Lato. Czas wyjazdów na letniska i „do wód”. Zasobność kieszeni zawsze dyktowała kierunek wyjazdów i długość pobytów. „Na świeże powietrze”, jak mawiano, wyjeżdżano w letnich miesiącach chętnie, panowało bowiem powszechnie przekonanie, że skądinąd przepiękny Lwów jest pełen dymów i wszelakich niezdrowych zanieczyszczeń, a więc latem należy dla zdrowia koniecznie go opuścić – zwłaszcza dzieci. Wyraz temu przekonaniu dał m.in. dr Emil Habdank Dunikowski, profesor i dziekan Uniwersytetu Lwowskiego, prezes lwowskiego Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika, pisząc w 1892 r.: „Z dymów i przepełnionej mikrobami kurzawy naszej kochanej nadpełtwiańskiej stolicy uciekamy na południe, ażeby choć przez jeden dzień oddychać świeżem, rozkosznem powietrzem górskiem, nasycić się widokiem skał, lasów i kryształowych strumieni, ażeby zebrać wrażenia, których wspomnienie będzie nam osłodą w ciężkich chwilach codziennej pracy naszej”.
W okolicach Lwowa miejscowości letniskowych było sporo, lecz wybierano się też i dalej. Na pocz. XIX w. wielu zamożniejszych lwowian jechało do podwiedeńskiego kurortu Baden, znanego z term siarczanych. Podczas niedawno przeprowadzonej kwerendy w archiwum wiedeńskim i badeńskim ustalono 400 nazwisk kuracjuszy z ziem polskich, w tym i ze Lwowa, którzy zjeżdżali do tego „badu” na przełomie XVIII i XIX w. W 1822 r. kurowała się tu pani Apolonia Hoffmann, żona Georga (Jerzego), właściciela hotelu „de Russie” (późniejszy „George”) we Lwowie. A i sam Georg Hoffmann korzystał kilkakrotnie z dobrodziejstw tamtejszych leczniczych wód.

Jeżdżono też do Marienbadu – zwłaszcza osoby z nadmierną tuszą, mające nadzieję uzyskać podczas pobytu smuklejszą sylwetkę. „Cudze chwalicie, swego nie znacie”…– pisał „Kurier Lwowski” w lipcu 1912 r. „Marienbad to rzeczywiście miejsce przez Boga błogosławione co do natury, chociaż daleko mu pod względem piękności do Zakopanego, Szczawnicy lub Żegiestowa, ale co do upiększenia i uporządkowania praca ludzka doprowadziła go do tak wysokiego stopnia, że kuracjusze odbywają formalnie pielgrzymkę, a pobyt swój wyznaczony na cztery tygodnie, przedłużają jeszcze. Te spacery po lasach, te wygody po drogach, ta czystość po ulicach i willach, ta uprzejmość i grzeczność ze strony właścicieli domów i kupców nagradzają stokrotnie daleką podróż. Łazienki są z komfortem urządzone, a usługa dobra. O życiu wspólnym kolonii polskiej mowy nie ma, bo nie ma na to czasu: tu się chodzi, pije wodę leczniczą, no i piwo pilzneńskie – polityka idzie w kąt. Zaś korespondent lwowskiej „Chwili” w 1923 r. w tonie żartobliwym donosił: Jestem tutaj zaledwie parę dni, a żyję pod złudzeniem, żem ze Lwowa w ogóle nie wyjeżdżał! Znajdziesz tu zatem, kochany Redaktorze, przede wszystkim lwowskich (i w ogóle polskich) lekarzy, którzy tutaj ordynują i zapisują na rano Kreuzbrunn, na południe Waldquelle z płukaniem, cytryną i cukrem (za koron czeskich 1.50! tylko nie przeliczać!!) a na wieczór melanż z Rudolfa, Ferdynanda i Ambrozyusza na zimno lub ciepło. To wszystko razem dobrze zmieszane i należycie wykąpane w borowinie lub wodzie żelazistej ma – tak oni twierdzą – wydać pożądany skutek – o ile zdołasz oprzeć się pokusie w formie niezliczonych kawiarń, restauracyi, handelków i tutejszego Zalewskiego, którego tubylcy Ruppertem zowią. Znajdziesz dalej najrozmaitszych dyrektorów bankowych, naftowych i akcyjno-spółkowych, posłów, senatorów, adwokatów, aptekarzy, kupców, fabrykantów, przemysłowców itp. z żonami i dzieckami. Wszystkich wszędzie spotkać możesz”!
