Naukowcy o Polakach, którzy zostali na Wschodzie Jan Malicki, Stanisław Stępień, Henryk Stroński, Adam Hlebowicz, Helena Krasowska, fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Naukowcy o Polakach, którzy zostali na Wschodzie

Pod koniec 2024 roku w Przemyślu odbyła się I Międzynarodowa Konferencja Naukowa „Polacy na Ukrainie. Historia – teraźniejszość – przyszłość”. Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego zaprezentowało tam I tom monografii zbiorowej pt. „Polacy na Ukrainie od Powstania Styczniowego do XXI wieku”. Swoje prace prezentowali również polscy naukowcy prof. dr hab. Stanisław Stępień („Powstańcy styczniowi w Twierdzy Kijowskiej. Zarysy biogramów”), prof. dr hab. Henryk Stroński („Marchlewszczyzna 1925–1935. Polski rejon narodowościowy na sowieckiej Ukrainie”) i red. dr Adam Hlebowicz (”Zostali na Wschodzie. Słownik Inteligencji Polskiej w ZSRS 1945–1991”).

Każda z tych prac niewątpliwie zasługuje na popularyzację dokonanych badań. Tym razem zwrócimy uwagę na ostatni dorobek znanego polskiego dziennikarza i historyka Adama Hlebowicza, który z dumą przedstawił już trzeci tom ułożonego pod jego redakcją naukową słownika o inteligencji polskiej pozostałej na terenach Związku Sowieckiego po II wojnie światowej. W książce są przedstawione sylwetki kapłanów, nauczycieli, naukowców i innych przedstawicieli elit polskich. Jedni nie chcieli, a inni nie mogli osiąść w powojennej Polsce. Podjęli misję przeciwstawiania się sowietyzacji, ocalenia języka, kultury, przechowania wiary. Nie zabiegali o honory, nie liczyli na ordery czy wyrazy uznania. Niczym żołnierze na straconych placówkach pełnili służbę, nie zważając na jej dramatyczne konsekwencje – więzienia i łagry sowieckie, represje.

Podczas prezentacji Adam Hlebowicz powiedział:

– W historiografii mamy stwierdzenie, że inteligencja polska wyjechała w 1939 roku, czyli w pierwszej fali ekspatriacji i drugiej fali ekspatriacji w latach 1955–59, a zatem Polaków-inteligentów na wschodzie w Związku Sowieckim nie było. Generalnie jest to prawda, natomiast te tomy pokazują, że nie do końca. Pierwotnie był zamysł, że zmieścimy się w trzech tomach, opiszemy tę inteligencję polską, która pozostała. W trzech tomach mamy opisanych 259 osób, te biogramy napisały 43 osoby, wśród nich Profesor Helena Krasowska, prof. Henryk Stroński, autorzy są zarówno z tych krajów, które opisują, jak i z Polski. Są to naukowcy, są to czasami członkowie rodzin – w pojedynczych wypadkach. Są to działacze polscy. W pierwszym tomie pierwszych osiem biogramów napisał Andrzej Poczobut i trzeci tom jest właśnie zadedykowany Andrzejowi. Układ słownika jest holenderski, czyli w każdym tomie mamy hasła od A do Z. Ułatwia to nam, oczywiście, pracę, bo gdybyśmy szli literami, to gubilibyśmy różne nazwiska, aneksy, więc uznaliśmy, że ten model będzie najwygodniejszy. W tej chwili myślimy o pięciu tomach. Na liście nazwisk, które powinniśmy opisać, jest nazwisk około 600, ale pewnie opiszemy 450–500, bo jest szereg postaci co do których wiemy, że odegrały ważną rolę, ale brakuje nam szeregu podstawowych informacji. Czasami przesuwamy je z tomu na tom. Nie wszyscy recenzenci to rozumieją. Na przykład, dlaczego ks. Chomicki jest w 3 tomie, wybitna postać patriarchy Podola – jak mówiono na niego. Ale to że jest w trzecim tomie, nie umniejsza znaczenia tej postaci.

