Niemcy to nie tylko faszyści, szmajsery, obozy koncentracyjne, filmy pornograficzne i Goethe ze Schillerem. Naturalnie, że przytoczone wyżej też było, ale z historią Stanisławowa nie ma to nic wspólnego. W naszym przypadku podstawowymi pojęciami powinny stać się Kniahinin – Kolonia, pastor Zekler, „Betlejem”, Hauswald i Sp. z OO „Agromasz”. Dlaczego – oto odpowiedź.
Rzemieślnicy, urzędnicy i żołnierze
W połowie XVIII w. odwiecznie niemieckie ziemie były gęsto zaludnione. Pokoleniowe wiejskie ziemie dzielone były pomiędzy kolejnymi potomkami i wreszcie, były tak drobne, że nie było już czego dzielić. A tu nagle do imperium Habsburgów przyłączono Galicję. By rozwiązać napięcia społeczne w Vaterlandzie cesarz Józef II na wszelki sposób zachęca współrodaków do kolonizacji nowych ziem.
Przesiedleńcom darmowo rozdawane są działki, zapewniane są „wakacje” podatkowe i odroczenie od służby wojskowej. Jasne, że wobec takich zasad chętnych nie brakowało. Jak twierdzi historyk I. Monolatia pierwsi Niemcy zjawili się w Stanisławowie w 1786 r. na podstawie zezwolenia Katarzyny Kossakowskiej. Zaledwie po dwóch latach w mieście zamieszkiwało już dziewięć rodzin przesiedleńców. Nie byli to prości ludzie, lecz rzemieślnicy i rolnicy.
Zjawili się też niemieccy urzędnicy. Obejmowali posady w starostwie, magistracie, na poczcie, w urzędach podatkowych i innych. Miejscowa ludność, szczególnie Polacy, nie bardzo darzyli ich sympatią i nazywali „szwabami”. W 1809 r. polska ludność powstała przeciwko Austriakom, co zmusiło starostę Luzana schronić się w Karpatach. Podczas Wiosny Ludów w 1848 r. starosta Festenburg nawet przywołał wojsko do rozpędzenia spod swoich okien „kociej orkiestry”, urządzonej przez studentów.
Wprawdzie zdarzali się i pozytywni urzędnicy. Wszyscy polscy historycy z szacunkiem odzywają się o staroście Kratterze i Milbachu, którzy wiele uczynili dla rozwoju miasta.
Oprócz urzędników w mieście było też pełno wojskowych. Prawie wszystkie oficerskie posady obsadzone były przez Niemców. Było też wielu podoficerów o nazwisku Müller, Bormann i Schtirlitz. Jednak wojskowi w mieście długo się nie zatrzymywali – stałe rotacje kadrowe oficerów garnizonu i urzędników nie dawały im na dłużej osiąść na Przykarpaciu. Na stałe Niemcy zaczęli osiedlać się w mieście dopiero w latach 1860. Wówczas w mieście i okolicach budowano kolej Lwów-Czerniowce, przy której pracowało wielu fachowców. Osiedlali się przeważnie w jednej dzielnicy, określonej dzisiejszymi ulicami Bandery-Wysoczana-Szuchewiczów-Niezależności. Tereny te uważane były za przedmieście Stanisławowa i nazywano je Kniahinin-Kolonia. Dokładna liczba rodzin niemieckich nie jest znana, ale statystycznie w roku 1877 po niemiecku rozmawiało 6 998 osób.

Okres pastora Zeklera
Niemieccy osiedleńcy nie byli, rzecz jasna, jednorodną masą, mieszkającą tylko w granicach swego getta. Byli wśród nich bogaci (ci mieszkali w centrum miasta) i biedni, inżynierowie i robotnicy, wykształceni i ludzie bez żadnej oświaty. Nie byli też jednolici i w kwestii religii. Część z nich była katolikami, uczęszczała na nabożeństwa w kościołach wspólnie z Polakami i z czasem się polonizowała. Reszta należała do protestantów, wśród których przeważali luteranie lub ewangeliści. Ci ostatni wybudowali kirchę, która stała przed obecnym hotelem „Nadija”. Nabożeństwa odbywały się tam cztery razy do roku, ponieważ pastor mieszkał daleko za miastem, chorował na płuca i niezbyt przejmował się swymi owieczkami.
Sytuacja zmieniła się zasadniczo z chwilą przybycia do miasta pastora Teodora Zeklera. Był przekonany, że „dzieci – to kwiaty życia” i swą działalność rozpoczął od budowy sierocińca. W 1894 r. zmarł dziadek jego małżonki, pozostawiwszy młodym spory spadek. A potem sukces sam odnalazł pastora. Naprzeciwko kirchy wystawiono na sprzedaż dom wraz z działką ziemi. Cena była śmiesznie niska. Rzecz w tym, że poprzedni właściciel, Ukrainiec, miał zostać radnym Reichstagu. Dobudował nawet niewielką werandę, z której planował wygłaszać płomienne przemowy do swoich wyborców. Jednak wybory przegrał i postanowił pozbyć się feralnego budynku. Skorzystał z tego Zekler. W nabytej nieruchomości otworzył sierociniec „Betlejem” (prawie wszystkie gmachy urzędowe miały swoje nazwy) na 12 sierot. Niebawem ich liczba sięgnęła 200 wychowanków.