Lwowscy lekarze kierowali chętnie rekonwalescentów po przebytych ciężkich chorobach, szczególnie osoby cierpiące na „choroby nerwowe”, anemię, reumatyzm, choroby układu moczowego i oddechowego do Meranu w południowym Tyrolu. W tamtejszych sanatoriach prowadzono kuracje winogronowe, owocowe i mleczne. Znakomitą opinią cieszyło się „pierwsze polskie sanatorium dietetyczno-leczniczego” dr. Romualda Bindera. Sanatorium otworzone zostało w 1903 r. i już rok później musiano znacznie go powiększyć ze względu na wciąż rosnącą popularność. Lubił tu przyjeżdżać Józef Ignacy Kraszewski, a wiele lat później – na początku lat 20. XX w. kurował się tu Franz Kafka. „Nie masz tu szyku Karlsbadu, przepychu Ostendy, gorączkowych uciech znad Riviery. Nie masz tu ani wielkiego świata, ani wesołej jego połowy (mam tu na myśli półświatek). Nie masz tu jak dotąd przynajmniej wysokich dygnitarzy – nie masz nadętej plutokracji ani w kabłąk zgiętych karjerowiczów – nie masz tu złotej młodzieży, ani głośnych posażnych jedynaczek. Ściągają tu na sezon obecny ludzie pracy i średnich wymagań, złamani na ciele i duchu, którym wypoczynek na ożywczem powietrzu, kuracja winogronowa lub hydropatja zalecone zostały. Ci o przepych i zbytek nie dbają… wystarczy im to, co im siły i zdrowie pokrzepi, a tego Meran nie skąpi” – pisał korespondent „Kuriera Lwowskiego” w 1895 r. Pobyt w Meranie nie był zbytnio kosztowny, a więc ściągał sporo osób spragnionych spokoju i wypoczynku, z których wiele stawało się stałymi goścmi przyjeżdżającymi rok w rok.
Z dziećmi wyjeżdżano na letnie wakacje na wybrzeże Adriatyku do Grado. W przeciwieństwie do Bad Ischl pełnego arystokratycznych gości, do Grado zjeżdżały zamożne rodziny mieszczańskie. Urokliwy kurort na wyspie był też chętnie odwiedzany przez artystów i adeptów sztuk pięknych. Ogromną zaletą Grado była szeroka piaszczysta plaża. Co prawda wstęp na nią był płatny, lecz za to przyjemności nie zbywało. Sezon kąpielowy zaczynał się 15 maja i trwał do 30 września, jednak by skorzystać z najlepszych warunków do klimato- i helioterapii, matki z dziećmi najczęściej przyjeżdżały tutaj już z końcem kwietnia. Zresztą to właśnie od stworzenia tu sanatorium dla „skrufolicznych i rachitycznych” dzieci z Görz i Triestu i doskonałych efektów morskich kuracji zaczęła się popularność miejscowości. W fachowych pismach lekarskich, a potem w prasie codziennej, publikowano regularnie na ten temat informacje. W 1892 r. Grado stało się oficjalnie kurortem.