Ważną rzeczą było również to, że tytuł: „Zostali na Wschodzie”, a nie „Zostali na Kresach”. Wykraczamy poza Litwę, Łotwę, Mołdawię, Ukrainę. Idziemy dalej – do Rosji, na Syberię, do Kazachstanu, do republik Azji Środkowej. Oczywiście, tamtych biogramów jest niewiele, niewiele inteligencji pozostało. Nawiązuję tutaj do tego o czym mówił prof. Stępień – potomkowie zesłańców: prof. Bolesław Szostakowicz, badacz dziejów zesłańców w wyniku powstania styczniowego, potem powstania zabajkalskiego, który odkrył swoją polskość zajmując się tym tematem. Trochę z przypadku zaczął badać swoje korzenie. Rodzina spod Oszmian.

Ważną rzeczą jest ikonografia. Od początku był pomysł, żeby to był słownik, który opisuje te postacie w sposób narracyjny, czyli żeby nie tylko odnotować datę urodzenia, śmierci, wykształcenie, rodzinę etc., tylko za pomocą tych właśnie źródeł narracyjnych pokazać kim byli, więc wykorzystanie korespondencji, wspomnień, relacji świadków. To jest bardzo ważne. Oraz ikonografia. Posłużę się tutaj zdjęciem, które pochodzi od Profesor Krasowskiej, siostry Fiffar z Czerniowiec na Bukowinie. Siostry bliźniaczki, tak samo się ubierały, niewielkiego wzrostu. Bardzo eleganckie panie, które przez lata prowadziły nauczanie języka polskiego w Czerniowcach. Co jest ważnego na tym zdjęciu? To zdjęcie pochodzi z lat 70., one są pod pomnikiem polskich żołnierzy w Rarańczy. To są niesamowite historie. Za pomocą fotografii jesteśmy w stanie opowiedzieć historię. Te zdjęcia są bardzo istotnym elementem.

Słownik Inteligencji Polskiej. Staraliśmy się to określenie zastosować dość szeroko, to znaczy są tu Polacy, ale także są ludzie innych narodowości, pewne wybory są oczywiste – Ormianie, Tatarzy, Karaimi, Żydzi, Białorusini, Ukraińcy. Jest na przykład Antoni Słonimski w trzecim tomie – człowiek, którego można uznać za Polaka, za Rosjanina i za Żyda, bo takie miał korzenie i powiązania. Niekiedy są tam osoby, z rzadka, ale są, które się jasno deklarowały. W trzecim tomie jest Algis Kalėda, wybitny polonista, Litwin. W warunkach państwa sowieckiego Kalėda czy prof. Vladas Drėma, wybitny historyk sztuki, kolega Czesława Miłosza na Uniwersytecie Stefana Batorego przed wojną – ci ludzie w czasach, kiedy opowiadanie się za kulturą polską, robienie czegokolwiek dla kultury polskiej nie było nagradzane. Wręcz przeciwnie, było traktowane jako taki wyskok przeciwko temu co głosi oficjalnie partia komunistyczna.

fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Ciekawa sytuacja, jeśli chodzi o Polaków na Ukrainie. Patrząc na oficjalne statystyki liczba Polaków na Ukrainie maleje gwałtownie. Jak to zestawimy z Polakami Białorusi i z Polakami Litwy, to widać, że tu jest największy ubytek. Natomiast w słowniku naszym zdecydowanie największa liczba Polaków jest opisana właśnie z Ukrainy. Oczywiście, dominuje Lwów. Z przyczyn naturalnych. Natomiast staramy się właśnie wyciągnąć jak najwięcej postaci, które są mało znane, mało rozpoznane. Staramy się dotrzeć do tych ośrodków jakby nieoczywistych, przekroczyć Zbrucz. Tu duża zasługa prof. Strońskiego, opisał kilka postaci z Kijowa czy z tych terenów I Rzeczpospolitej. W trzecim tomie jest opisany organista z Homla Wincenty Łupianin.

