Na marginesie

Na marginesie

Taki tytuł nosiła rubryka na łamach Gazety Porannej.

Ukazywały się tam krótkie felietony o sprawach ważnych we Lwowie, o tym, co poruszało czy bulwersowało mieszkańców miasta. Po raz kolejny możemy zaobserwować dziwną zbieżność problemów z naszymi. Déjà vu! Szkoda tylko, że felietony nie są podpisane nazwiskiem autora. Oto kilka wycinków z roku 1930.

Dziwna nominacja. W związku z przeniesieniem p. Pileckiego, dotychczasowego wicewojewody we Lwowie, na inne stanowisko służbowe, podano z półoficjaInego źródła nazwisko jego następcy. Ma nim być jeden ze starostów wołyńskich, osobistość w Małopolsce zupełnie nieznana, a posiadająca za sobą ponoć studja… technickie.

Nie wątpimy, że wśród tych, którym nie powiodło się ukończyć politechniki, mogli być również ludzie dzielni i utalentowani. Ale od kandydatów na wysokie stanowiska w administracji państwowej wymaga się we wszystkich zachodnich państwach prócz dzielności i zdolności także pewnej i to nawet wcale gruntownej znajomości prawa.

My pozwolimy sobie zająć tu stanowisko odmienne. Trudno nam przyjąć, by z pożytkiem dla służby mógł być nie-prawnik wicewojewodą, gdy funkcja ta wymaga kwalifikacji przede wszystkim rzeczowych. Ponadto pamiętamy o tern, że wobec niejednolitego prawa administracyjnego nawet pewne, zdobyte na Wołyniu „otrzaskanie”, we Lwowie nie przyda się zbytnio. Trzeba będzie albo otoczyć się doradcami prawnymi, albo „improwizować”.

Pytamy: jak długo potrwa jeszcze takie „stawianie fachowców” przez prosty dekret nominacyjny?

No a co dzieje się dziś?…

Antysemityzm (okres-prl.blogspot.onet.pl)

Nowa zima. Niema nic zmienniejszego nad kaprysy aury… chyba jedynie tylko nastroje kobiece. I niema zarazem nic niewdzięczniejszego, jak rejestrowanie jednych i drugich.

Zaczęło się rano od rzadkiego kapuśniaczka, który później przemienił się w mokre krupy śniegowe, topniejące ledwie dotknęły ziemi. Jednem słowem typowa marcowa aura. Ale już koło południa okazało się, że to nie wiosna, ale zima. Śnieg zaczął sypać gęsty, lepki i czepiał się ziemi natrętnie, uparcie, jak gdyby nie prędko miał ją uwolnić ze swych całunów. Ulice stały się białe, a ciągle powiększająca się warstwa śniegu nie dawała wytchnienia dozorcom, odczuwającym na sobie nową regulację ulic – poszerzenie chodników i zwężenie jezdni.

Nareszcie Miejski Wydział drogowy śmieje się złośliwie, że przerzucił swoje obowiązki na barki innych. Ale jeżeli śnieg nie przestanie tak „żartować”, to może okaże się wkrótce, że najlepiej śmieje się ten, kto śmieje się ostatni.

Dozorcy to nigdy nie mieli łatwo. Dziś chyba błogosławią ocieplenie klimatu.

Uruchomienie linii na Wysoki Zamek, 1910 rok (wikipedia.org)

Odgłosy i dysonanse. Przyjazd do Lwowa p. Nachuma Sokołowa i związane z jego pobytem imprezy wywołały wśród ludności żydowskiej objawy, które, obserwując z boku – możnaby uznać za wyrazy najgorętszego entuzjazmu. Nie mamy powodu dziwić się im, już przelotna obserwacja wystarczyła, by ujrzeć w bohaterze tych kilku dni człowieka idei, wysokiej kultury i wybitnej sztuki dyplomatycznej z jaką umiał silę „prześlizgiwać” się po tematach drażliwych lub wątpliwych.

