Rok 2025 to szczególny czas dla polskiej literatury i kultury – mija bowiem 130 lat od urodzin we Lwowie Jana Parandowskiego, jednego z najwybitniejszych pisarzy i humanistów XX wieku. Jego bogaty i różnorodny dorobek, pełen klasycznego piękna i głębokiego umiłowania antyku, do dziś jest dla nas bezcennym skarbem. Z tej okazji przypominamy postać autora „Mitologii”, którego dzieła wciąż uczą wrażliwości oraz szacunku do tradycji i wiary w nieprzemijającą wartość kultury.
Lwów Jana Parandowskiego. Część 1
Pośród wielu najwybitniejszych badaczy, znawców i popularyzatorów kultury antycznej Jan Parandowski jest gigantem największym – Merkurym, który przenosi nas cudownie przez czas nad Morze Śródziemne, a także do dawnego Lwowa. Jego liczne i cenne dzieła, napisane urzekającą i piękną polszczyzną, wzorowaną po części na dziełach Cycerona, od dziesiątek lat odkrywają nowym pokoleniom bogaty kulturowo świat starożytnych Greków i Rzymian. Nadal intrygują, wiodą do źródeł cywilizacji łacińskiej i europejskiej, a zatem także do źródeł naszej kultury. Przybliżają nam również dawny Lwów poprzez niektóre jego dzieła związane tematycznie z tym miastem.

Pisarz swą formację duchową i intelektualną, rozwój zainteresowań, rozległą wiedzę zawdzięczał rodzinnemu Lwowowi, w którym przyszedł na świat 11 maja 1895 roku i które później uwiecznił też na kartach swych książek. Jego postać łączy kultury obu narodów – polskiego i ukraińskiego. Jak to często we Lwowie i na dawnych Kresach bywało, serca młodych spajało nagle uczucie bez względu na pochodzenie etniczne i często skomplikowane okoliczności społeczne i religijne. Tak było i z jego rodzicami. Był synem ukraińskiego księdza greckokatolickiego Jana Bartoszewskiego, doktora teologii i profesora uniwersytetu, autora wielu cennych dzieł, i Polki Julii Parandowskiej, kobiety o niezwykłej urodzie i osobowości. Był ich nieślubnym dzieckiem i nosił nazwisko matki.
Rodzina początkowo zamieszkała w mieszkaniu w kamienicy przy ulicy Chorążczyzny 18 (dziś Myrosława Skoryka), a następnie, w 1902 roku, zakupiła dwukondygnacyjną kamienicę przy brukowanej ulicy Domsa 5 (obecnie Piotra Wójtowicza 5). Budynek był nowy, pochodził z przełomu XIX/XX wieku, dobrze wpisywał się w mieszczańską architekturę tej ulicy, której zabudowa była zróżnicowana. Zachował się do dziś i jest dla dziejów naszej kultury zupełnie wyjątkowy, bo był miejscem dzieciństwa, czasów szkolnych, młodości Jana Parandowskiego oraz początków i rozwoju jego twórczości. Przez wiele lat był gniazdem rodzinnym aż dwóch pokoleń Parandowskich.

Miejscem, gdzie pisarz nie tylko dorastał, ale później mieszkał wraz z żoną Ireną z domu Baranowską, po ich ślubie, który wzięli w 1923 roku w kościele pw. św. Marii Magdaleny. Tam właśnie urodziły się i szczęśliwie wzrastały ich dzieci: Anna i Artur. W książce Jan Parandowski we wspomnieniach żony i przyjaciół, opublikowanej po śmierci autora Dysku Olimpijskiego, jego żona tak pisze:
„Dom przy ulicy Domsa 5 był dla nas wszystkim: gniazdem, schronieniem, miejscem, gdzie dojrzewały nasze dzieci, gdzie Jan pisał i ściany nasycone były jego słowem. Z okien widać było kasztany, a wiosną zapach jaśminu wchodził do pokoju, w którym powstawały jego książki.”
W wyglądzie tej kamienicy zwracają uwagę pozostałości modnych pod koniec XIX wieku detali architektonicznych w postaci lwów. Całość ma charakter symetryczny z centralnym wejściem. Z tyłu, jak w innych kamienicach lwowskich często bywało, widoczne są balkony niegdyś wykonane z misternie kutego żelaza. Podwórko, a w zasadzie mały ogród, było miejscem zabaw malca, później ucznia, oraz wypoczynku całej rodziny.