Jeśli ktoś lubi filmy hollywoodzkie to w tych biogramach znajdzie tyle sensacyjnych wątków. Te osoby miały niesamowite życiorysy. Przytoczę historię Bronisławy Ejsmont. Na Białorusi mamy na ogół duchowieństwo i nie ma polskiej inteligencji, praktycznie w ogromnej większości wyjechała. Bronisława Ejsmont, absolwentka klasyki na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, wyjeżdża w 1945 r. do niewielkiej miejscowości Soły na Białorusi, gdzie proboszczem zostaje jej kolega ze studiów, jezuita o. Józef Marsander. Ona prowadzi tajne nauczanie dzieci języka polskiego i religii. I teraz rzecz zabawna. Lata 50–60. Nieduża wieś na Białorusi, a Bronisława Ejsmont z Józefem Marsanderem rozmawiają wieczorami na plebanii w grece albo po łacinie. Żeby nikt nie zrozumiał, żeby nie doniósł. Zapytam jeszcze współautorów, gdzie są luki w naszym słowniku, które trzeba wypełnić.

Prof. Helena Krasowska w trakcie prezentacji książek dodała:

– Biogramów zaplanowaliście państwo bardzo dużo. Cieszę się że mogłam zaproponować biogramy z Bukowiny i z Republiki Mołdawii. A także ze Słobody Raszków bohatera, który bardzo dużą rolę odegrał w utrzymaniu polskości i religijności. Zapewne też do Państwa apel, gdyby Państwo wiedzieli o osobie, która jest naprawdę zasłużona, warta uwagi dla przygotowania takiego biogramu, proszę zgłaszać. Lista jest jeszcze otwarta. Pan redaktor mówi, że jest zaplanowanych pięć tomów, ale myślę, że będą kolejne.  Wartością słownika pod redakcją Adama Hlebowicza jest to, że w nim jest dużo biogramów osób, o których nikt by nie usłyszał. Na przykład o Fiffarkach w Czerniowcach, siostrach-bliźniaczkach starsze pokolenie jeszcze pamięta, ale młodsze już nie. Nie wie co one zrobiły dla utrzymania polskości na Bukowinie całej, nie mówimy tylko o Czerniowcach. O ks. Krajewskim jeszcze ludzie pamiętają na Bukowinie, ale już o Ludwiku Markulaku nawet nikt nie wie, że taki był, oprócz małej miejscowości, w której się urodził, uczył polskiego i katechezy. Dziękuję, że również takie osoby znalazły miejsce w słowniku. W kategorii pamięci biograficznej to jest bardzo ważne – zaznaczyła prof. Helena Krasowska.

Podsumowując prezentację książek, prof. Stanisław Stępień, dyrektor Południowo-Wschodniego Instytutu Naukowego w Przemyślu powiedział:

– Jako historycy, jako naukowcy jesteśmy odpowiedzialni za zachowanie pamięci o Polakach, o polskim dziedzictwie kulturowym na wschodzie. Ale to jest też zadanie państwa polskiego jako mecenasa, to jest też zadanie polskiej dyplomacji. Dotychczas nie ukazała się żadna historia literatury polskiej po ukraińsku. Przecież my tu dyskutujemy, że nie wszyscy Polacy znają język polski. Zadaniem polskiej dyplomacji jest także propagowanie kultury polskiej. Dotychczas nie ukazała się całościowa synteza historii Polski. Książka „Historia Literatury Polskiej” Czesława Miłosza w przekładzie na język ukraiński rodziła się przez wiele lat. Osobiście dostałem od Czesława Miłosza prawo do przekładu i do wydania. Ta książka dzięki Fundacji Wolność i Demokracja ukazała się w mikroskopijnym nakładzie 500 egzemplarzy. Czy ci Polacy na wschodzie, którzy nie znają języka polskiego, ci Ukraińcy, którzy chcieliby zainteresować się historią i literaturą polską mają to robić z podręczników rosyjskich? Mówiłem o kilkunastu latach starań o zdobycie pieniędzy na wydanie tej książki, odpowiedź była taka: no przecież Ukraińcy czytają po polsku! Jeśli takie podejście będzie państwa polskiego jako mecenasa do polskiego dziedzictwa kulturowego, to nie chciałbym być złym prorokiem, ale nigdy Polska nie będzie miała deputowanego Rady Najwyższej, który będzie Polakiem albo będzie chciał działać szczerze na rzecz Polski na Ukrainie – zaznaczył prof. Stanisław Stępień.

Polacy na Wschodzie byli i będą

Adam Hlebowicz, fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski

Wywiad z Adamem Hlebowiczem

Skąd wzięło się u Pana tak długotrwałe i głębokie zainteresowanie losem Polaków na terenach byłego Związku Sowieckiego?

