Legendy starego Stanisławowa. Część 120 Na drugim planie widać bazarek z odzieżą. Zdjęcie autora

Legendy starego Stanisławowa. Część 120

Wypadek na wycieczce

O humorze odeskim chodzą legendy i pewnego razu sam się o tym przekonałem. W 2016 r. oprowadzałem wycieczkę po mieście małżeńskiej pary w średnim wieku z Odessy. Kobieta była inteligentna, interesowała się architekturą, historią miasta, zadawała wiele pytań. Jej małżonek był jej przeciwnością – niewysoki grubasek, słuchał mniej uważnie, stale gdzieś się gubił i podczas wycieczki zdążył trzy razy wychylić po kielichu w okolicznych „nalewajkach”.

Wyszliśmy na ul. Niżową. Gdy opowiadałem o najstarszej łaźni na Ukrainie i karuzeli, prezencie po święcie kowalstwa, jej mąż podszedł do handlarzy odzieżą i raptem zawołał na cały placyk: „Luda! Chodź tu! Szybciej!”.

„Stanisławowską” wódkę dlaczegoś produkują w Czernihowie. Etykietka z kolekcji autora

Sam byłem ciekaw, co on tam takiego zobaczył. Gdy podeszliśmy bliżej, wskazał na długą ladę ze skarpetkami: „Zobacz Luda! Widzisz – pięćdziesiąt odcieni szarego!”.

Alkoholowa nostalgia

Czasami tzw. „mała ojczyzna” daje o sobie znać w zadziwiający sposób. W 2016 r., będąc w Dniepropietrowsku czyli w Dnieprze – jak teraz nazywają to miasto, trafiłem na urodziny. Na stole zobaczyłem butelkę z etykietką „Stanisławowski kielich”. Przedstawiono na niej ratusz, niżej herb Potockich „Pilawa”, a po obie strony – dwóch szlachciców w strojach z XVII w. degustujących okowitą.

– Toż nasza frankiwska wódka – zawołałem, poczym długo wyjaśniałem miejscowemu towarzystwu, że Stanisławów jest tym samym Iwano-Frankiwskiem, tylko że sprzed 1962 r.

Gościom wódka przypadła do gustu i „znawcy” chwalili ją, twierdząc, że Galicja zawsze sławiła się dobrym alkoholem.

Afera wyszła na jaw dopiero pod koniec zabawy, gdy któryś z biesiadników chciał zobaczyć adres producenta podany na etykiecie drobniutkimi literkami. Okazało się, że „Stanisławowski kielich” wyprodukowano w Czernihowie w gorzelni przy ul. Kotlarewskiego 38. Dlaczego producenci z Czernihowa oblubowali sobie stary Stanisławów z Potockimi, pozostało dla wszystkich zagadką.

Ale jednak było przyjemnie!

Miedziany budynek, widok ogólny. Zdjęcie autora

Tajemnica miedzianego budynku

W 2016 r. miasto otrzymało kolejny turystycznie interesujący obiekt. Przy ul. Strzelców Siczowych 30 zbudowano budynek, który od razu zwrócił uwagę mieszkańców i mediów. Pomalowano go na nietradycyjny miedziany kolor, a na fasadzie za dekoracje służyły żaby, lwy, orły, swastyka… Kamienica wywołała niejednoznaczną reakcję. Porównywano ją ze „złotą koronką w utrzymanej dzielnicy”, nazywano artystyczną sałatką i szczytem niesmaku.

Ale zanim wyciągniemy wnioski, trzeba zrozumieć, co chcieli przekazać artyści, pracujący nad projektem. Sztukaterię wykonywał Wołodymyr Dowbeniuk, który tak przedstawił swój zamysł:

– Chciałem pokazać ewolucję od stworzenia świata do człowieka myślącego. Na dolnym szczeblu ewolucji mamy rośliny i żaby, dalej zwierzęta i ptactwo, a potem swastyka jako symbol pogaństwa, powyżej zaś Matka Boska, symbol chrześcijaństwa. Wszystko obraca się wokół Niej. Dziewica Maryja swoim płaszczem chroni ludzkość. Pod Nią przedstawiłem dwa anioły, które tworzą życie i harmonizują prawa bytu.

Lew z miedzianego budynku. Zdjęcie autora

Prawy lew trzyma tarczę z patronem naszego miasta Archaniołem Michałem, przedstawionym w herbie miasta – opowiedział artysta.

