Lwowski tydzień dla dzieci z Chersonia fot. Fundacja PolandHelps

Lwowski tydzień dla dzieci z Chersonia

W 2022 roku miasto Chersoń przez osiem miesięcy przebywało pod okupacją rosyjską. Ten przyfrontowy teren całodobowo znajduje się pod ostrzałem. Pozostałych tam cywilów na różne sposoby wspierają również organizacje dobroczynne z Polski. Za sprawą darczyńców Fundacji Siepomaga wolontariusze z organizacji PolandHelps zorganizowali tygodniowy pobyt we Lwowie dla grupy dzieci oraz ich mam z Chersonia.

Ołena Komarowa przed wojną pracowała w Chersoniu jako florystka, a teraz jest działaczką organizacji wolontariackiej „Silni, bo wolni”. Była ranna. Jej syn jako żołnierz ukraiński walczy na froncie, a kuzyn służy w marynarce wojennej i broni wybrzeży Dniepru. Putin znów domaga się przekazania obwodu chersońskiego Rosji, a oni chcą by ich kraj został przy Ukrainie.

– Bardzo straszne – powiedziała kobieta. – Boimy się nawet o tym myśleć. To dla nas przerażające. Chcemy wytrwać do końca, ale nie chcemy być pod władzą Rosji. Nie ma mowy. Lepiej będzie jeśli nas wszystkich zastrzelą, ponieważ nie chcemy żyć obok nich. Ale również nie chcemy opuszczać naszego miasta, bo to jest nasze miasto. To my je budowaliśmy. Wszystko tam jest nasze. Tym oddychamy i tym żyjemy.

Nasza organizacja pozarządowa „Silni, bo wolni” to centrum wolontariatu, które zorganizowaliśmy jeszcze podczas okupacji. Wszyscy byliśmy pod okupacją, nikt nie wyjechał. Było bardzo ciężko. Bolesne jest o tym mówić, bo okupacja to coś takiego, że chodzisz z oczami w dół i opuszczoną głową i ciągle czekasz, że ci nieludzie podejdą do ciebie. Bardzo wiele osób zostało zabranych. Nasze dziewczyny i chłopców torturowano w piwnicach. Wielu naszych ludzi przeszło przez to. Gdy nas wyzwolono, gdy nastąpiła deokupacja, zaczęliśmy oddychać, radość była niesamowita. Teraz przywieźliśmy dzieci, żeby trochę odpoczęły od wybuchów w mieście. Jesteśmy ostrzeliwani 24 godziny na dobę. Prawie zapomnieliśmy, co to znaczy położyć się wieczorem i spać do rana. U nas to prawie niemożliwe, bo ostrzały są bardzo silne. Przywieźliśmy tu dzieci, żeby zobaczyły, jak żyje się w innym mieście. Tu też są alarmy, ale tu ludzie uczą się, pracują, mają życie. W naszym mieście, niestety, tego nie ma.

Nasze dzieci widzą bardzo dużo śmierci, bo idziesz ulicą i nagle wybucha pocisk, i już leży człowiek bez głowy, bez ręki. Sama to przeżyłam, bo byłam na dworcu kolejowym, kiedy ewakuowaliśmy starsze osoby. Miałam cztery osoby leżące i trafiliśmy pod ostrzał. Zostałam ranna. Niektóre odłamki nadal są w moim ciele. Nie zostały wyjęte. Było bardzo strasznie. Ludzie leżeli wokół, wszędzie była krew. To bardzo ciężkie przeżycie. Mój syn teraz walczy na kierunku zaporoskim. Mój rodzony brat walczy w piechocie morskiej w Chersoniu. Prawie cała moja rodzina jest na wojnie – kuzyni, siostrzeńcy.

Przyjechałam tu z córką, ma 17 lat. Zorganizowano dla nich warsztaty, wycieczki. Wszystko to ciekawe, fajne, ale już słyszę od dzieci, że wszystkie chcą wracać do domu. Dzięki dobroczyńcom z Polski i Ukrainy przyjechaliśmy tutaj i mamy odpoczynek. Oni przyjeżdżają też do miasta Chersoń i tam nam pomagają. Z Polski dostajemy bardzo dużo pomocy – pieluchy dla dorosłych i dzieci, paczki żywnościowe. Przychodzą do nas ludzie, którym to wszystko rozdajemy. Ewakuujemy ludzi z „czerwonych” stref, do których nawet wojsko czasem nie chce wjeżdżać. Remontujemy okna, naprawiamy dachy. Nasi chłopcy usuwają ruiny.