Pewne korzenie rodzinne, chociaż na początku nie miało to żadnego znaczenia. Jakieś pierwsze przypadkowe poszukiwanie swych korzeni. Wyjazd pierwszy do Wilno-Grodno-Lida, krótko mówiąc Litwa-Białoruś. Drugi wyjazd – do Lwowa. „Pojadę na Wschód” – powtarzałem w rozmowach. A to były jeszcze czasy Związku Sowieckiego. Zakochałem w tych terenach, a później jakby co raz bardziej świadomie jeżdżąc, badając, pisząc – to było jakby potwierdzenie swoich korzeni. Z wykształcenia jestem historykiem, absolwentem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i w zasadzie już praca magisterska na KULu pod okiem profesora Tomasza Strzembosza poświęcona była ks. Henrykowi Hlebowiczowi. Wtedy nie był jeszcze błogosławiony. W 1999 roku został ogłoszony błogosławionym. A rozwijało się to w dwóch zasadniczych kierunkach. Jedno to Kościół Katolicki w dawnym Związku Sowieckim, a drugie zagadnienie to Polacy na wschód od linii Bugu-San, które już ponad 40 lat poznaję, badam i staram się ten temat maksymalnie poznać.

Jak zachowała się polskość wśród potomków zesłańców na Sybir, gdzie Pan też bywał?

Była zasadnicza różnica pomiędzy czasami carskimi a czasami bolszewickimi, następnie sowieckimi. Polacy byli represjonowani w imperium Romanowych, natomiast na zesłanie jechała elita, szlachta. Ludzie, którzy byli  u szczytu polskiego narodu. Byli to często ludzie zamożni. Ludzie, którzy mieli pieniądze. To istotnie różni imperium carskie od imperium komunistycznego. Nawet gdy byli represjonowani, poza wyrokami śmierci, które też się odbywały zwłaszcza po powstaniu Styczniowym to jednak mogli zarabiać pieniądze, mogli funkcjonować. I to była ta zasadnicza różnica. Kiedy Polak znalazł się w tej diasporze, znalazł się w bardzo trudnych warunkach, ale mógł się wówczas rozwijać. I to też bardzo ciekawy proces przekształcania się warstwy szlacheckiej w inteligencką. Czyli ludzie, którzy nie mieli już ziemi, gdyż często im tę ziemię zabrano, stawali się lekarzami, architektami, leśniczymi, czasami badaczami naukowymi. W ten sposób rozwijali się i tu możemy powiedzieć: wkład polskiej diaspory w rozwój Rosji carskiej, zwłaszcza pod koniec XIX i na początku XX wieku jest nie do przecenienia. To mnóstwo budowli, mostów. Czy to będzie Charków, czy to będzie Kijów, ale to będzie też Irkuck, Krasnojarsk, ówczesne Petersburg, Moskwa – wszędzie tych Polaków odnajdziemy.

Jakie ciekawe momenty pozostały w pamięci ze spotkań z Polakami na Wschodzie?

Polacy, których spotykałem w tych pierwszych latach, mocno zapadli mi w pamięć. To byli państwo Adamscy we Lwowie, to była Irena Sądecka w Krzemieńcu. To był ksiądz Józef Obremski w Mejszagole. To był ksiądz Piotr Bartoszewicz w Żołudku na Białorusi. Spotykałem tych ludzi i podziwiałem ich, w jaki sposób oni przetrwali te ciężkie czasy sowieckie. Jak to było możliwe? Patrzyłem z pewnym podziwem na imponujące biblioteki, które u nich stały. Patrzyłem na przedwojenne wydania książek. To było naprawdę imponujące. Natomiast innych ludzi spotykałem bardzo wielu. Byłem parokrotnie na Syberii. Byłem w Kazachstanie.

Może zadam takie pytanie: czy można być Polakiem nie znając języka polskiego?