Orzeł z miedzianego budynku. Zdjęcie autora

Natomiast kolor budynku wybrał malarz Jarema Stecyk. Powiada, że była to decyzja rewolucyjna, bo ileż można oblepiać fasady kornikiem? Społeczeństwo ma wrogi stosunek do rzeczy niezwykych, ale większość światowych arcydzieł powstawała jako eksperymenty. Oprócz kolorystyki artysta namalował na fasadzie również świątynie i budynki Stanisławowa. Przedstawił synagogę, kościół rzymskokatolicki, grekokatolicką katedrę, kościół ormiański – co wskazuje na wielokulturowość i tolerancję mieszkańców naszego miasta.

Żaba z miedzianego budynku. Zdjęcie autora

Główne przeznaczenie tej kamienicy – to administracyjne centrum z pomieszczeniami dla organizacji społecznych. Na balkonie mamy litery „B. J.” ukrywające inicjały właściciela – Jarosława…

Inicjały właściciela na balkonie miedzianego budynku. Zdjęcie autora

Jest jeszcze jeden interesujący fakt, o którym większość mieszkańców nie wie, chociaż co dnia depczą po nim. Otóż naprzeciwko bramy budynku na chodniku różowymi płytkami wyłożono kontury Ukrainy. Autor tego dzieła, artysta Jarema Stecyk, dołączył do terenów Ukrainy także Kubań, nazywaną przez Rosjan Krasnodarskim Krajem. Mieszka tam wielu etnicznych Ukraińców, potomków kozaków zaporoskich. Dziś te tereny należą do Federacji Rosyjskiej, ale nie na darmo w naszym hymnie są słowa „od Sanu do Donu”.

Mapa na chodniku przed miedzianym budynkiem. Zdjęcie autora

Gdy przywrócimy sobie Krym, będzie dalej nad czym pracować.

Otóż, nie wszystko jest takie proste, jak wygląda na pierwszy rzut oka.

Frankiwsk – miasto europejskie

Większość mieszkańców naszego miasta całkowicie zgadza się z tą tezą. Faktycznie, zachowało się u nas wiele starych kamienic, tworzących niepowtarzalny wizerunek Frankiwska. Jednak od czasu do czasu pojawiają się potworne blizny. Jedna z nich znajdowała się na skrzyżowaniu ulic Gwardii Narodowej i Kurzennego Czornoty. Mowa o niewielkiej austriackiej willi, gdzie na ścianie szczytowej właściciel dokonał tzw. „remontu europejskiego”. Co z tego wynikło, dobrze widać na załączonym zdjęciu.

Bardzo precyzyjnie takich „miłośników staroci” opisał lwowski dziennikarz Wołodymyr Pawliw w eseju „Sichowscy marzyciele”. Sichów – to jedna z największych „sypialni” we Lwowie. Autor opisuje sytuację, w której jak gdyby mieszkańcy Sichowa zaczęli nagle mieszkać w historycznym centrum miasta:

– W swych marzeniach mieszkańcy Sichowa widzą siebie przy pracy: jeden okłada siddingiem obszarpane mury „polskich” kamienic, żeby było jaśniej i czyściej. Inny mocuje na secesyjnej fasadzie kamienicy talerz telewizji satelitarnej i klimatyzator. Jeszcze inny siddingiem okłada balkon art-deco, by zrobić tam sobie dodatkowy pokoik czy komórkę. A ktoś maluje na zjadliwe kolory fragment fasady, by odpowiadało to kolorystyce jego wnętrza.

W samych mieszkaniach robi się naturalnie „remont europejski”, który europejczykom nawet się nie śnił – zamiast starych drewnianych drzwi wejściowych przede wszystkim stawia się metalowe pancerne. Demoluje się wewnętrzne przegródki i stawia się gipsokarton. Zdziera się stare belki stropowe, bo przeszkadzają w klejeniu styropianowych dekoracji. Zdziera się tynk, by wyrównać kąty, by wszyscy widzieli, że zaangażowano dobrego majstra. A potem na to wszystko klei się tapety z morskimi widokami. I – voila, mamy zacisze i porządek.

Stary budynek po tzw. „euroremoncie”. Zdjęcie autora

Prawdopodobnie światopogląd właściciela budynku przy ul. Gwardii Narodowej 11 był analogiczny z mieszkańcami Sichowa. Szkoda tylko, że stara kamieniczka przemienała się w ohydną nowoczesną „euro-coś-tam”.

PS Interesujący jest fakt, że ten artykuł został napisany w 2016 r., a rok później wspomniana willa doszczętnie spłonęła.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 2 (486), 20 stycznia 2025 – 12 lutego 2026

X