trwała i trwa nadal!

Po tych pierwszych latach i niespełnionych nadziejach zacząłem się zastanawiać w jaki sposób „międzynarodowa wspólnota” ze skuteczną reakcją na rosyjską agresję na Ukrainę ma problem i dlaczego „tak się dzieje”, że pomimo przeróżnych działań „nic się nie dzieje”? Niestety, wnioski z tych rozmyślań nie napawają nadzieją. Jest źle i nie zapowiada się by w przewidywalnej przyszłości było lepiej.

Mój wniosek jest taki, że właśnie jesteśmy świadkami smutnej „powtórki z historii”! Przecież kiedyś już było podobnie! Czy ktoś pamięta takie pojęcie jak „appeasement” (ang. – zaspokajanie, ustępowanie, łagodzenie) opisujące politykę ustępstw prowadzoną przez rządy Wielkiej Brytanii i Francji w latach 1935–1939 wobec państw „Osi”? To co dzisiaj w reakcji na rosyjski imperializm i radzieckie sentymenty na międzynarodowej arenie się dzieje (z niewielkimi wyjątkami co prawda) oceniam jako współczesna formę „appeasementu” właśnie!

Tradycyjna „uwaga dla czytających inaczej”. Bez sofizmatów rozszerzenia proszę! Ja absolutnie nie porównuję Federacji Rosyjskiej z III Rzeszą czy z Włochami Mussoliniego! Nie porównuję też i nie czynię żadnych paraleli co do sposobu prowadzenia przez FR i państwa „Osi” polityki! Nie! Ja jedynie zauważam znaczne podobieństwa co do motywacji i mechanizmów działania międzynarodowej wspólnoty wtedy i obecnie – nic więcej! Oczywiście, nie trzeba mi tłumaczyć, czasy się zmieniły, zmienił się sposób prowadzenia polityki, sposób wiedzenia wojny – wiem, wszystko się zmieniło. Dlatego – zwracam na to uwagę czytelników – formy współczesnego appeasementu też są nieco inne.

Praworządna, demokratyczna, tolerancyjna, poprawna politycznie, sprawiedliwa i miłująca pokój „międzynarodowa wspólnota” od samego początku okupacji Krymu i wojny na Donbasie czyni niebywale wiele szumu. To prawda – istnieją już setki dokumentów, w których głowy państw, rządy, ministrowie, politycy, organizacje międzynarodowe (w tym Unia Europejska) protestują, wyrażają swoje „zaniepokojenie”, nakładają sankcje. Tyle, że… to niczego nie zmienia!

Jeśli na te wszystkie działania spojrzeć „trzeźwym okiem” to analiza ich skutków rodzi wrażenie, że są one tak dobrane, tak „skomponowane”, by dowieść nimi wierności autorów „europejskim wartościom”, ale jednocześnie Rosji i interesom z nią poważnej szkody nie uczynić! Stąd – Federacja Rosyjska jest głośno „wykluczana” z przeróżnych międzynarodowych gremiów (do niektórych z nich jest później „cichutko” przywracana), demonstracyjnie nakładane są na nią ekonomiczne sankcje (których mało kto przestrzega), sporządzane są wstrząsająco brzmiące apele i raporty (które Rosja ma w… no tam właśnie!).

Proponuję zrobić pobieżny chociaż „audyt” i odpowiedzieć na kilka pytań. Na ten przykład – czy istnieje jeszcze jakaś podpisana przez Rosję międzynarodowa umowa (gwarantująca Ukrainie granice, niepodległość i pokój), która nie została przez Rosję złamana?

Pamięta ktoś kto podpisał znamienite „Memorandum” w Budapeszcie gwarantujące nienaruszalność ukraińskich granic? Nie za darmo! W zamian Ukraina godziła się na likwidację swojej broni atomowej (wówczas – trzeci potencjał w świecie). Cóż tam „Memorandum”! Przecież niedawno podpisano słynne – mające przynieść pokój na Donbasie – „Umowy Mińskie” (podpisane także przez Francję i Niemcy!), które są dzisiaj dokładnie takim samym „świstkiem papieru” jak ten, którym w 1938 roku, po powrocie z Monachium, na londyńskim lotnisku wymachiwał Neville Chamberlain.

