Krzyczmy głośniej Statystyki wyszukiwania hasła "Wołyń" w ostatnich 5 latach w Polsce

Krzyczmy głośniej

Jeśli zerkniemy na statystyki Google Trends i sprawdzimy, jak często w Polsce było wyszukiwane hasło „Wołyń” na przestrzeni ostatnich pięciu lat okaże się, że wzrost zainteresowania tym zagadnieniem rośnie regularnie – każdego roku w lipcu. W rekordowym jak dotąd letnim miesiącu 2022 roku (pierwszego roku pełnoskalowej wojny) sięgnął 78 punktów (gdzie 100 oznacza moment najwyższego zainteresowania w danym zestawieniu, a 0 wskazuje, że mamy za mało danych, by podać informacje), żeby później maleć, do 35 przed rokiem.

Czy gdyby nie podsycanie nastrojów antyukraińskich obecny lipiec przyniósłby skok do najwyższych możliwych wartości? Można wątpić. Utrzymująca się od lat tendencja spadkowa musiała dostać paliwo, by wyszukiwanie „Wołynia” stało się większe o 180% w porównaniu z poprzednim miesiącem i o 130%, jeśli spojrzymy na wyniki z ubiegłego roku. Potrzeba zgłębiania tej tematyki pojawiła się znienacka na poziomie 28 punktów dopiero pod koniec maja bieżącego roku, choć w skali minionych dwunastu miesięcy przez długi czas szorowała blisko dna. Z kolei samym pojęciem „rzeź wołyńska” Polacy zaczęli się obecnie emocjonować o 250% bardziej niż w minionym miesiącu i o 160% mocniej, niż przed rokiem. Z niejasnych powodów wcześniej wszyscy spali spokojnie, nie martwiąc się ofiarami sprzed kilkudziesięciu lat.

Zmieńmy teraz czas, jaki nas ciekawi i spójrzmy, co działo się od 2004 roku. Długo internauci w Polsce w ogóle „Wołynia” nie szukali, bo czymże są wskaźniki rzędu 1–3. Chyba wciąż woleliśmy ściągać muzykę z Winampa i rozmawiać przed gadu-gadu. Ale już w 2013 roku, w 70. rocznicę zbrodni wołyńskiej, statystki wybiły do 14 punktów na 100, co w żaden sposób nie dziwi. Chcieliśmy wiedzieć, co się wydarzyło, a szkoły nie oferowały wystarczającej wiedzy. Ponadto Sejm RP przyjął uchwałę, w której zbrodnie UPA określono mianem „czystki etnicznej o znamionach ludobójstwa”, w ten sposób oddając hołd zamordowanym. Słowo „ludobójstwo” też zyskało wówczas na popularności w sieci (68 punktów, z których dwa miesiące później zostanie zaledwie osiem), po czym ponownie wokół tematu zapadła cisza, na długie cztery lata. Gdy jesienią 2016 roku na ekrany kin wszedł film Wojciecha Smarzowskiego zatytułowany „Wołyń”, wyniki Google Trends znów poszybowały do maksimum, po czym drastycznie spadły.

Kolejny skok, do 45, to lipiec 2018 roku, czyli kolejna okrągła rocznica. Obchody upamiętniające historyczne wydarzenia zawsze przyciągają uwagę – wyszukiwanie hasła „Grunwald” również zwyżkuje w każdym lipcu, a w 2010 roku, 600 lat po bitwie z Krzyżakami, Google Trends pokazuje nam 100.

Ukraińców, jeśli wierzyć statystykom, Wołyń nie zajmował w ogóle, aż do końca czerwca bieżącego roku – wtedy odnotowano wzrost zainteresowania o mniej więcej 5000%! Tak, zera się zgadzają. Pięć tysięcy procent.

Statystyki wyszukiwania hasła „Wołyń” w ostatnich 5 latach, Ukraina

Co ciekawe, na przestrzeni minionych pięciu lat hasło „banderowcy” było najczęściej wyszukiwane w Polsce w 2022 roku. Jeszcze w styczniu wskaźnik popularności wynosił 4, by nagle, po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny, zacząć rosnąć i dobić w marcu do 100. Temat Wołynia też wtedy podskoczył w statystykach.