Potem zakłady dobroczynne zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu. Powstała niemiecka szkoła ludowa (ob. szkoła Nr 11), bursy dla nauczycieli, dom starców „Elem i Betanien”, szpital „Sarepta”, przedszkole „Eben-Ezer” i kolejny sierociniec „Nazaret”. Poza dzisiejszą Stacją Krwiodawstwa leżał sad i ogród, zasilający swymi płodami jadłodajnię. Tu mieściły się też stajnie i kurniki. Oprócz tego niezmordowany pastor wydawał gazetę „Ewangelicka gminna gazeta dla Galicji i Bukowiny”, a jego małżonka redagowała kwartalnik „mały pomocnik”.
Złożone stosunki
Zekler nie był jedynym Niemcem, który osiągnął sukces w Stanisławowie. Początek deptaka (naprzeciwko hotelu „Kijów”) zdobi kamienica Karola Hauswalda. To niemiecki przedsiębiorca, właściciel zakładu wyrobów żelaznych i metalowych. W 1913 r. wybudował swą „luksusową” kamienicę, czyli wyposażoną w centralne ogrzewanie, oświetlenie elektryczne, centralizowaną kanalizację i windę. Poza tym była to druga w mieście czteropiętrowa kamienica.

Nie obchodziło się bez ekscesów. 1 lipca 1914 r. Polacy obrzucili kamieniami wszystkie niemieckie domy, rozbijając 468 szyb. Na szczęście nikt nie został ranny. Potem Polacy cynicznie żartowali, że „szwaby mają twarde łby”. Podczas I wojny światowej stał się prawdziwy cud. W pobliżu szpitala „Sarepta” mieściły się wojskowe magazyny artyleryjskie. Przez cały tydzień w tej okolicy buszował ogień i grzmiały wybuchy. Jakież było zdziwienie Zeklera, gdy wróciwszy z ewakuacji zastał „Sareptę” całą i nieuszkodzoną. Jak się potem okazało, wiatr kierował ogień w drugą stronę i szpital nie ucierpiał. Najciekawsze jest to, że gmach szpitala przetrwał do naszych dni i dziś mieści się tu Izba Handlowa przy ul. Zeklera 9.
W okresie ZURL Niemcy wspaniale porozumieli się z Ukraińcami, którzy codziennie dostarczali do przytułku 30 bochenków chleba z wojskowej piekarni i wspomagali go naftą. W tym czasie na podstawie szkoły ludowej otwarto niemieckie gimnazjum, które z czasem stało się jedną z najlepszych szkół w mieście.

Z Polakami sprawy miały się inaczej. Początkowo zwolniono wielu niemieckich pracowników kolei, a potem o mało nie zamknięto gimnazjum. Ale przedsiębiorczy Niemcy bez pracy nie zostali. Przy wsparciu finansowym angielskich kwakrów otworzyli fabrykę maszyn rolniczych „Bis”. Dziś jest to Sp. z OO „Agromasz”, produkujący legendarne traktory „Prykarpatec”. Spośród jego pracowników nie pozostał jednak nikt o niemieckim nazwisku. W warsztatach fabryki młodzież z biedniejszych rodzin szkoliła się w zawodach giserów, tokarzy, ślusarzy, kowali i stolarzy. Dla „dojeżdżających” działał akademik.
Ostatnim akordem niemieckiej kulturowo-religijnej ekspansji stało się w październiku 1932 r. otwarcie w Stanisławowie „Domu niemieckiego”. W jego sali, mieszczącej do 900 osób, odbywały się uroczyste akademie, przedstawienia teatralne, występy chórów i zespołów tanecznych. Właścicielem Domu było towarzystwo „Frosin”, co w przekładzie oznacza „wesoły nastrój”. Teraz mieści się tu szkoła sportowa przy ul. Szuchewiczów 21.
Waliza, dworzec i Vaterland
Nad ranem 1 września 1939 r. Niemcy ogłosili Polsce wojnę. O godz. 19:00 policja przyszła po pastora Zeklera. Oprócz niego w więzieniu znalazło się 140 Niemców, podejrzani Ukraińcy i Żydzi – komuniści. 17 września zwolnił ich wszystkich osobiście dyrektor więzienia.
Sowieci względem Niemców byli przyjaźni, ale nie długo. Niebawem przyszło rozporządzenie o wysiedleniu ludności niemieckiej do ojczyzny. Mężczyznom zezwalano na zabranie 50 kg bagażu, a kobietom i dzieciom do 25 kg. Mroźnym rankiem 25 grudnia 1300 stanisławowskich Niemców załadowano do 53 wagonów i odesłano do Vaterlandu, który był wówczas bliżej, bo zaczynał się za Przemyślem. Żegnać ich na dworzec przyszli Ukraińcy, Żydzi i, naturalnie, Polacy, którzy od dawna czekali na tę chwilę.
Niebawem Niemcy wrócili i to w znacznie większej liczbie.
Ale to już zupełnie inna historia.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 3 (487), 13 – 26 lutego 2026
