Zawiłości transliteracji
Iwano-Frankiwsk pozycjonuje się jako miasto turystyczne, a turyści zazwyczaj zatrzymują się w hotelach. Największym hotelem w mieście jest hotel „Nadija” stojący w samym centrum miasta, o kilkaset metrów od dworca. Ma jaskrawo wymalowaną fasadę i widoczny jest z daleka.
Wielka liczba ludzi przechodzi obok niego przez plac Iwana Franki, lub stoi na przystanku naprzeciwko. Większość nie zauważa żadnych zmian w wystroju hotelu, ale one są.
Latem 2016 r. zamieniono logo hotelu. Jeżeli wcześniej był napis po ukraińsku – „Надія”, to teraz mamy łacińskimi literami „Nadiya” i wizerunek złotej kawki – „symbol Galicji i klucz otwierający gościnną duszę IwanoFrankiwska” – jak podaje reklama hotelu.

Po co zmieniono logo? Oficjalną przyczyną była adaptacja dla turystów zza granicy, którzy lepiej przyswajają nazwy pisane po łacinie. Bowiem wcześniej, czytając ukraińską wersję nazwy hotelu określali ją jako „HADIR”.
Fachowa restauracja
Latem 2016 r. poprzedni szef miejskiego wydziału ochrony zabytków Igor Panczyszyn przechodząc ul. Czornowoła zauważył jakieś prace na dziedzińcu prawosławnej cerkwi. Świątynia mieściła się w starej budowli, więc pan Igor zainteresował się zawodowo pracami i podszedł bliżej. Kilku pracowników suszarką usuwało starą farbę z drewnianej zabudowy ganku.

Pańczyszyn zapytał:
– Chłopacy od kogo jesteście? Z pracowni konserwatorskiej czy od firmy budowlanej?
Pracownicy z dumą odpowiedzieli:
– Panie, my od drzewa!

Trzeba przyznać, że swą robotę znali i restaurację wykonali rzetelnie. Z czasem ta historia otrzymała swoje przedłużenie. W tym czasie obiekt zajmowała Ukraińska Cerkiew Prawosławna Moskiewskiego patriarchatu. Kiedyś było tam przedszkole i władze miasta postanowiły je przywrócić, bo wierni wybudowali nową wielką cerkiew przy ul. Dowżenki. Odbył się sąd, który zobowiązał popów do zwolnienia budynku.
Miało być przedszkole, ale wkrótce zaczęto tam budowę bloku mieszkalnego.

Nieco o współczesnej sztuce
Ostatnimi czasami we Frankiwsku pojawiły się murale. Są to olbrzymie obrazy na murach, które artyści nazywają sztuką monumentalną. Niektórych murali społeczeństwo nie rozumie i nie akceptuje. Na tle tych olbrzymich współczesnych obrazów mural, dekorujący ścianę przy ul. Belwederskiej wygląda na starą dobrą klasykę.
W sierpniu 2016 r. miejscowy artysta Roman Bonczuk stworzył portret Iwana Franki z okazji 160. rocznicy urodzin poety. Pod wizerunkiem Kamieniarza umieścił strofy z jego wiersza: „Jestem synem narodu, idącego w górę” i autograf poety. Właśnie z tego podpisu większość mieszkańców dowiedziała się, kogo przedstawia mural. Chodzi o to, że wizerunek poety znacznie różni się od tego, do którego ludzie byli przez lata przyzwyczajeni, a i do starych fotografii niepodobny. Stąd mural otrzymał wśród mieszkańców inną nazwę – „Młody Einstein”.
Dzwonkowska pod płytką
Pewnego słonecznego wrześniowego dnia 2016 r. spotkałem na Skwerze pamięci Wołodymyra Barana. Siedział na ławeczce i grzał się w słonku. Jest to jeden z najstarszych mieszkańców miasta, który pamięta je jeszcze z polskich czasów i jest nieocenionym źródłem krajoznawczej informacji. Miał nastrój do rozmowy i zaczął opowieść o starym cmentarzu, na terenie którego właśnie byliśmy. Jedno jego zdanie utkwiło mi w pamięci:

– Czy wie pan, że nagrobek Józefy Dzwonkowskiej, odnowiony w naszych czasach, stoi nie tam, gdzie miałby być? Jeżeli chce pan, to pokażę, gdzie naprawdę jest jej pochówek.
Józefa Dzwonkowska była panną, w której kochał się Iwan Franko i nawet zamierzał się z nią ożenić – niestety bezskutecznie. Jej postać wspomniana jest w wierszu „Trzykroć zjawiała mi się miłość”, gdzie poeta określił ja jako „dumną księżną”. Zmarła w młodym wieku na gruźlicę, a jej nagrobek został zniszczony przy dewastacji cmentarza. W 2006 r. nagrobek odnowiono z okazji jubileuszu 150-lecia urodzin Iwana Franki.
Naturalnie zainteresowało mnie to. Przeszliśmy obok współczesnego nagrobka z czarnego granitu i poszliśmy dalej, gdzie dróżka się rozwidla. Pan Wołodymyr szedł dróżką, wiodąca do wyjścia ze skweru na ul. Simkajła i stanął za około trzy metry.
– Dzwonkowska spoczywa tu, bliżej lewej strony dróżki – rzekł. – Dobrze pamiętam to miejsce, bo wiele razy je mijałem, gdy chodziłem na randki z dziewczyną, która mieszkała na sąsiedniej ul. Bandery. Była to potężna płyta z szarego piaskowca, która ze starości zapadła się w ziemię. Oprócz Józefy spoczywały tu jej matka i chyba siostra. Gdy na początku lat 1980. cmentarz niszczono, koparkami zniszczono wszystkie nagrobki, ale kości nikt nie ruszał. Otóż, prochy Dzwonkowskiej nadal spoczywają w tym miejscu – pod płytkami dróżki.

Tablica pod deską
W okresie międzywojennym cukiernia stanisławowskiego cukiernika Wołodymyra Skruta była niezwykle popularna. Dziś we Frankiwsku mieszka jego syn, też Wołodymyr. Podczas rozmowy Skrut-junior opowiedział mi interesująca historię.

– Zna pan pewnie ten wysoki gmach na początkach ul Grunwaldzkiej – stwierdził. – Na jego ścianie jest niewielki kawałek sklejki – po lewej od bocznego prawego okna na parterze. Ojciec opowiadał mi, że za Polski była tam jakaś tablica pamiątkowa. Gdy przyszli sowieci, którzy niszczyli wszystko co polskie, mieszkańcy budynku zasłonili tablicę sklejką. Na pewno jest tam do dziś.
W grudniu 2016 r. specjalnie przespacerowałem się na Grunwaldzką. Faktycznie – na gmachu nr 2 jest niewielka kwadratowa sklejka. Co pod nią może być? Ulica swoją nazwę otrzymała w 1910 r., gdy obchodzono 500-lecie bitwy pod Grunwaldem. Budynek stanął o wiele później – w okresie międzywojennym. Polacy czcili zwycięstwo nad krzyżakami, więc całkiem możliwe, że udekorowali początek ulicy stosowną tablicą. Czy zachowała się do dziś – jest tylko jeden sposób to sprawdzić.
Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 3 (487), 13 – 26 lutego 2026
