Kobieta zawsze aktualna

Kobieta zawsze aktualna Szpital Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu (isbzdrowie.pl)

„Przekrój” już się chyba państwu znudził, wiec sięgnąłem głębiej pod stelaż i wydobyłem rocznik „Kobiety i Życia” z 1977 roku. Zadziwiające, ale znalazłem rzeczy na tyle aktualne, że aż dziw…

Numer z początku listopada pisze o niezwykłym pomniku – Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu pod Warszawą. Historia powstania Centrum Zdrowia Dziecka sięga lat 60. XX wieku, kiedy to pisarka Ewa Szelburg-Zarembina zaproponowała upamiętnienie wszystkich dzieci zabitych podczas II wojny światowej szczególnym pomnikiem – budową szpitala pediatrycznego. J. B. relacjonuje z tego nowego ośrodka zdrowia…

Szpital-pomnik
W czasie II wojny światowej zginęło 13 milionów dzieci. Ta tragiczna statystyka obejmuje 2 miliony 200 tysięcy dzieci polskich. Wszystkie narody świata stawiały pomniki bohaterom tej wojny. My pomyśleliśmy o pomniku dla dzieci. Wiadomo było, że nie może to być pomnik zwyczajny, taki sam, jakich wiele na ulicach i skwerach różnych miast. Zdecydowano wspólnym wysiłkiem zbudować coś, co będzie symbolem zwycięstwa życia nad śmiercią. Przed kilku laty w Międzylesiu koło Warszawy zaczęto budowę Centrum Zdrowia Dziecka.

Pracownicy polikliniki noszą niebieskie i różowe fartuchy. Dzieci oczekująco na wejście do gabinetu bawią się zabawkami w pokojach dziennego pobytu, w niczym nie przypominających szpitalnych poczekalni. Barwnie tu i wesoło. Taki ma być cały szpital.

15 października o godz. 6.20 rodzice przywieźli dwuletniego Pawełka Haupe ze Zdzieszowic, po nim przyjechała Beatka Janas z Radomia, dwie siostry Danielakówny ze wsi Bratjan w woj. toruńskim i Robert Podszciański z Lublina. Ta piątka zapoczątkowała rejestr pacjentów. Kiedy miesiąc później odwiedziliśmy Międzylesie w rejestrze figurowało już ponad 600 nazwisk.

Na razie czynna jest poliklinika, czyli zespół specjalistycznych przychodni diagnostycznych i laboratoriów. Kupiono z darów, lub otrzymano w darze i zgromadzono tu najnowocześniejszą aparaturę medyczną. Sprzęt unikalny nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Umożliwia on dokładne zbadanie pacjenta, ustalenie rozpoznania i metod leczenia. Pediatrzy kierują do Centrum dzieci z wadami genetycznymi, z zaburzeniami endokrynolo¬gicznymi, z chorobami serca, przemiany materii i innymi ciężkimi schorzeniami – na przebadanie i konsultację u wybitnych specjalistów. W budowie jest druga część CZD – kliniczna – z 13-piętrowym gmachem szpitalnym, hotelem dla rodziców i dzieci, które nie będą wymagały hospitalizacji oraz część rehabilitacyjna, gdzie znajdą się baseny zabiegowe, sale ćwiczeń, gabinety fizykoterapii itp. Całość ma być gotowa w początkach 1979 r. – zbiegnie się to z rozpoczęciem Międzynarodowego Roku Dziecka proklamowanego przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych. Sekretarz Generalny ONZ dr Kurt Waldheim uznał, że będzie to nie tylko najgodniejsze uczczenie obchodów, ale również pamięci 13 milionów dzieci, którym wojna odebrała życie.

Dzięki ofiarności naszego społeczeństwa na koncie Centrum mamy dziś blisko miliard złotych – nie licząc darów z zakładów pracy, kopalń, hut, spółdzielni pracy i osób prywatnych. Dotacje, sprzęt medyczny i urządzenia płynęły też z różnych stron świata. Ich wartość to ponad pięć milionów dolarów, nie licząc wpłat w różnych walutach, których na koncie mamy ponad 6 milionów w przeliczeniu na dolary amerykańskie. Konto Społecznego Komitetu Budowy Szpitala – Pomnika Centrum Zdrowia Dziecka nie jest zamknięte – wciąż wpływają nowe dary. Teraz ogromnie ważną sprawą jest jakość pracy przedsiębiorstw i ekip budowlanych. Od tego zależy kształt ostateczny szpitala – pomnika, w którym mają odzyskiwać zdrowie mali pacjenci z Polski i ze świata.