Jan Parandowski wychowywał się w tym domu jako jedynak, a cała miłość i troska rodziny, szczególnie mamy oraz bardzo pobożnej i rozmiłowanej we wnuku babci Marii Bartoszewskiej, skupiły się właśnie na nim. Krystyna Krzyżanowska w książce Jan Parandowski pisze, że jego ojciec, nie tylko świetny teolog, ale i wychowawca młodzieży, kładł duży nacisk na edukację klasyczną i religijną syna, co miało oczywiście przemożny wpływ na jego dalsze życie i twórczość.
Po latach Parandowski wielokrotnie przywoływał atmosferę rodzinnego domu w opowiadaniach i wspomnieniach, głównie w Zegarze słonecznym, uroczej książce o rodzinnym mieście. Nie znajdujemy na jej kartach dokładnych opisów wnętrz budynku i sprzętów w mieszkaniu, tak jak na przykład w Wysokim Zamku Stanisława Lema. Raczej skupiał uwagę na scenach i osobach, fragmentach rozmów, drobnych wydarzeniach, z których tworzył barwną i urzekającą mozaikę.
To tam, jak wspominał w szkicu Przy lampie naftowej – zamieszczonym we wspomnianym dziele – jako mikrus opracował pierwsze w swym życiu „dzieło literackie”. Pisał:
„Nazajutrz była wolna niedziela. Cały wolny czas poświęciłem na składanie i cięcie arkuszy papieru, aż zrobił się z nich spory tom, bo zeszyłem je razem i nawet oprawiłem w starą płócienną okładkę, z której książka dawno uciekła […]. Miała to być moja kronika. Na pierwszej karcie wypisałem rok, nieco niżej datę wczorajszego dnia, a przed nią: ‘Kiedy wieczorem wracałem do domu, widziałem bardzo piękny księżyc za chmurami’. I ów tekst zaopatrzyłem w rysunek, starając się oddać burzliwe zwały chmur i wysuwającą się spod nich tarczę księżyca.”
To w tym właśnie domu wzrastał szczęśliwie, poznawał najbliższe jego okolice, ulice, parki, budowle, świątynie – cały Lwów, chłonąc jego szczególną atmosferę.
To stamtąd rodzice go wysłali do Szkoły Powszechnej im. Stanisława Konarskiego z polskim językiem nauczania. Ten ich świadomy wybór zapewne zadecydował, że stał się w przyszłości polskim pisarzem. W tamtym okresie w wielonarodowym Lwowie istniały także szkoły z językiem nauczania ukraińskim, niemieckim, hebrajskim i ormiańskim. Uczęszczał do wspomnianej szkoły w latach 1902–1905. Mieściła się w okazałym budynku zbudowanym w stylu neorenesansowym przy zbiegu ulicy Leona Sapiehy (dziś Stepana Bandery) z ulicą Wojciecha Kętrzyńskiego (dziś Jurija Fedkowycza).

Po jej ukończeniu i zdaniu egzaminu wstępnego w latach 1906–1913 został uczniem IV Państwowego Gimnazjum im. Jana Długosza, które uchodziło wtedy za jedno z najlepszych nie tylko we Lwowie, ale w całej Galicji. Po latach, w szkicu Wschód słońca zamieszczonym także w Zegarze Słonecznym, wspominał egzamin wstępny do tego gimnazjum, na który zaprowadziła go mama:
„Pamiętam dobrze ten dzień egzaminu w gimnazjum. W wielkiej sali siedzieli chłopcy z różnych szkół, niektórzy w nowych ubrankach, inni w starszych, szkolnych bluzach. Egzaminator, profesor o surowej twarzy, pytał nas z gramatyki i rachunków. Gdy przyszła na mnie kolej, ręce miałem lodowate, ale odpowiadałem spokojnie. Udało mi się – zostałem przyjęty do czwartej szkoły, imienia Długosza, która była moją pierwszą bramą ku światu nauki.”

Szkoła ta mieściła się w budynku przy ulicy Józefa Nikorowicza 2 (dziś ul.Profesorska 2), w gmachu, który zachował się do czasów współczesnych. Jest to okazała, trzykondygnacyjna budowla wzniesiona w stylu eklektycznym na przełomie XIX/XX wieku. Obecnie jest jednym z obiektów Narodowego Uniwersytetu Politechnicznego. Gimnazjum miało charakter klasyczny, to znaczy program nauczania był ukierunkowany głównie na kształcenie humanistów, filologów, prawników i duchownych. Językiem nauczania był język polski, tak jak we wszystkich szkołach średnich w tamtym okresie we Lwowie.