Czy to tylko ja dostrzegam to podobieństwo? Pytanie dodatkowe – czy „Układ Monachijski” zapobiegł wojnie? Nie? A czy praktycznie zaraz po jego podpisaniu i po zajęciu Sudetów II Rzesza nie okupowała Czech i nie zwasalizowała Słowacji? Kto śmie twierdzić, że w przypadku Rosji „apetyt nie rośnie w miarę jedzenia” i ustępstwa na Donbasie nie skończą się tak, jak ustępstwa w sprawie Sudetów? Tak, tak – wiem! Inne czasy, inne państwa – niestety mechanizm ten sam. Była już nawet próba jego „uruchomienia” – rozmowa o sytuacji na Donbasie (Putin, Merkel, Macron) bez uczestnictwa Ukrainy – czy to tylko ja dostrzegam podobieństwo?

Jaka jest (dla zaprowadzenia pokoju i zapobieżenia agresji) skuteczność „wykluczania” Federacji Rosyjskiej z przeróżnych międzynarodowych gremiów?

W tym kontekście warto wspomnieć o Parlamentarnym Zgromadzeniu Rady Europy i „cyrku” z nim związanym. W dalekim 2014 roku, po okupacji Krymu i początku wojny na Donbasie, na delegację Federacji Rosyjskiej huczne i demonstracyjnie nałożono poważne sankcje – odebrano jej prawo głosu. Skutki? Koniec wojny? Może deokupacja Krymu? Nic z tego! W odpowiedzi na sankcje Federacja Rosyjska przestała płacić składki wynikające z jej członkostwa w Zgromadzeniu, co z czasem poskutkowało cichutkim zdjęciem tych sankcji. Krym nadal jest okupowany, wojna na Donbasie trwa, a Federacja w Zgromadzeniu głosuje. Tyle o tym, jak to się Rosja przejmuje podobnymi „sankcjami”.

Na ile są skuteczne wszelakie „międzynarodowe misje” w Ukrainie?

Tylko o OBWE napiszę (i tak już prawie wyczerpałem limit „znaków” dany mi przez przezacny Kurier), bo z jej „działalnościa” spotkałem się osobiście. Misje OBWE przez lata „nie zauważały” tego co widziało i o czym mówiło każde dziecko na terenach objętych walkami – ani uczestniczących w walkach na Donbasie rosyjskich żołnierzy i oficerów (mimo, że OBWE demonstrowano misjom jeńców i ich dokumenty), ani ciężkiego sprzętu wojskowego dostarczonego na Donbas przez FR (misje wprawdzie oglądały wraki i ich oznaczenia, ale oficjalnie „niczego nie widziały”). W raportach OBWE nie ma wiele z tego co było, za to podejrzewam, że jest w nich wiele tego, czego nie było. Mam podstawy by tak sądzić – w pewien piękny, letni dzień 2017 roku, we frontowej Awdijewce spotkałem śliczny, biały, terenowy samochód z oznaczeniami OBWE. Stał na parkingu obok Wojskowo-Cywilnej Administracji Awdijewki. W nim cztery osoby – każda z nich z identyfikatorem OBWE. Skąd wiem? Przyjrzałem się dokładnie – kręciłem się „w okolicy” (wymagały tego moje „humanitarne sprawy”), a rzeczony samochód stał na tym parkingu ponad cztery godziny! Jego pasażerowie wychodzili jedynie po to, by wypalić papierosa, po czym natychmiast wracali do salonu! Nawet mam gdzieś zapisaną datę! Nie wiem czym się tam oni w samochodzie zajmowali, może grali w karty, ale wiele bym dał za możliwość przeczytania raportu z tej ich „misji”…

Na koniec – sankcje ekonomiczne. Tak, one są nakładane! Tylko (znowu to „tylko”!) są one albo „wybiórcze”, albo mało skuteczne, albo „obchodzone”. Większość z tych, do których docierają informacje o życiu i wydarzeniach na okupowanych terenach (Krym, LNR i DNR) wie o czym rzecz.

Żeby się dużo nie rozpisywać tylko wymienię: Nord Stream 2, Siemens (już dwa razy), Kerczeński Most (jest tego więcej, ale szkoda tu miejsca i czasu). Jednym słowem, tam, gdzie sprawa dotyczy zysku (lub jego utraty), „obrońcy pokoju i demokracji” niebywale często wykazują albo „sytuacyjną ślepotę”, albo „rżną głupa” (przepraszam za to określenie, ale ono najlepiej oddaje istotę rzeczy), albo przejawiają niewiarygodną elastyczność w interpretowaniu prawa. Tak więc sankcje sankcjami, a handel – handlem… Cichutko, przez podstawione firmy, przy wykorzystaniu luk prawnych, dzięki „właściwemu” rozumieniu zapisów umów…

Rozumiem mechanizm – to działa nic innego jak (opisana już w kilku moich poprzednich tekstach) reguła „sprzedaży sznurka do wieszania” (autor W. I. Lenin).