„Już doktorowie nie pozwalają wiele chodzić i mówić, każą jechać do Szczawnicy. To zły znak, kochany bracie, kiedy zagranicą trzeba zdrowie ratować”– pisał wiosną 1884 r. ze Świadościa na Litwie Edward Tołoczko do Lwowa do brata Lucjana, urzędnika lwowskiego magistratu. Szczawnica znana była dobrze Lucjanowi i jego rodzinie. To tutaj był „na wywczasach” w lipcu 1874 r. z całą rodziną, żoną Konstancją, lwowską modystką, i trójką dzieci. Krakowski tygodnik kąpielowy „Zdrojowiska” odnotował skrupulatnie, że rodzina zatrzymała się w willi „Pałac”, pensjonacie należącym do właściciela zdrojowiska Józefa Szalay’a. Sezon kuracyjny w Szczawnicy zaczynał się w maju. Mieszkania dla letników wynajmowano głównie na miesiąc. Dojazd do uzdrowiska był początkowo skomplikowany, bowiem nie dochodziła tu kolej żelazna i trzeba było podróżować wozami pocztowymi z Krakowa lub Sącza. Dopiero w 1876 r. można było dojechać koleją aż do Starego Sącza, skąd wozem – wygodną ponoć drogą – dotrzeć do Szczawnicy. Podróż trwała „jedynie” 4 i pół godziny. Szczawnica leczyć miała nie tylko ciało ale i „umęczony umysł”. Pobyt „u wód” traktowano jako panaceum na wszelakie dolegliwości. „(…) dusza zmęczona prozą codziennego życia odświeża się tam i młodnieje, i odrętwia, a piękna natura na równi ze świeżym powietrzem i wodami przyczynia się do odzyskania zdrowia” – pisał Henryk Sienkiewicz, który sam był gościem uzdrowiska w 1868 r.
W prasie lwowskiej zachwalano również Żegiestów w Beskidzie Sądeckim, a przede wszystkim jego wodę jako najsilniejszą szczawę żelazistą w Europie; reklamowano kąpiele wodno-gazowe – ponoć silniejsze niż w słynnym Franzensbadzie, Bad Elster czy Kudowie; kąpiele borowinowe i oczywiście kąpiele w Popradzie.
Nie sposób nie wspomnieć też lecznicy dr. Apolinarego Tarnawskiego w Kosowie na Pokuciu, dokąd zmierzali lwowianie dla poratowania zdrowia lub… gnani tam ciekawością bądź modą. „Mnie jest tu bardzo, a bardzo dobrze. Ta kuracya jakby stworzona dla mnie” – pisała zachwycona Helena z Tołoczków Lewandowska jesienią 1912 r. „Żałuję tylko, że spóźniłam się, bo już sezon niedługo się kończy, osób coraz więcej ubywa, więc nie będzie wesoło, a dla moich nerwów dłuższa taka kuracja byłaby wskazanom”. Jarska dieta i atmosfera wyraźnie służyła pani Helenie. Sława lecznicy dr. Tarnawskiego, a może zalety diety wiele lat później zwabiły do Kosowa Halinę Zalewską, fotografkę, córkę znanego lwowskiego cukiernika Ludwika Zalewskiego. Bywali jednak i tacy, którym kuracja taka była nie w smak. Należał do nich m.in. właśnie Ludwik Zalewski, który – niewykluczone że za namową rodziny – był w kosowskiej lecznicy bodajże tylko raz.

Częstym miejscem rodzinnych wypadów na „świeże powietrze” były lwowskie Brzuchowice, letnisko położone w lasach sosnowych, niedaleko miasta. Mawiano o nich, że to „płuca miasta”. W miejscowości można było wynająć wygodne i dość tanie letnie mieszkania bądź też zamieszkać w jednym z pokoi gościnnych otwartego w 1892 r. przez lwowskiego restauratora Wilhelma Breyvogla „Hotelu Centralnego”.