Tem szczególniejszego akcentu nabiera fakt, jaki wydarzył się równocześnie. Oto rozrzucone zostały po mieście ulotki, podpisane przez Radę Naczelną Związku Akademickiej Młodzieży Zjednoczeniowej, a wzywające do „likwidacji syjonizmu” – w imię interesów polskich i interesów żydowskich.

Odezwa powyższa tworzy dość niemiły zgrzyt w nastrojach, towarzyszących uroczystościom ku czci p. Sokołowa. Bo przecież, cokolwiek sądzić o jej motywach – dowodnie stwierdza, że entuzjazm do syjonizmu w samym obozie żydowskim jest poważnie kwestionowany.

Antysemityzm niestety mamy i dziś.

Czy nie możemy temu zaradzić? W szeregu kościołów lwowskich – a w pierwszej linii w Katedrze na dwunastówce i w kościele OO. Jezuitów o godz. 12.30 panuje co niedzieli niesłychane przepełnienie, w skutek czego przy wejściu do kościoła panuje olbrzymi ścisk, który czasem doprowadza do gorszących scen, gdyż ludzie cisną się i potrącają, obdzierają na sobie rzeczy. Przy czym nie brak gorszących słów, nie licytujących z powagą miejsca.

Głównym powodem tego ścisku jest to, że ludzie wchodzą do kościoła i wychodzą tym samym wejściem. Powstają zatem dwie fale, ścierające się ze sobą. Niegodności tych można by uniknąć, gdyby władze kościelne wydały zarządzenie, aby jednemi drzwiami pobożni wchodzili, a drugimi – wychodzili. Jak ma to miejsce w niektórych kościołach w Warszawie. W Katedrze było by to łatwe do przeprowadzenia, gdyż posiada ona dwa boczne wejścia i jedno główne. Podobny porządek można by z łatwością wprowadzić i u OO. Jezuitów.
Chodzi o to, aby ustalić, że do kościoła wchodzimy np. lewa stroną, a wychodzimy prawą, a wtedy we wszystkich kościołach lwowskich uniknęło by się niepotrzebnego ścisku i jego przykrych następstw.

No proszę! Bardzo aktualna propozycja – zorganizować „ruch” w kościele. Niestety nie udało się tego w tramwajach i w świątyniach też się chyba nie uda. Szczególnie, gdy wpychają się wycieczki.

Po skasowaniu jedenastki… Mieszkańcy ul. 29 Listopada proszą P. T. Redakcję o energiczne poruszenie sprawy bardzo nieregularnego kursowania wozów tramwajowych Nr. 4. Dawniej kursowały wozy Nr 4: i 11. Obecnie 11 zniesiono i zamiast czterech wozów 11 dodano dwa wozy 4. Wobec tego, że dzielnica bardzo się rozbudowała i rozbudowuje, ścisk w wozach jest niemożIiwy, a osobliwie między godz. 7-8, kiedy liczna rzesza młodzieży spieszy do szkoły i między 1-2, kiedy wraca.

Czy nie możnaby wówczas dodać wozu dla młodzieży szkolnej? Prócz tego dla zwykłych śmiertelników – nie tramwajarzy – niezrozumiałem jest, dlaczego na końcowej stacji przy ul. Grochowskiej odpoczywają odrazu trzy wozy, gdy na przestrzeni nie ma ani jednego? Dalej, dlaczego na ulicy 29 Listopada na przestrzeni jakich 100 metrów jest tylko jeden tor, wobec czego wozy wyczekują po kilka minut na krzyżowanie.

W końcu dlaczego niema na całej długości ulicy Szymonowiczów przystanku, lecz wozy zajeżdżają na środek ulicy Listopada, błotnistej, śliskiej, nigdy nieczyszczonej i publiczność, wysiadając, musi brnąć po kostki kilka metrów, zanim dojdzie na trotuar. A przecież ulicą Szymonowiczów jedzie tramwaj tuż obok chodnika i możnaby z wozu wysiadać wprost na chodnik.

Okazuje się, że ruch transportu miejskiego zawsze był krytykowany i wymagano jego usprawnienia.