Pytanie zasadnicze. Odpowiedź laika by brzmiała: „No jak? No nie. Nie znasz języka to nie jesteś reprezentantem danego narodu”. Tu mamy absolutnie inny przykład. Ludzie, którzy nie mieli jak zachować języka, zwłaszcza w warunkach sowieckich. Nie było szkół, był strach, była obawa. Pamiętajmy, że w wyniku operacji antypolskiej NKWD w 1937-38 latach za sam fakt bycia Polakiem szło się pod ścianę. Mordowano tych ludzi, a w najlepszym wypadku deportowano. Był naturalny strach. W głębi duszy jestem Polakiem, natomiast oficjalnie podam, że jestem Rosjaninem, Ukraińcem, Białorusinem, kimś innym.  Kiedy spotykam takiego Polaka na Syberii, to jak go traktować? Mieszkałem w Tomsku. Przyjechaliśmy TIRem z Gdańska, przez Kazachstan do Tomska. Z tego co wiem był to jeden-jedyny transport, który jechał z Polski z darami dla Polaków na Syberii. Dojechaliśmy do Tomska. Jechało nas trzy TIRy. Dwa pojechało do Kazachstanu. Zamieszkaliśmy we trzy osoby. Przyjęła nas rodzina. Ani słowa po polsku. I ona i on mają świadomość korzeni polskich i tego skąd pochodzą, i pewnej dumy. Gennadij, Giena, Gienio można powiedzieć wyciągnął jakiś stare papiery. Pokazywał. „Patrz, ten stąd pochodzi, ten stąd pochodzi…” I co, powiedzieć, że on nie jest Polakiem, jeśli on się czuje Polakiem mimo tego, że nie zna języka polskiego? To był 1998 rok. W jaki sposób on miał ten język polski poznać? Oczywiste, że wtedy już działały polskie organizacje. To najstarsze pokolenie język znało, to najmłodsze pokolenie chciało się uczyć. Wtedy już była możliwość kształcenia. Ale temu średniemu pokoleniu, które 40-50 lat pracowało, ciężko już z tą nauką. Natomiast ten głos, wewnątrz prawdę mówiący: „Jestem Polakiem. Jestem dumny, że jestem Polakiem” był bardzo mocno słyszalny.

Panie Adamie, może teraz wrócimy do Lwowa?

Przypominam sobie tylko jedną historię zawsze w takich przypadkach. Gdybyśmy chcieli określić jakie miasto dla Polaków było najważniejsze powiedzmy w lipcu 1914 roku, które było nie tylko duchową, ale rzeczywistą stolicą Polski, to był to Lwów. Dlaczego? Bo był stolicą po pierwsze Galicji i Lodomerii, a więc miał tytuł stolicy. Warszawa była prowincjonalnym miastem gdzieś na zachodnim krańcu imperium Rosyjskiego. Kraków z całym szacunkiem nie odgrywał wtedy takiej roli. A Lwów kwitnie. Uniwersytet, Politechnika, Zapolska, Konopnicka, Grottger… Możemy wymieniać i wymieniać te nazwiska. We Lwowie oczywiście bycie Polakiem jest czym innym. Tutaj Polacy od zawsze byli. To Semper Fidelis nie wzięło się z niczego. Oczywiście mieliśmy też bardzo dużą zorganizowaną, zwartą społeczność polską w Kijowie czy w Odessie, ale one, powiedzmy sobie szczerze, przestały istnieć na skutek deportacji ludności, wyjazdów. Jest tych przyczyn bardzo dużo i ci Polacy, którzy są dzisiaj w Kijowie czy Odessie są głównie z diaspory. Ludzie, którzy się przemieścili czy z Galicji, czy z Bukowiny, czy z Wołynia, czy z Podola czy z innych regionów i tam po prostu pojechali za pracą i tam się znaleźli. Rzadko polski kijowianin czy polski odessyta ma te korzenie tam kilka pokoleń wstecz i ta rodzina cały czas w konsekwencji nie mieszkała w tym mieście. We Lwowie jest inaczej. Tutaj te korzenie są bardzo głębokie. Wołyń to wiadomo, sytuacja jeszcze inna. Tragiczna. Polacy byli mniejszością w okresie międzywojennym na Wołyniu. To co się stało w czasie II wojny światowej, w wyniku agresji oddziałów UPA doprowadziło, można powiedzieć do pozbawienia elementu polskiego tych terenów. Ale ci, którzy przetrwali, nieliczni, którzy przetrwali, ale raczej też napłynęli, ci, którzy są dzisiaj na Wołyniu to też jest ludność polska, nie tak liczna, ale napływowa. Więc tu jest zasadnicza różnica, bo człowiek, który ma swoje silne korzenie, gdy ma kilka pokoleń wstecz w jednym miejscu, czuje się mocny. On jest po prostu wrośnięty w to miejsce. Stąd przyczyna, że ileś tych rodów polskich nie wyjechało ze Lwowa. Po prostu nie wyobrażali sobie innego życia. Granice się zmieniają, a ja jestem ze Lwowa. Ja tu muszę mieszkać. Inaczej jest z kimś, kto ma świadomość polską, ma świadomość swoich polskich korzeni, ale się przemieszcza. W XX wieku to nie były wybory tych ludzi. To ich przenoszono, ich deportowano, ich represjonowano. Czy nawet te wyjazdy za chlebem, żeby dostać dobrą pracę. To wszystko ludzi zmieniało. Natomiast to co łączy to na pewno chęć podtrzymywania polskiej tożsamości, swojej tożsamości, języka, kultury polskiej, bycia dumnym z tego, że się jest Polakiem.

