Portret Dołgich
Największymi świętami w Związku Radzieckim były 1Maja (Święto międzynarodowej solidarności ludzi pracy), 9 Maja (Dzień Zwycięstwa) i 7 Listopada (Kolejna rocznica Rewolucji Październikowej). W tych dniach we Frankiwsku odbywały się defilady wojskowe i pochody ludu pracującego. Naprzeciwko hotelu „Ukraina” (ob. „Nadija”) ustawiano trybunę, hotel dekorowano portretami członków Biura Politycznego i KC KPZR.

Pisarz Wołodymyr Jeszkilew wspomina, że za portret Lenina płacono od 700 do 1 110 rubli. Członków Biura Politycznego oceniano nieco niżej. Dobry artysta-malarz mógł namalować portret w ciągu tygodnia i była to olbrzymia praca, bo płótna miały wymiary 2×3 m.
Obwodowy i miejski komitety partyjne nie chciały płacić drogim artystom, członkom Stowarzyszenia malarzy, lecz poszukiwały wykonawców wśród dekoratorów z zakładów pracy. Niektórzy z tych „twórców” pracowali za flaszkę wódki plus wartość materiałów.
Mieli oni swoją technologię – portret był rzucany z projektora na płótno, zaś „mistrz” zaznaczał kontury ołówkiem, następnie wypełniał je kolorami. Nie było to dzieło najwyższej jakości, ale z daleka niedokładności się niwelowały i wszystko wyglądało całkiem znośnie.
Ale tu w 1981 r. coś poszło nie tak. Portret sekretarza KC Wołodymyra Dołgich pobił wszystkie antyrekordy. Czy artysta otrzymał awansem obiecana butelkę, czy za bardzo się śpieszył, ale twarz partyjnego bossa była taka… niby najadł się gówna. W pośpiechu portret zawieszono jako ostatni – nie dano mu nawet wyschnąć. Nocą spadł deszcz i farby spłynęły – twarz Dołgich przybrała końskiego kształtu i stała się jeszcze bardziej potworna.
„Arcydzieło” szybko stało się popularne wśród mieszkańców. Ludzie specjalnie przychodzili pod hotel, aby napatrzyć się na malowidło. Ponieważ nie było je czym zastąpić – Dołgich w tej wersji wisiał do końca świąt.

Był pierwszy
Wielu ludzi śpi i marzy, by trafić na karty historii. Herostrates nawet spalił świątynię Artemidy w Efezie, aby tylko zaistnieć w dziełach wybitnych historyków. I zaistniał. Ale, by tam trafić, nie jest konieczne zepsuć coś wielkiego. Wystarczy, powiedzmy… kłuć się w ciemnej piwnicy, wąchać klej lub łykać prochy. Nie wierzycie? Oto przykład.
W 1994 r. ukazała się książka „Historia Iwano-Frankiwska w chronologii” autorstwa krajoznawców Bogdana Hawryliwa i Zenowija Bojczuka. Pośród wybitnych wydarzeń takich jak nadanie prawa magdeburskiego, doprowadzenie kolei czy budowy teatru, jedna data wprawiła mnie w zachwyt. Cytuję dosłownie:
„1981 – jesienią pracownicy miejskiej milicji na dworcu zatrzymali pierwszego narkomana”.
Możecie sobie wyobrazić, jak przełomowy był to moment w historii naszego miasta. Szkoda, że autorzy nie podali nazwiska tego utalentowanego młodzieńca. Możliwe, że kiedyś wnikliwi badacze będą przeszukiwali w tym celu archiwa miejskiej milicji, by na fasadzie dworca można było uczcić w pełni tego bohatera stosowną tablicą pamiątkową.
Motocyklista bez głowy
Osoba, która opowiedziała mi tę historię, zaklinała się, że wszystko w niej – to czysta prawda. Jeśli nawet tak było, to prawda ta jest makabryczna.
Było to w roku 1981 lub 1982. Wówczas na Pasiecznej mieszkało kilku chłopców. Czuli nudę i postanowili się rozerwać. Ktoś zaproponował, by naciągnąć w poprzek mostu żyłkę i zobaczyć, co z tego wyniknie. W dzień panował tam duży ruch i nie udało się tej żyłki rozciągnąć. Doczekali się zmierzchu i przeciągnęli żyłkę pomiędzy dwoma słupami elektrycznymi przy wjeździe na most od strony Pasiecznej.

Nie czekali długo. Od strony miasta na wielkiej szybkości pędził motocyklista. To on wpadł w pułapkę – kask odleciał w bok, a on przejechawszy jeszcze kilka metrów, upadł. Upadł, bo nie miał kto kierować motocyklem – wraz z hełmem ucięło mu głowę.
Niewykonany projekt
W obw. frankiwskim są jedynie dwa przejścia podziemne dla pieszych – w Nadwórnej i w Broszniowie-Osadzie. Wynika pytanie – czy stolica obwodu nie może pozwolić sobie na taki zbytek? Wszak w niektórych miejscach takie przejście jest bardzo potrzebne. Na przykład, koło targu lub przy dworcu. Powiadają, że próby budowy takiego przejścia w mieście już były.
Pod koniec 1983 r. w Iwano-Frankiwsku pojawiły się trolejbusy. Ten fakt poprzedził cały kompleks prac przygotowawczych: przekładanie linii kontaktowych, poszerzenie niektórych ulic. Ponieważ końcowy przystanek pierwszej linii był przy dworcu – więc i plac przed dworcem równie zmodernizowano.
Wówczas to w gabinetach władzy zrodził się pomysł podziemnego przejścia pod całym placem, by pasażerowie trolejbusu wysiadali na samym dworcu. Zaczęto kopać rów, ale niebawem prace wstrzymano i wykop zasypano. Dlaczego? Z powodu wód gruntowych. Miasto leży u zbiegu dwóch Bystrzyc, więc teren jest wilgotny, zaś wody gruntowe są bardzo blisko powierzchni. Nie mamy szczęścia z geografią. Z drugiej jednak strony, nie mamy takich kłopotów z wodociągami, jakie miał Lwów. Tam podziemnych przejść jest dużo a wodę do niedawna podawano mieszkańcom tylko o oznaczonych godzinach.

List do przyszłych pokoleń
Przechodząc przez most nad torami kolejowymi widzimy w dole pomnik radzieckim żołnierzom. Dwóch żołnierzy Armii Czerwonej zginęło przy wyzwalaniu Stanisławowa i pochowali ich pracownicy fabryki naprawy parowozów. W 1984 r. zrekonstruowano pomnik i wmurowano w jego podstawę kapsułę czasu z listem do przyszłych pokoleń. Metalowa tablica wskazuje: „Otworzyć 27 lipca 2044 r.”.
Wówczas w miecie będzie obchodzona (a może nie będzie) 100. rocznica wyzwolenia miasta spod okupacji niemieckiej.
Ciekawe, co napisali autorzy listu swoim potomkom? Czy przewidzieli rozpad ZSRR, powstanie niezależnej Ukrainy i wojnę z Rosją. W końcu 20 lat to nie tak odległy termin. Poczekamy!
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 13 (449), 16 – 25 lipca 2024