Luksusowy hotel Astoria we Lwowie (astoriahotel.ua)

Smutna pociecha. W związku z monumentalną imprezą Powsz. Wystawy Krajowej wybudowany został – jak wiadomo – kosztem wielu miljonów monumentalny hotel „Polonja”. Wiele podobno osób tam mieszkało, ale te, które mieszkały, rozniosły po Polsce i Europie sławę nieprawdopodobnie wysokich cen.

Potem Wystawa się skończyła, ale hotel pozostał. I tu zaczyna się jego tragedja. Okazuje się, że na 362 pokoji jest stale 250 niezajętych. Szczegół ten nie świadczy jednak o braku bogatych przyjezdnych, ponieważ hotel ich prawie nie widzi, natomiast od dawna wynajmuje pokoje potrzebującym mieszkania za stałym czynszem miesięcznym. Czynsz ów wynosi od pokoju z ubikacją 150 zł. miesięcznie. Równocześnie w samym mieście dostać można łatwo pokój elegancko umeblowany i z telefonem i łazienką za 80 zł.

Dzierżawcy hotelu twierdzą, że taniej dać nie mogą, bo tak wypada kalkulacja. Inni znów podnoszą, że wszystkiemu winien jest magistrat, który zbyt kosztownie budował i pozawierał niekorzystne kontrakty. W rezultacie rajcy radzą, dzienniki piszą, a monumentalny hotel świeci pustką.

Dziś jest to hotel „Astoria”, który też nie należy do najtańszych i stoi przez większość roku pusty.

Bądź dobry! Kiedy spojrzeć – twarze ludzi zasnute szarym dymem pesymizmu i zwątpienia. Wiele jest istotnie przyczyn do zgryzoty i frasunku – niejedno w życiu publicznem domagałoby się gromów jakiegoś nowego „tyrana dusz”, jakiegoś nowego Skargi, a choćby poety, umiejącego wstrząsać sumieniami i przemawiać do serc słowem wymownem, jak to czynili w dobie romantyzmu wieszcze-przewodnicy Narodu.

Ale choćby poza nami było nie najlepiej, dlaczego dodawać do zła zewnętrznego to, co tkwi w nas, co się z sykiem donosi z wężowej jamy naszego wnętrza? Zanika coraz bardziej najpiękniejsza cnota – cnota dobroci. Złość i krzywda włóczą się cieniami za krokiem walki życiowej – to jeszcze można zrozumieć, choć trudno usprawiedliwić. Ale dochodzi do tego, że złość staje się celem samym w sobie – sztuką dla sztuki, złością bezinteresowną.

Spójrz na kobietę, która z obłudnym uśmieszkiem donosi swej przyjaciółce, że mąż ją zdradza… Spójrz na tego młodzieńca, który przed chwilą ściskał dłoń przyjaciela, a pożegnawszy się z nim, przedstawił go w najczarniejszych kolorach przed jego narzeczoną… Spójrz na tego krytyka, którego zjadliwa ślina brudzi kwiaty prawdziwego piękna… Spójrz na tego dygnitarza, który popiera rozmaite miernoty, a niszczy podwładnego, wybijającego się nad poziom przeciętny zdolnościami.

Tak, zanika coraz bardziej najpiękniejsza cnota – cnota dobroci. A przecież ona, okazywana nawet tym ludziom, przekształci ich może, rozpromieni i rozświetli. Słowacki zapytał raz siebie, jak zamienić ludzi w anioły i odpowiedział na to: „Wmówić w nich, że są aniołami”. Propaguje się u nas tyle rzeczy. A gdyby tak wprowadzić także propagandę dobroci?

Uśmiechasz się złośliwie, Czytelniku? Uważasz autora tych słów za „moralizatora, nudziarza i tak dalej?”

Odpowiem ci na to krótko: BĄDŹ DOBRY!

I na tym optymistycznym akcencie kończę ten odcinek przeglądu starej prasy.

Pisownia oryginalna została zachowana.

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 3 (247) 16-29 lutego 2016

X