Jestem florystką, przed wojną moja praca była związana z kwiatami. To moja pasja. Bardzo kocham ten zawód, ale teraz muszę pracować w tym Centrum, bo rozumiem, że trzeba pomagać ludziom. Ktoś gotuje samotnym babciom, ktoś odprowadza je do szpitala, ktoś na miejscu udziela pomocy psychologicznej. Tak żyjemy w mieście Chersoń – żeby mieć czym się zająć, bo inaczej nie da się żyć – mówi Ołena Komarowa.

fot. Fundacja PolandHelps

Dzieci powiedziały, że przyjechały do Lwowa z prawdziwego piekła na Ukrainie.

– W Chersoniu jest bardzo groźnie – mówi Ilona. – Cały czas lata wiele dronów, wiele rakiet, wiele pocisków. Alarmy lotnicze są prawie co pół godziny. Kiedy byliśmy pod okupacją, bardzo baliśmy się, że Rosjanie nagle coś złego nam zrobią. Mój tata jest w Chersoniu, a mama w Polsce.Tutaj we Lwowie jest bardzo spokojnie, alarm lotniczy słyszeliśmy tylko raz. Nie ma takiego zagrożenia jak u nas w Chersoniu.

– Pod okupacją było bardzo strasznie – dodała Daria. – Rosyjscy żołnierze chodzili po ulicach. Było bardzo dużo sprzętu wojskowego. Nigdy nie było wiadomo, co masz powiedzieć. Nie można było mówić po ukraińsku, śpiewać po ukraińsku, protestować, ponieważ mogli cię po prostu zabrać do piwnic. Dlatego taka wycieczka do Lwowa jest nam bardzo potrzebna, ponieważ w Chersoniu mamy bardzo dużo alarmów powietrznych, ostrzałów artyleryjskich, od których można zginąć w każdej chwili. I jeszcze drony. To bardzo przerażające, bo nie wiesz, skąd się pojawi śmierć. Nie wiedziałam, dokąd pójść po zakończeniu szkoły. A w tym kolegium jest bardzo ciekawie. Chciałabym zostać kucharką-cukierniczką.

fot. Fundacja PolandHelps

Tygodniowy pobyt chersończyków we Lwowie został zorganizowany w ramach projektów dziecięcych polskiej Fundacji Siepomaga.

– Działalność naszej Fundacji na Ukrainie zaczęła się od pomocy związanej z wojną i pomocą ofiarom wojny – powiedział Piotr Pażucha z Fundacji Siepomaga. – To był zakup żywności, zakup apteczek czy bandaży, czy medykamentów. Później sprzętu medycznego. Wszystko co dotyczyło pomocy ofiarom wojny. Ale już w 2023 roku zauważyliśmy, że oprócz pomocy tym, którzy wskutek wojny zostali poranieni fizycznie, jest duży obszar potrzeb, jeżeli chodzi o pomoc osobom poranionym psychicznie. I tak się szczęśliwie złożyło, że w jednym z miast w obwodzie charkowskim poznaliśmy grupę ludzi, która już wtedy pracowała na własną rękę z ludźmi. Pomagała miejscowym dzieciom. Zaczęliśmy razem z nimi pracować i to się rozwinęło w kierunku całej grupy projektów dziecięcych. Ten projekt, który teraz robimy, ten obóz dla grupy z Chersonia, to jest jeden z nich.

W miarę tego jak zdobywaliśmy coraz więcej doświadczenia na Ukrainie w czasie wojny, zrozumieliśmy, że coraz ważniejsze jest już nie tylko zabrać tych ludzi ze Wschodu, spod ostrzału na Zachodnią Ukrainę czy do Polski, gdzie oni mogą spokojnie nawet wyspać się, co jest dla nich już dużym plusem, ale jest potrzebna specjalistyczna pomoc psychologiczna. Właśnie ten pobyt dla tej grupy z Chersonia jest pierwszy taki, gdzie już mamy profesjonalnego psychologa i psychoterapeutki. W tym przypadku nie dla dzieci, tylko dla mam tych dzieci. No bo widać, że potrzeby są bardzo ogromne w tym zakresie… Chyba jeszcze trochę za wcześnie, żeby mówić o wynikach, te zajęcia psychologiczne z mamami zaczęły się dzisiaj. Pewne jest to, że panie odblokowały się. Przyjechały z bardzo trudnej sytuacji w Chersoniu, spod ciągłego ostrzału i trochę czasu zajęło, aby w ogóle się otworzyły.

Natomiast widać już wyraźnie, że ta grupa ze sobą żyje, że te dzieci są zdolne do socjalizacji, że ta socjalizacja się dokonuje. Bo to jest tak naprawdę podstawowy problem. Pewnie tutaj, na Zachodniej Ukrainie nie jest taki widoczny, ale tam, w miastach w strefie czerwonej jest bardzo widoczny. Te dzieci najpierw z powodu covidu, teraz z powodu wojny rzadko wychodzą z domu lub wcale nie wychodzą. One są pozbawione normalnych więzi społecznych. No i się otworzyły, bo to widać. Dzisiaj w teatrze widzieliśmy, jak potrafią reagować, czyli już normalne zachowanie widać… Jest to doświadczenie.