Bardzo się cieszę ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego po tym cyklu o Polakach na Białorusi, gdzie już mamy kilka tomów, że uczestniczę też w pracach, piszę teksty do tamtego cyklu, że dyrektor Jan Malicki zaproponował i konsekwentnie wprowadził to w życie, że mamy w tym roku po raz pierwszy tom „Polacy na Ukrainie” i kolejny trzeci o Polakach w krajach bałtyckich. Nie tylko na Litwie, gdzie Polaków jest najwięcej, ale też na Łotwie i Estonii, gdzie ich mniej, ale są. To jest niezwykle ważne. Być może z czasem pojawią się nowe gałęzi – „Polacy w Mołdawii”, ‘Polacy w Rosji”, „Polacy w Kazachstanie”. To są też wielkie tematy, które należy badać.

Dzisiejsza konferencja zaświadczyła też, że potrzebujemy kolejnych poważnych badań naukowych o Polakach na Ukrainie.

Zajmuję się tą tematyką ponad trzydzieści lat. W latach 90. ukazywały takie prace. W ostatnich minionych dwudziestu latach nie ma tak poważnych opracowań. To jest niezwykła zasługa Studium Europy Wschodniej, że przyjeżdżamy na konferencję do Przemyśla i mamy od razu tom. Możemy z czymś konkretnym wyjechać. To oczywiście satysfakcja dla autorów, ale mamy nadzieję, że ta książka trafi do czytelników i ludzie się nią zainteresują. Jest też drugi bardzo ważny aspekt. Sytuacja się zmienia. Wiadomo, jest wojna na Ukrainie. Zmienia się sytuacja Polaków na Ukrainie i o tym przypadku mówimy. To znaczy, że liczba Polaków zmniejsza się. Zmieniają się wezwania. Ale są Polacy. Są następne pokolenia, zatem trzeba to badać i trzeba opisywać co się dzisiaj dzieje z Polakami na Ukrainie w różnych regionach. Chociażby na Zakarpaciu. Dla mnie to było wielkie zaskoczenie, że w ostatnich kilkunastu latach widzieliśmy na Wschodzie Ukrainy tworzące się nowe polskie stowarzyszenia w Berdiańsku, w Energodarze. 2015, 2012. A dlaczego nie. To pokazuje, że sytuacja jest dynamiczna, że się zmienia. Wojna oczywiście narzuciła szereg złych sytuacji dla wszystkich obywateli Ukrainy, w tym dla Polaków i te wezwania trzeba opisywać. Trzeba pisać co się dzieje, co można zrobić, co można zmienić i prognozować sytuację, kiedy wojna się skończy, nastąpi pokój i co wtedy, jak budować polską społeczność tak, żeby ona trwała. Mniejszość to nie jest coś abstrakcyjnego. A niech sobie tam będzie taka mniejszość. No nie. Są ludzie, którzy mają swoje korzenie, mają swoje potrzeby i próbują odpowiedzieć na wyzwania tego czasu, w którym się znajdują.

Dziękuję za rozmowę.

Konstanty Czawaga

Mieczysław Gębarowicz, Wikipedia

Adam Hlebowicz

Instytut Pamięci Narodowej

Gębarowicz i Olszewicz

Fragment z referatu „Fenomen polskich domów we Lwowie w latach 1945-1991”, który został umieszczony w monografii zbiorowej „Polacy na Ukrainie od Powstania Styczniowego do XXI wieku”, tom 1. Studium Europy Wschodniej UW, 2024.