Ogólnie uważam, że polityka appeasementu zawsze jest błędem – ona agresora tylko rozzuchwala, a w przypadku tej trwającej już przecież wojny, stanowi jeszcze cichą i wstydliwą, ale jednak zgodę Europy na tysiące nieszczęść i śmierci, na eskalację przemocy i gwałtu – niczego prócz krótkoterminowych zysków Europie w zamian nie dając. Po siedmiu latach prowadzenia (przez społeczność międzynarodową) takiej polityki nic się na lepsze nie zmieniło. Przeciwnie – pomimo niesionych przez Europę kosztów moralnych i wizerunkowych narasta niebezpieczeństwo, że będzie gorzej. O wiele gorzej. Może nawet tragicznie.

Krótkowzroczna nadrzędność interesów poszczególnych firm, grup i państw, ich strach przed utratą zysków i koniecznością ponoszenia ofiar, a także systemowe niedoskonałości właściwe demokratycznym państwom – wszystko to może zostać (i jest) przez Rosję wykorzystane by skusić „świat” do zignorowania jej możliwej agresji. Skusić świat do znalezienia takiej formuły międzynarodowej reakcji, która spełni wymogi formalne i wizerunkowe, a jednocześnie nie nałoży na „reagujących” żadnych realnych zobowiązań, nie zmusi ich do poniesienia tej reakcji kosztów. Któż bowiem w dzisiejszej Europie jest gotowy by „umierać za Ukrainę”? (Skąd my to znamy?). Europa ma swoje problemy – pandemia, budżety, gospodarka, uchodźcy, terroryzm. W ich obliczu kogo obchodzi Ukraina i jej problemy? Jeśli się lepiej wsłuchać w „europejskie echa” ukraińskich spraw, to czasami, nieśmiało, gdzieś z mroku i mgły dobiega głos: „może i lepiej jak przyjdzie Putin i wreszcie zrobi tam porządek – zgoda, byle nam dał spokój”?. Typowy appeasement…

Pora wreszcie Europie i „światu” zrozumieć, że Rosja nikomu spokoju nie da! Uprzejmie przypominam, że międzynarodowa społeczność nie zdobyła się na zmuszenie Federacji Rosyjskiej do przestrzegania międzynarodowego prawa i umów chociażby w przypadku Naddniestrza, Abchazji i Osetii (o innych nie wspomnę).

W deklaracjach rosyjskich polityków (różnych szczebli) jako kolejne „do przywrócenia” w krąg „ruskiego mira” wymieniane są: Ukraina (cała), Litwa, Łotwa i Estonia. O Białorusi nie warto mówić – jej uzależnienie od Rosji jest oczywiste. Czy ktoś ma złudzenia, że „odrodzenie się” dominacji Federacji Rosyjskiej w granicach dawnego ZSRR zaspokoi moskiewskie ambicje? Ja nie!

Niestety tak jest, że Rosja dobrze odnajduje się jedynie jako państwo imperialne, scentralizowane, podporządkowane i podporządkowujące. Historia chociażby XX wieku dowodzi, że każdy ukłon w stronę demokracji i decentralizacji prowadzi Rosję do rozpadu i chaosu. Nie wiem dlaczego tak jest, ale tak jest właśnie – proponuję sobie przypomnieć następstwa roku 1917 (luty), końca lat 80., periestrojki” Gorbaczowa i czasy prezydentury Jelcyna. Niczego nie sugeruję – zapraszam do przemyślenia.

Dlatego podporządkowanie sobie przez Rosję byłych republik radzieckich (szczególnie Ukrainy) jest dla Rosji walką o przeżycie, a nie imperialną fanaberią. Po zajęciu lub (szybciej) wasalizacji Ukrainy, Rosja będzie zmuszona postawić sobie nowe cele, inne „wyzwolicielskie marsze” – w tym (jestem o tym przekonany) marsz na Polskę. Zatrzymanie się w miejscu oznacza dla Rosji wejście na drogę jej rozpadu – pisze o tym w jednej ze swoich książek („Ostatnia republika”) Wiktor Suworow (Włodzimierz Rezun).