O Morszynie Zdroju i Zaleszczykach napisano już tomy, a więc na koniec tylko słów kilka o innym letnisku – o Synowódzku Wyżnym w powiecie skolskim, przy gościńcu Lwów – Stryj – Skole – Klimiec – na głównym turystycznym szlaku karpackim. Do Synowódzka Wyżnego zjeżdżało się latem liczne towarzystwo. Poetka Beata Obertyńska, urodzona w nieodległej Storożce, wspominała z rozrzewnieniem kąpiele w Oporze. Do przepięknych okolic Stryja, Skolego i Synowódzka wracał swoimi wspomnieniami po latach Kazimierz Wierzyński: „Najbardziej nostalgiczne wspomnienia mam ze szkolnych czasów, z wędrówek na Bubniszcze i Urycz, przez Synowódzko na Paraszkę, pod Kałusz, Dolinę, Wygodę. Nagłe polany w lasach, kiedy z chłodnego cienia wychodzi się na złotą misę kipiących traw, legowiska sarnie z wygniecioną pościółką, dzikie maliny wśród pajęczyn, na których rosa nie wysycha do południa i przełęcze, przełęcze, gdzie wieje mocny wiatr i otwierają się dwa widoki, z prawa i z lewa, spadające w dół, z kucymi wsiami w georginiach i malwach, z dziewanną, z jastrzębiami pod niebem i kwiczołami na jałowcach jesienią. Ach, gdyby można pójść raz jeszcze krętą i żółtą ścieżką, wydeptaną na zboczu przez krowy, albo przez gęste łąki po pas, pod czarne ściany buków i sosen w Karpatach”.
Powietrze w okolicy przepojone żywicą było balsamiczne dla osób chorych na płuca. Z myślą o nich zresztą stworzony został w pobliskim Korczynie zakład wodoleczniczy i „żentyczny”, bo jak twierdzono żętyca świetnie działała w przypadku gruźlicy. W okolicy letnicy mogli popijać z nieujętych źródeł wody o walorach zdrowotnych – żelaziste, jodo-bromowe i siarczane. Na miejscu ordynował lekarz. W samym Synowódzku i innych należących do gminy miejscowościach powstawały pensjonaty i wille do wynajęcia – przeważnie w „szwajcarskim stylu”. Kto chciał, ten mógł wynająć „dom włościański” u któregoś z gospodarujących tu Bojków. W połowie XIX w. wieś liczyła 350 numerów i z roku na rok się rozrastała. W 1894 r. było ich już ponad 500. Wyprawa na „wywczasy” nie trwała zbyt długo – koleją 3 godziny. Bilet w 1894 r. kosztował 1 złoty reński 28 centów – wartość 2 bochenków najtańszego żytniego chleba. Okolica była prawdziwym rajem dla zbieraczy ziół i runa leśnego. A ponoć przy dobrej pogodzie widok był tak daleki, iż dojrzeć można było w dali Wysoki Zamek we Lwowie!

Niektórzy lwowianie – zapewne ci z „głową do interesów” – nie tylko jeździli z rodzinami do Synowódzka „na świeże powietrze”, lecz budowali tam wille, by wynajmować letnikom „umeblowane pomieszkania”. „Na świeże powietrze! W Synowódzku Wyżnem pół mili od Skolego oddalonem, jest wygodne pomieszkanie z umeblowaniem do wynajęcia. Kąpiele rzeczne, stacja kolejowa i poczta w miejscu. Bliższa wiadomość w handlu Władysława Kozłowskiego ul. Gródecka l. 79 c”.
Długo by jeszcze te „bady”, „zdroje” i letniska wymieniać… A co z tymi mieszkańcami miasta, którzy z różnych względów nie wyjeżdżali? Miał na to odpowiedź lwowski poeta Janek Zahradnik:
Wywczasy lwowianina
Każdy się w góry wybiera i lasy,
Jako że czerwiec i lipiec już blisko,
Ale tu można też spędzić wywczasy:
Wszędzie, gdzie lato, tam jest i letnisko.
Jeździć nad wodę? – Jest Żelazna Woda;
Człowiek, tak samo, jak w morzu, w niej chłodnie.
A na południe jechać każe moda?
Lwów o dwunastej co dzień ma południe.
Cóż nam pomogą Rzymy, Krymy, Nice?
Po co nam wreszcie zagranicznych speenów?
Lwów ma od dawna swoją zagranicę:
Pięć minut drogi z Rynku: Zamarstynów.
(maj 1925 r.)
Anna Kozłowska-Ryś
Tekst ukazał się w nr 13 (449), 16 – 25 lipca 2024