Spośród uczonych polskich pozostałych we Lwowie po 1945 roku szczególną rolę odgrywał prof. Mieczysław Gębarowicz (1893-1984), ostatni dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Była to obecność dyskretna, obecność kogoś kto utożsamiał niepodległą Polskę, wypełniając oficjalnie swoje obowiązki zawodowe, nieoficjalnie zaś gromadząc zbiory, inwentaryzując to, co udało się zachować, przygotowując publikacje naukowe, zachowując postawę niezłomnego Polaka w opuszczonym przez rodaków mieście. Jednocześnie miał jednoznacznie negatywny stosunek do komunizmu i sowieckiego systemu władzy. Profesor mieszkał w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu przy ulicy Dobrolubowa 9, dawnej Senatorskiej. Mimo niewielkich gabarytów obu pomieszczeń gromadził tu jednak wiele zbiorów, bogatą bibliotekę, wiele drobnych przedmiotów kolekcjonerskich, które chętnie zbierał. Nade wszystko w tym lwowskim skromnym mieszkaniu przyjmował wielu gości. Głównie z Polski, odkąd  było to możliwe po 1956 roku, a na większą skalę po roku 1970. Jak wspominał jego uczeń Władysław Szczepański, „drzwi jego mieszkania były zawsze otwarte dla wszystkich, niezależnie od narodowości, przekonań i poglądów”. Wielu polskich uczonych, nie tylko historyków sztuki odwiedzając Lwów, trafiało do mieszkania prof. Gębarowicza, w którym napotykali na rodzinną atmosferę i niezwykłą gościnność połączone z unikalnymi rozmowami. Zazwyczaj takim wizytom towarzyszyły wycieczki po „wiernym mieście”, gdzie profesor był niepowtarzalnym przewodnikiem. Wśród wielu gości lwowskiego mieszkania prof. Mieczysława Gębarowicza, według ustaleń Macieja Matwijowa,  wymienić można m.in. profesorów: Ryszarda Brykowskiego, Olgierda Czernera,, Romana Kaletę, Janinę Kłosińską, Romana Lotha, Stanisława Sławomira Nicieję, Mariana Pokropka, Władysława Sierczyka, Zbigniewa Sudolskiego, Zbigniewa Wójcika, Bożenę Wyrozumską. Oczywiście w tym samym pomieszczeniu odbywały się spotkania i dyskusje z miejscowymi Polakami, czy ludźmi bliskimi polskiej kulturze. Dora Kacnelson, polska historyk, literaturoznawca i sławistka, kiedy w 1966 roku przeniosła się do Drohobycza często odwiedzała Lwów. Tu nawiązała ożywione kontakty z przedwojenną polską inteligencją, w pierwszym rzędzie z prof. Mieczysławem Gębarowiczem. Tak jego samego i atmosferę domu wspominała po latach: „Prof. Gębarowicz w swoim skromnym dwupokojowym mieszkaniu przy ulicy Dobrolubowa (byłej Senatorskiej) telefonu nie miał. Ale co wieczór od siódmej godziny przyjmował wszystkich, którzy chcieli go odwiedzić. Każdy, bez uprzedzenia, mógł przyjść po radę, po informacje archiwalne i bibliograficzne. Poznałam go w 1961 roku. Przyjechałam z zabajkalskiego miasta Czyta, gdzie wykładałam literaturę w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Było to w lipcu. Odwiedzałam codziennie bibliotekę byłego Uniwersytetu im. Jana Kazimierza (obecnie im. Iwana Franki) (…) W dwóch niewielkich salach czytelni dla naukowców było wówczas niewiele ludzi. Profesor siedział przy stoliku niedaleko ode mnie i zauważył, że czytam XIX-wieczny lwowski „Dziennik Literacki”. Duży foliał był bardzo widoczny. Z życzliwym uśmiechem zbliżył się do mnie i spytał skąd przyjechałam i co interesuje mnie w tym piśmie. W czasie tej rozmowy zaprosił mnie do siebie. Przyszłam tegoż wieczora. Drzwi otworzyła doktor filologii, rdzenna lwowianka, Maria Chmielowska. Wiele lat swego życia poświęciła opiece i pomocy domowej dla profesora”.