Proponuję przypomnieć sobie co już dzisiaj o Polsce mówią: „kremlowski” ideolog Dugin, czy „moskiewski” skandalista Żyrynowski. Wg nich „dla Polski w Europie miejsca nie ma”! Koniec, kropka! Ciekawe, to tylko taki myślowy eksperyment, co by było gdyby kilkadziesiąt rosyjskich bojowych grup batalionowych stanęło nad polską granicą? Czy znowu „nikt by nie chciał umierać za Gdańsk”? Czy Europa „wyraziłaby poważne zaniepokojenie”? Czy w razie agresji, Federacji Rosyjskiej zagrożono by wykluczeniem z Festiwalu Eurowizji? Nie żartuję! Przypominam, że pomimo okupacji Krymu i oczywistego oraz bezpośredniego zaangażowania się Rosji w walki na Donbasie, Igrzyska Olimpijskie w Soczi odbyły się jakby nigdy nic!

Dzisiaj na drodze Rosyjskiego imperializmu do Polski i Europy leży Ukraina. Po siedmiu latach rosyjskiej agresji jest już oczywistym, że europejska polityka „nowego appeasmentu” prowadzi do porażki i że Rosja ani się „nie zatrzyma” ani nie zadowoli kolejnymi ustępstwami. Jest jasne – Rosja chce WSZYSTKIEGO, a nie jakichś tam „ochłapów” (przepraszam, ale to tak!).

Jakkolwiek to patetycznie zabrzmi, ale dzisiaj to Ukraina jest „przedmurzem Europy”. To ona walczy i powstrzymuje „rosyjski świat” przed „rozlaniem się” najpierw na kraje dawnego ZSRR, później Układu Warszawskiego, a później… Przy czym – znowu uwaga dla „czytających inaczej” – by zdominować któryś z dawnych wasalnych w stosunku do ZSRR krajów nie zawsze potrzebna jest wojna! Wybory, internet, propaganda, hakerzy, trolle, fejki… Wreszcie – komisje wyborcze, skorumpowani politycy, oprogramowanie zliczające głosy… Część z tego (w różnych krajach, w różny sposób i z różnym natężeniem) już się dzieje!

Co prawda pojawiła się ostatnio niewielka nadzieja, że uda się „rosyjski walec” zatrzymać. Niewielka, ulotna, ale jednak się pojawiła!

Wypowiedzi niektórych europejskich polityków (np. Manfred Weber) mogą świadczyć o tym, że świadomość stanu „rosyjsko-europejskich” rzeczy powoli do nich dociera. Czy będzie to miało następstwa w postaci zmiany niemal otwarcie prorosyjskiej polityki części krajów Unii Europejskiej (NORD STREAM 2), czy w postaci przygotowania i zagrożenia wprowadzeniem konkretnych i rujnujących sankcji (np. SWIFT), czy zrozumienia, że nie wszystko i nie zawsze jest na sprzedaż (np. SIEMENS)? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak. Inaczej Ukrainę czekają ciężkie czasy.

Jako że część tego felietonu traktuje o „powtarzającej się historii” to (parafrazując), na jego zakończenie, jako pewnego rodzaju ostrzeżenie dla Europy i „świata” zacytuję słowa pewnego popularnego niegdyś marszu: „Bo dzisiaj jest nasza Ukraina, a jutro cały świat…”.

Tak całkiem już na marginesie – zawsze wiedziałem, że historia to pożyteczna nauka!

Artur Deska

Artur Ryszard Deska (1964). Niemłody i brodaty wielbiciel fajki, dobrych książek, filozofii oraz historii. Poeta. Pasjonat zdrowego rozsądku i bezkompromisowy krytyk panoszących sie i rozdętych: relatywizmu tudzież poprawności politycznej. Jesienią 2003 roku, po kolejnym kryzysie (nadciśnienie, serce i cukrzyca) postanowił „dożyć swoich dni inaczej” – złożył w kościele „śluby prywatne”, wyjechał z Polski, osiadł w Drohobyczu i zajął się działalnością charytatywną. Od listopada 2003 roku zastępca Dyrektora Caritas Samborsko-Drohobyckiej Diecezji UGKC. Założyciel i wieloletni Dyrektor Centrum Wolontariatu Caritas w Drohobyczu. „Ojciec” i wychowawca wielu pokoleń wolontariuszy. Współzałożyciel Ukraińskiej Grupy Humanitarnej. Od 2014 roku – opiekun „drohobyckiej” wspólnoty Tatarów krymskich. Mimo cyklicznie powtarzanych i apokaliptycznych diagnoz lekarzy – wciąż żyje i walczy. Motto: „Bóg kocha wariatów...”.

X