Nie sposób dziś odpowiedzieć na pytanie, co wydarzyło się w głowach Polaków, że powiązali napływ uchodźców wojennych, przede wszystkim osób starszych, kobiet i dzieci, z potrzebą dowiedzenia się, kim byli banderowcy. Kto pierwszy wpadł na pomysł, by odgrzebać negatywny stereotyp? I komu to służyło?

Bo oddajmy Polakom sprawiedliwość – rzeczony marzec to także czas, gdy masowo szukamy informacji o języku naszych sąsiadów, kwiecień 2022 roku przynosi maksymalny wzrost zainteresowania hasłami ukraińskie tradycje i ukraińskie potrawy. Najwyraźniej chcemy się poznać, zrozumieć kim są nasi nowi sąsiedzi, jakie tradycje wniosą do Polski, jaką tożsamość, pamięć historyczną, obyczaje.

Wspieramy ich wtedy, odnosimy się do nich z ogromną życzliwością. Kupujemy masowo ciasta i pierogi od ukraińskich kobiet, które zanim znajdą w Polsce pracę chcą czuć się potrzebne, wartościowe, zarobić na utrzymanie siebie i dzieci, a nie pasożytować. Doceniamy wysiłek, jaki wkładają w odnalezienie się w skrajnie trudnej sytuacji, chwalimy młodzież za to, że za wszelką cenę chce sobie poradzić w obcym kraju i jego systemie nauczania, zwykle bez znajomości języka polskiego.

Były to te same kobiety, które dziś oskarżamy o żerowanie na polskiej opiece społecznej tylko dlatego, że mając schorowaną, starą matkę, albo niepełnosprawne dziecko, nie mogą podjąć pracy w pełnym wymiarze. To też te same dzieci, które dorosły Polak zaatakował w autobusie w Bielsku-Białej. Wykazał się „odwagą” napastując nieletnie tylko dlatego, że mówiły w obcym języku, a jego „postawa” spotkała się z niejedną pochwałą.

Ktoś powie, że to niemożliwe, że to incydent, nie należy się tym przejmować. Otóż sprawa wygląda dokładnie przeciwnie i takie wydarzenia należy nagłaśniać i potępiać. Bo nie jest to jednostkowy przypadek, tylko sytuacja, która została udokumentowana, a setek innych nigdy nie ujrzymy. Sami Polacy nie stanęli w obronie dzieci. Milczeli. Dali przyzwolenie dla agresji. Opowiedzieli się po stronie kogoś, kto pod innym pretekstem mógłby być zagrożeniem dla ich dzieci – bo miałyby rude włosy, okulary, brzydkie w jego ocenie spodnie.

Przemoc w takich przypadkach nigdy nie ma uzasadnienia, zawsze jest przejawem nienawiści. Nie można kogoś sprowokować samym faktem swojego istnienia – to tak, jakby tłumaczyć gwałciciela tym, że obok niego przeszła kobieta i nie powstrzymał się przed napaścią. Tymczasem Polacy znaleźli już mnóstwo sposobów, by „objaśnić” zachowanie agresora. Mówią o prowokacji, bo to dziewczynki były winne i śmiały się Polakowi w twarz (czemu zaprzeczył Hubert Maślanka, prezes MZK w Bielsku-Białej). O tym, że nie ma pełnego nagrania, bo jest zmanipulowane. O ukraińskich chłopcach (tak dla równowagi) kładących buty na siedzenia w komunikacji miejskiej. I piszą o domniemanych atakach ukraińskich dzieci na placach zabaw (niech pierwszy rzuci łopatką ten, kto nie próbował zabrać komuś wiaderka lub foremki!).

Oczywiście nikt nie ma żadnych dowodów na takie sytuacje, za to rodzą się teorie spiskowe, w myśl których kamery monitoringu nigdy nie nagrywają agresji ze strony Ukraińców. Co bieglejsi w sztuce propagandy zaczynają snuć przypuszczenia, że chodzi o sprowokowanie w Polsce wojny domowej i przejęcie majątków po zabitych obywatelach.

Wszystkie te komentarze pączkują, są powielane w sieci. Z pomocą kłamstw z ofiar robimy przestępczynie. Z napastnika pokrzywdzonego. I dowiadujemy się, że we wszystkim tym jest jeszcze jedno dno, trudno policzyć które – ktoś chce zdyskredytować Polaków i zrobić z nich zwyczajne szuje, a jesteśmy przecież takim cudownym narodem.