Dodać należy, że mieszkanie prof. Gębarowicza nie funkcjonowałoby tak sprawnie gdyby nie codzienne dochodzenie i zarządzanie nim przez wspomnianą powyżej dr Marię Chmielowską, przedwojenną pracownicę Muzeum im. Lubomirskich i Bibliotekę Ossolineum, wychowankę profesora.

W swoim mieszkaniu profesor prowadził też szeroką korespondencję, głównie z luminarzami polskiej nauki, ale i z bliską rodziną.  Starannie inwigilowana przez sowieckie służby specjalne, wymagała szczególnej ostrożności w tym, co i jak pisał. Świadomy tych zagrożeń polski naukowiec potrafił jednak ominąć te sidła, choć bolało go niejednokrotnie długie przetrzymywanie listów i kartek pocztowych.

Drugą ważną postacią lwowskiej humanistyki był w okresie powojennym dr Wacław Olszewicz (1884-1974). Ten prawnik, ekonomista i dyplomata, z zamiłowania bibliofil i historyk kultury polskiej, wcześniej związany głównie ze Śląskiem znalazł się we Lwowie w wyniku działań wojennych. Tu podjął pracę w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich. Po 1945 roku mimo wyjazdu córki, a potem żony do Polski, zdecydował się zostać we Lwim Grodzie. Przesądziła o tej decyzji chęć ratowania tutejszych dóbr kultury. W liście do córki pisał w tym czasie: „Karierowiczów i strachajłów, którzy stąd wyjeżdżają, nie myślę bez potrzeby istotnej naśladować”. Choć w kolejnych latach był stopniowo degradowany na coraz niższe stanowiska, pozostał wierny swemu powołaniu. Kontynuował pracę naukową, w całości poświęcając się historii kultury i bibliotekoznawstwu. Do swej śmierci pozostawał w bliskim kontakcie z wieloma naukowcami z Polski, dla których był niezastąpionym przewodnikiem po lwowskich zbiorach przedwojennego Ossolineum. W czasie ich przyjazdów do Lwowa, podobnie jak M. Gębarowicz, służył im jako cicerone. Stał się znawcą lwowskich cmentarzy, aktywnie uczestnicząc w wielu poszukiwaniach zmarłych tu wybitnych Polaków.

Olszewicz od 1945 roku zamieszkał w tzw. Kamienicy sapieżyńskich przy ulicy Ossolińskich 11, po wojnie przemianowanej na ulicę Stefanyka. Pisarz Józef Szczepański odwiedził ten dom pod koniec życia lwowskiego bibliofila.

Wacław Olszewicz, Wikipedia

„Odszukaliśmy pana Olszewicza. Mieszka w sublokatorskim pokoju (wielkie, pewnie kiedyś piękne mieszkanie) wśród stosów gazet i książek, przypadkowych mebli, walizek – prowizorium w oczekiwaniu na koniec życia. Mieszka naprzeciw Ossolineum, przytwierdzony do tego miejsca więzami moralnego zobowiązania (jeszcze 20 000 tomów polskich), które nie jest tylko pięknym symbolem. Ale nadal pełen energii i życia – nawet wesoły. Wodził nas po mieście, zaprowadził do katedry, którą zaprzyjaźniony stary zakrystian otworzył dla nas”.

Spośród innych polskich uczonych pozostałych po wojnie we Lwowie, takich, którzy zachowali swoje przedwojenne domy, wymienić należy m.in. Wincentego Czerneckiego, Przemysława Dąbkowskiego, Adama Kuryłło, Juliusza Makarewicza, Wilhelma Rappé, Gabriela Sokolnickiego. W willi tego ostatniego w Brzuchowicach odbywały się nielegalne kolonie dzieci, pochodzących z polskich rodzin. Willę prof. Makarewicza przy przedwojennej ulicy Mochnackiego 58, po jego śmierci w 1955 roku, przejęło państwo. Wszyscy naukowcy posiadali w swoich domostwach obszerne księgozbiory, pamiątki rodzinne, niekiedy inne cenne przedmioty z przeszłości.

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X