„Lubię Lwów, bo niczego przed turystami nie udaje”

„Lubię Lwów, bo niczego przed turystami nie udaje”

Nie pamiętam już, kto powiedział te słowa, ale wiele osób usłyszało je później ode mnie. Nie po to, żeby tłumaczyć nasze krzywe drogi i odlatujące tynki, ale żeby wytłumaczyć coś, co jest prawdziwą atrakcją Lwowa, bo przecież nie chodzi o dalekie echa włoskiego renesansu ani wiedeńskiej secesji, ale o kontekst, w którym to wszystko jest osadzone. Nie pamiętam, kiedy te słowa zostały wypowiedziane, ale musiało to być dawno, gdzieś pomiędzy okresem, kiedy Lwów przestał być już stolicą Galicji, a nie został jeszcze stolicą czekolady, kawy, pączków, sera i wina.  Być może teraz nie zostałyby już wypowiedziane.

Wiele osób podkreślało, że we Lwowie daje się odczuć szczególny genius loci, duch miejsca, który sprawia, że jest ono wyjątkowe.  Na pewno było wyjątkowe dla tych, którzy musieli je niegdyś opuścić i kultywowali lwowskie tradycje na ziemiach, które z przymusu stały się ich nową ojczyzną. Ale okazało się wyjątkowym także dla tych, którzy, często także nie z własnej woli trafili tu po II wojnie światowej. Z przydziału i z przypadku. Miasto nagle zapełniło się ludźmi, którzy dopiero uczyli się żyć w mieście. Nauka była długa i żmudna, a Lwów wymagający. Nie wiem, czy to właśnie genius loci sprawił, że nowi lokatorzy czuli przed Lwowem pewien niewytłumaczalny respekt, czy to fakt, że z góry lwowskich kamienic patrzyła na nich historia, ale przemeblowanie zaczęli nieprędko. Niby wytapetowano to lokum na nowo, ale spod tapet wciąż wyzierało stare i nie dawało o sobie zapomnieć. Coś sprawiło, że nowi aktorzy weszli do opuszczonego teatru i zaczęli grać przerwaną przedwojenną sztukę. Coś sprawiło, że zaczęli udawać, że stąd pochodzą, albo przynajmniej żałować, że tak nie jest.

W ostatnich latach Lwów aktywnie się rozwija i buduje swoją nową tożsamość. Część tych starań wykorzystuje dawne tradycje, choć w innej, nowej, odświeżonej lub tylko przemielonej formie. Całe sztaby ludzi w gabinetach ratusza głowią się, czym przyciągnąć turystów do Lwowa, a działy marketingu niezliczonych kawiarni, restauracji, barów, hoteli, agencji turystycznych myślą, w jakim papierku ten Lwów sprzedać.

I oto zachęcony reklamowym folderem przyjeżdża do Lwowa turysta. I co widzi? Widzi miasto, które krzykliwie i kolorowo opowiada mu swoją historię, a właściwie ją sprzedaje. A po dniu, lub po kilku wyjeżdża chudszy o kilka banknotów, za to objedzony doniecką i belgijską czekoladą, którą popijał kawą w tureckiej kawiarni, nie domyślając się nawet, że dawniej w tym miejscu znajdowała się elegancka restauracja, w której jadali najznamienitsi goście przyjeżdżający do Lwowa.  Piwo pił w tramwaju, który nigdy nie stał na szynach i w hali, która do złudzenia przypominała lwowski rynek. W poszukiwaniu słynnej lwowskiej wielokulturowości przymierzył czapkę ze sztucznymi pejsami, niezauważając tuż obok we framudze drzwi śladu po prawdziwej mezuzie, zrobił zdjęcie obok figury Jana Zeha, przechodząc obojętnie obok apteki, w której tenże Zeh wynalazł naftę, bo trwa w niej niekończący się remont.  Jadł w barze, w którym na ścianie odtworzono z błędami polskie przedwojenne napisy, podczas kiedy oryginalne napisy na fasadach dawnych sklepów giną w czasie kolejnych „jewroremontów”.

Jest takie powiedzenie: To, co wyrzucamy – to śmieci. To, czego nie wyrzucili nasi rodzice, to retro. To, czego nie wyrzucili nasi dziadkowie, to antyki. Lwów miał szczęście, że nie zmiotła go z powierzchni ziemi wojna, że kolejne wojska maszerujące przez miasto nie zdążyły zabrać wszystkiego. Pamiętajmy, że to, co cenne, znajduje się nie tylko w muzeach. Sprzęty z lwowskich mieszkań, tabliczki reklamowe, umywalki z lwowskich podwórek, ba, nawet drzwi obdrapane z farby stają się atrakcją lwowskich kawiarni. To okruchy rzeczywistości, które wiążą nas z miejscem, w którym się znajdujemy. To są przedmioty, które nie opowiadają historii, one są nią. To, co kiedyś było zwyczajne i dla wszystkich, teraz stało się elitarnym towarem, który wychodzi do klienta nawet na ulicę.

Jeśli kupujemy legendę Lwowa, żądajmy towaru najwyższej jakości.

Jest prawem legendy, że nie do końca jest prawdziwa, że wymyślili ją ludzie, że jest w niej tylko ziarnko prawdy. Ale żądajmy tego ziarenka. Żądajmy, aby Ci, którzy nam ten Lwów, zresztą za wcale duże pieniądze, sprzedają, nie wciskali nam podróbek. Popierajmy tych, którzy szanują gości, nie szczędząc swojej pracy i pieniędzy, aby dać im to, co najlepsze. Jeśli chcemy poczuć, że jesteśmy we Lwowie, jedzmy we wnętrzach kamienic, nie chat. I zwracajmy uwagę na to, czy aby w czasie zbyt doskonałego remontu nie załatano wszystkich dziur, którymi ulatniał się genius loci.

„Braty Hadiukiny”, nawiązując do lwowskiej subkultury, śpiewali: „lwowscy batiarzy nie roztrząsali, czy jesteś Żydem czy Polakiem, ważne, żebyś nie był frajerem”. Czego i wszystkim czytelnikom życzę – nie bądźcie frajerami.

Katarzyna Łoza
Tekst ukazał się w nr 6 (178) 26 marca – 15 kwietnia 2013

X