Jak podaje portal Demagog.pl tylko między kwietniem a lipcem 2025 roku w polskojęzycznym Internecie pojawiło się 94000 antyukraińskich wpisów o zasięgu ponad 32 mln kontaktów. Część z nich opublikowano na oficjalnych profilach polityków i partii.

Portal Onet.pl informował w październiku 2025 roku, że według policyjnych statystyk w ciągu dwóch lat o ponad połowę wzrosła w Polsce liczba gróźb karalnych wobec Ukraińców, o ponad 70% liczba przypadków znęcania się, a o ponad 66% napaści, której źródłem była ksenofobia, rasizm lub nietolerancja religijna.

Według raportu Związku Ukraińców w Polsce, przygotowanego w ramach projektu „Monitoring mowy nienawiści”, liczba „zarejestrowanych w prokuraturze postępowań o przestępstwa motywowane uprzedzeniami stale rosła”, z „około 40 spraw rocznie w 2007 r. do 1940 spraw rocznie w roku 2024 roku”, ale zaledwie 18% z nich skierowano do sądu.

Systemowe, ciche i głośne przyzwolenie na takie postępowania jest skutecznie podsycane przez Rosję. Oczywiście nie możemy przerzucić całej odpowiedzialności za ataki na obcokrajowców w Polsce na Moskwę – z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy przyjąć, że żadnego z Czytelników nikt by nie namówił do takich zachowań. Ale w każdym społeczeństwie istnieje potencjał, który można wykorzystać. Są nim przede wszystkim ludzie, którzy wierzą w teorie spiskowe, bezrefleksyjnie podchodzą do każdej informacji, ponieważ brakuje im kompetencji do weryfikacji przekazu – jeśli już „sprawdzają” wiadomości, robią to nie w niezależnych źródłach, a takich, których przekaz pokrywa się z ich poglądami. Obca agentura nie musi nawet inwestować pieniędzy w kreowanie określonych postaw i poglądów. Te masy internautów powielających fejkowe informacje robią wszystko za nich. Wystarczy, że ktoś będzie natrętnie powtarzał odpowiednio spreparowany przekaz, aby zgodnie z tezą Lenina stał się prawdą.

Dziś negujemy wszelkie autorytety, uważamy naukowców za ludzi opłacanych przez tajemne siły, za to naiwnie wierzymy tym, którzy głośno krzyczą. Nauczyli nas tego przez lata również politycy, odnosząc się bez szacunku do nauczycieli, akademików, wskazując wrogów wśród obcych. W tej sytuacji młode pokolenie nie ufa pani czy panu w szkole, wyśmieje wykładowcę, ale chętnie wysłucha jutubera, który powie, kto jest winien temu, że nastolatek nie może kupić wymarzonego modelu smartfona.

Jeśli za jakiś czas dojdzie do eskalacji przemocy, a wszystko ku temu zmierza, ci sami politycy, którzy na historii i nienawiści chcą zbić kapitał przed kolejnymi wyborami, staną przed kamerami i powiedzą, że nie ma zgody na śmierć, okaleczenia, wrogość. Wyrażą zdumienie, jak mogło do tego dojść, zaczną pytać, kto zawinił, obwinią przeciwników politycznych. Nie zająkną się o tym, że winni są oni sami.

Dziś jeszcze jest czas, by na trudnej wspólnej historii wybudować nie mur, ale pomost. Przypomnieć, że potomkowie morderców nie są złymi ludźmi, że przepraszają za błędy dziadków i ojców. Że potomkowie ofiar mogą nauczyć się trudnej sztuki wybaczania, bo przecież dziś wszyscy jesteśmy tacy sami. Słuchamy tej samej muzyki, oglądamy filmy nakręcone w Stanach Zjednoczonych, nosimy dżinsy z importu i kupujemy szmelc na chińskich platformach. Więcej nas łączy, niż dzieli. Tylko ktoś powinien o tym mówić coraz głośniej, żeby przekrzyczeć tych, którzy kłamią.

Agnieszka Sawicz

 

Prof. dr hab. Agnieszka Sawicz pracuje na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a z Kurierem Galicyjskim współpracuje od 2009 r. Zajmuje się historią współczesnej Ukrainy, polityką rosyjską i z pasją śledzi wszelkie fałszywe informacje. Lubi irlandzką muzykę, gorzką czekoladę i górskie wyprawy. Od 2013 r. jest też etatową wiedźmą, autorką ukazujących się w wirtualnej przestrzeni „Zapisków Wiedźmy”.

X