Warto przypomnieć, że stało się to po uzyskaniu przez Galicję autonomii, na mocy której społeczność polska zyskała własny Sejm Krajowy oraz władzę m.in. nad oświatą, szkolnictwem, administracją, gospodarką i kulturą. Język polski stał się wówczas językiem urzędowym, obowiązywał w szkolnictwie ponadpodstawowym i na uniwersytecie. W IV gimnazjum, do którego uczęszczał Parandowski, kładziono nacisk na wychowanie patriotyczne, religijne, znajomość historii Polski, dziejów naszej literatury oraz naukę języków, zarówno antycznych, jak i współczesnych. Uczono greki i łaciny, jak również języka niemieckiego, francuskiego, a na dodatkowych fakultetach języka angielskiego. Absolwenci szkoły znali dobrze grekę i łacinę, jak też posługiwali się biegle w mowie i piśmie co najmniej dwoma współczesnymi językami obcymi.
To w tym gimnazjum, na licznych lekcjach łaciny i greki, Parandowski rozmiłował się w pięknie literatury klasycznej, a szczególnie zachwycił go Platon, Homer i Wergiliusz. Uczniowie szkół klasycznych w Galicji mieli około pięćdziesięciu godzin nauki łaciny oraz około trzydziestu greki tygodniowo. W ciągu dnia przez pięć godzin uczono ich języków obcych. Tak było też w IV Państwowym Gimnazjum im. Jana Długosza. Gimnazjaliści doskonalili przez siedem lat swe umiejętności w tłumaczeniu tekstów z greki i łaciny, poznawali zawiłe zagadnienia filozofii starożytnej, także obie mitologie, fascynowały ich burzliwe dzieje Grecji i Rzymu. W celu unaocznienia wielu wydarzeń znad brzegów Morza Śródziemnego organizowano liczne inscenizacje o tematyce antycznej, na których przedstawiano zarówno fragmenty wielu słynnych tragedii greckich, jak i sceny z Iliady czy Odysei. Brał w nich udział jako aktor także Jan Parandowski, który współredagował też gazetkę szkolną, zyskując w ten sposób pierwsze doświadczenia w umiejętnościach redakcyjnych. Później wspaniale je rozwinął, pracując w lwowskim Wydawnictwie Altenberga.
Paradoksalnie, miał w pewnym okresie kłopoty z uczeniem się greki, która początkowo wydawała mu się mało pociągająca. W 1910 roku miał nawet poprawkę z tego przedmiotu i dopiero w okresie wakacyjnym, przygotowując się do egzaminu poprawkowego, głębiej zanurzył się w gramatykę i słownictwo. Poznał cały urok tego języka, który z czasem stał się mu szczególnie bliski i swoistym „domem” jego myśli.
Po latach w swej fikcyjnej, pięknej powieści Niebo w płomieniach, której akcja toczy się we Lwowie przed wybuchem I wojny światowej, zawarł wiele motywów autobiograficznych. Opisał w niej, między innymi, zmagania nastoletniego bohatera, gimnazjalisty Pawła, właśnie z nauką języka Homera – jego zawiłą drogę od kłopotów w nauce greki, przez problemy z profesorem, aż po fascynację pięknem starożytnej mowy. Inną jego refleksją sięgającą wspomnień z czasów gimnazjalnych są fragmenty esejów zawartych w Alchemii słowa.
Nauka Parandowskiemu szła łatwo, miał „pamięć ejdetyczną”. Potrafił bowiem po jednokrotnym przeczytaniu tekstu klasycznego cytować go bezbłędnie, zapamiętywał dokładnie całe partie nowych słów i fragmenty przeczytanych książek. Gimnazjum, do którego uczęszczał, miało starannie skompletowaną kadrę nauczycielską – wytrawnych pedagogów. Ze sprawozdań szkoły publikowanych co roku wynika, że w klasach, do których uczęszczał Jan Parandowski, greki i łaciny nauczali: Antoni Mudrak, Stanisław Pilch i Emil Urlich – ten ostatni przez jakiś czas pełnił też funkcję dyrektora szkoły.
Ze względu na wysoki poziom wychowania i kształcenia, wielu absolwentów tego gimnazjum przyniosło chlubę nie tylko szkole i miastu, ale odegrało w historii bardzo doniosłą rolę, pełniąc w państwie różnorodne i ważne funkcje. To cała ogromna plejada osób. Wspomnę zaledwie kilku związanych z literaturą i historią literatury: Kornel Makuszyński, Henryk Zbierzchowski, Józef Kallenbach, Juliusz Kleiner, biskup Bolesław Twardowski – nie tylko kapłan, ale i zapomniany dziś poeta.