Na pewno jest kwestia skali, bo w samym takim Chersoniu, szczerze mówiąc, nie wiem ile obecnie jeszcze ludzi mieszka. Kiedy ostatnio tam byłem, to jeszcze mieszkało około 40 tysięcy, z czego pewnie kilka tysięcy dzieci było. Zabraliśmy na ten krótki wyjazd szesnaścioro dzieci. Nie jest to dużo w skali potrzeb, ale mamy takie podejście, że jak pomożemy nawet jednemu dziecku to skutkiem tej naszej pracy los chociażby jednego dzieciaka się odmieni. Bo na przykład tutaj we Lwowie dziecko zauważy: o, ja bym chciał tutaj uczyć się, chciałbym tutaj mieszkać i znajdzie tutaj swoja przyszłość. I to jest bardzo dużo… Zawsze staramy się, żeby te nasze obozy, już wszystko jedno czy organizowane tutaj czy są organizowane w Polsce, żeby było wiadomo, że to pomaga Polska, że to pomaga polska Fundacja wspierana pieniędzmi polskich darczyńców – mówi Piotr Pażucha z Fundacji Siepomaga.

Już od trzech lat w tych programach dziecięcych uczestniczy Fundacja PolandHelps.

– W tych programach uczestniczyło już ponad sześć tysięcy dzieci ze wschodu Ukrainy – zaznaczył Wito Nadaszkiewicz, koordynator Fundacji PolandHelps. – Generalnie to są obwody: sumski, charkowski, zaporoski i chersoński. Teraz mamy dzieci i matki-wolontariuszki z Chersonia… Było dość trudno ogarnąć kwestie logistyczne, dlatego że w Chersoniu jest bardzo niebezpiecznie. Nie jeżdżą tam już pociągi pasażerskie i nie dało się nawet załatwić jeden większy autokar, który by dowiózł te dzieci i matki do Odessy, skąd już miały wykupione bilety kolejowe. Trzeba było rozbić tę grupę na mniejsze busiki, samochody osobowe, żeby nie zwracać na siebie uwagi Rosjan, których drony ciągle latają nad Chersoniem… A tutaj, we Lwowie, bez wsparcia finansowego Fundacji Siepomaga nie dalibyśmy rady. Grupę z Chersonia zakwaterowaliśmy, zorganizowaliśmy pochód do muzeum, wyjazd w góry, w Karpaty. Za to bardzo dziękujemy tak samej Fundacji Siepomaga, jak i jej darczyńcom, którzy wpłacają swoje darowizny na rzecz Fundacji.

Bardzo się cieszę, że mamy tutaj już zaprzyjaźnione organizacje, muzea, teatry, Operę Lwowską, które dają nam zniżki albo bilety nieodpłatnie, dlatego że potrafią zrozumieć to, co robimy, jaka jest nasza motywacja. Staramy się zaprosić jak najwięcej dzieci i żeby wszystko było naprawdę na dobrym poziomie. Mamy ograniczone środki, dlatego oczywiście próbujemy wykorzystać każdą złotówkę jak najbardziej skutecznie. Bardzo dobrym partnerem jest Kolegium Hotelarstwa i Biznesu Gastronomicznego.

Myślę że dobrze jest, że dzieci z Chersonia przyjechały w takim wieku. Może nie każdy zastanawia się już co będzie robić dalej w życiu i gdzie będzie pobierać nauki. A całkiem możliwe, że ktoś już siebie widzi, że jest chętny przyjechać po skończeniu szkoły do Lwowa. A moim zdaniem, praca w hotelu albo jako kucharz w dobrej restauracji to naprawdę jest dobry, stabilny zawód. Wczoraj dzieci jeździły w góry, do twierdzy Tustań, na wodospad w Kamionce. Bardzo im się spodobało. Wiem, że niektórzy bardzo się interesowali, co to za drzewo świerk. Nawet brali tam jakieś gałązki, żeby zawieźć do Chersonia, bo w ich regionie to drzewo nie rośnie.

Będziemy kontynuować te projekty. Myślę, że będą kolejne wyjazdy i do Lwowa, i do Polski, ale chcemy też robić więcej bezpośrednio tam, na Wschodzie. Żeby nie tylko zapraszać dzieci tu, ale iść z pomocą bezpośrednio tam do nich. Dlatego, że tam to można robić regularnie, co tygodnia, jak na przykład tydzień temu zorganizowaliśmy wielkanocne święto dla dzieci w Charkowie. W bezpiecznym miejscu, w schronie. I tam były warsztaty artystyczne – malowanie, mozaika i wypiekanie tradycyjnych wielkanocnych babek – podsumował Wito Nadaszkiewicz.

Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X