Warto wspomnieć, że jeszcze w okresie gimnazjalnym Parandowski próbował swych sił pisarskich, publikując w prasie lwowskiej artykuły, felietony o tematyce antycznej i mitologicznej, rozważania o literaturze oraz wiersze, do których tworzenia zachęcali uczniów pedagodzy. To w tym czasie powstał zalążek jego słynnej Mitologii, jednej z najbardziej poczytnych książek w dziejach literatury polskiej. W jednym z późniejszych wywiadów wspominał:
„Już w gimnazjum pisałem dla siebie streszczenia mitów, które mnie urzekły. Te notatki, po latach rozwinięte i uporządkowane, stały się podstawą Mitologii.”
Gimnazjum po latach wspominał z sympatią i wdzięcznością w kilku dziełach: przede wszystkim w Zegarze słonecznym, w Akacje kwitną oraz w Alchemii słowa. W okresie gimnazjalnym nie tylko porywały go lekcje języków antycznych i lektury starożytnych autorów, ale też języka polskiego. Wśród jego uwielbianych lektur znalazł się Pan Tadeusz, Dziady, cz. III Adama Mickiewicza, wiersze Cypriana Norwida oraz dzieła historyczne Henryka Sienkiewicza i Józefa Ignacego Kraszewskiego. Pisał w Alchemii słowa:
„Zajęcia z języka polskiego były dla mnie chwilą najwyższej radości. Otwierały okno na świat piękna, którego nie dawała żadna inna nauka.”
Jakże wymownym jest fakt, o którym wspominał w swoich Szkicach, wydanych w Państwowym Instytucie Wydawniczym w Warszawie w 1968 roku. Był wtedy u schyłku życia, a w eseju Przy porannej świecy, reflektował:
„Wstaję wcześnie rano jak krągły rok. W miesiącach, kiedy jest jeszcze ciemno, zapalam świecę, nie lampę elektryczną, która razi, bo moje oczy nie znoszą zbyt ostrego światła zaraz po przebudzeniu […]. Okazały tom Pana Tadeusza z ilustracjami Gronowskiego ma czcionkę dużą i wyraźną, że nie męczy wzroku przy mdłym płomyku świecy i on mi towarzyszy w tych godzinach rannych, póki słońce nie wzejdzie. Co roku ponad chmurnym listopadowym niebem wracam ‘do tych łąk zielonych, szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych’.”
A dalej wyznaje: „Wszystko, co z Pana Tadeusza, umiem na pamięć, pochodzi z lat szkolnych. ”Trudno o piękniejsze wyznanie miłości do literatury polskiej i geniuszu Adama Mickiewicza. Ale nie tylko autor arcyepopei go fascynował – także jego wielki literacki rywal.
Jak sugestywnie opisał w Zegarze słonecznym chwilę, gdy we Lwowie pojawiło się popularne wydanie dzieł Juliusza Słowackiego w wydaniu Altenberga. Inicjacja tą poezją inspirowała do tworzenia własnej:
„Słowacki pojednał mnie z mową wiązaną i znów z rozkoszą brałem do ręki długą, czarną obsadkę, wybrzuszoną pośrodku, zakończoną piórem Klapsa, które z grzeszną przyjemnością zanurzałem w fioletowym atramencie, wyklętym ze szkoły. Duch poezji nawiedzał mnie zawsze z rana.”
W Zegarze słonecznym opisał też swe pożegnanie z gimnazjum. W szkicu wspomnieniowym Tableau przedstawił, jak po zdaniu matury przygotowywał tableau ze zdjęciami profesorów gimnazjum i absolwentów swego rocznika. Jak długo szukał odpowiedniego atelier! W końcu, po licznych peregrynacjach, zamówił pracę w niezwykłej oprawie w pracowni Trzemeskiego na ulicy Jagiellońskiej. Następnie wspominał z sentymentem i humorem sceny przyjęcia pomaturalnego w jednej z lwowskich kawiarni. Wzięli w nim udział wychowawca klasy, zaproszeni profesorowie i koledzy z jego klasy, poubierani nie w gimnazjalne mundurki, lecz w stroje dorosłych.
Po zakończeniu spotkania ruszyli nocną porą pod gwiazdami przez rynek, mijając lwy, w kierunku kościoła oo. bernardynów, gdy rozlegał się wśród nich znany szlagier: „Bernardyński mijam plac / idzie jakiś graf”. Opowieść o lwowskiej odysei wśród zapalonych latarni gazowych Parandowski zakończył przed witryną księgarni, w której wystawione zostało wspomniane tableau. Maturzyście wydawało się już tylko, że to cudowna brama czasu, zamknięta bezpowrotnie.
Mariusz Olbromski
Tekst ukazał się w nr 20 (480), 31 października – 13 listopada 2025