W latach mego dzieciństwa nie było tabletów i smartfonów. Dzieci poznawały świat z takich pism, jak „Miś” czy „Płomyczek”. O „Misiu” w jego 25-lecie pisze w „Kobiecie i Życiu” Włodzimierz Barchacz…

„Miś”
Uczyć małe, paroletnie dziecko właściwie patrzeć na świat, pobudzać jego wyobraźnię i zainteresowania, zachęcać do twórczej zabawy, rozwijać umiłowanie piękna, wreszcie – co przecież istotne – wyczulać na dobro i zło – to zadanie jakże ważne, odpowiedzialne, no i niełatwe. Przychodzi z pomocą w spełnieniu tych zadań, wychodzący od 25 lat dwutygodnik „Miś – Przyjaciel Najmłodszych”.

Ideę i koncepcję wydawania pisma dla dzieci w wieku przedszkolnym opracował w 1957 roku Stanisław Aleksandrzak, ówczesny (jak i obecny) redaktor ,,Płomyczka”, jednego z siedmiu czasopism dziecięcych i młodzieżowych wydawanych przez Instytut Wydawniczy ,,Nasza Księgarnia”, koncepcję graficzną stworzył Zbigniew Rychlicki.

Od początku swego istnienia po dziś dzień twórcami kształtu pisma – obok, oczywiście, kilkuosobowej redakcji – jest duże grono współpracowników. Znane są dzieciom nazwisko wieloletniego redaktora naczelnego „Misia” Czesława Janczarskiego, a także takich piszących literatów jak Wanda Chotomska, Helena Bechlerowa, Ludmiła Marjańska. Pracowali i pracują dla najmłodszych tacy graficy, jak Zbigniew Rychlicki, Maria Sołtyk, Bożena Truchanowska i wielu innych. Przypomina też „Miś” czytelnikom utwory klasyków literatury m.in. Aleksandra Fredry, Jana Brzechwy, Juliusza Słowackiego, Marii Konopnickiej, Kornela Makuszyńskiego, Juliana Tuwima, czy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Oprócz prowadzenia czasopisma, zespół redakcyjny często spotyka się z dziećmi w przedszkolach i bibliotekach, w mieście i na wsi. Spotkania te dają nie tylko pożytek dzieciom, ale – chyba przede wszystkim – samemu „Misiowi”, sprawdza się bowiem w ten sposób przydatność pisma, konfrontuje jego treść i formę z aktualnymi potrzebami małych odbiorców.

Warto odnotować, że w 1977 r. „Miś – Przyjaciel Najmłodszych” otrzymał Medal Komisji Edukacji Narodowej, a w tym roku, w Międzynarodowym Dniu Dziecka, redakcja otrzymała Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za wprowadzanie dzieci w świat literatury i plastyki.

Należy więc życzyć „Misiowi”, aby tak jak dotąd, pełniąc swą niebagatelną wychowawczą rolę, umilał życie naszym najmłodszym.

Maja Markusz przedstawiła reportaż o artystce z USA…

Rozstania i Powroty
Anna Aniela Adamska jest artystką – plastyczką. Urodziła się i mieszka w USA, ale już przed wojną była członkiem Polskiego Towarzystwa Artystycznego – w okresie prezesury Wojciecha Kossaka. Brała udział w wystawach organizowanych w „Zachęcie” i w krakowskich Sukiennicach. Obecnie jej twórczość nie jest u nas znana. Eksponuje swe akwarele i obrazy olejne w różnych miastach Stanów Zjednoczonych, zdobywa nagrody na dorocznych wystawach prac polskich plastyków żyjących w Ameryce.

Ostatnimi laty razem z mężem dość często przyjeżdża do Polski, do jego rodziny. Wiele czasu spędza wówczas w galeriach, muzeach, na wystawach. Nie rozstaje się także z paletą i pędzlami – maluje pejzaże, zabytki architektury, kwiaty, ukochane Tatry… Te „polskie obrazy” prezentuje za oceanem i cieszy się, gdy któryś uzyska wysoką ocenę krytyki. Swoje prace pozostawia też w Polsce.

Państwa Adamskich spotkałam w Warszawie, gdy szykowali się do kolejnego „skoku przez ocean”, już za dwa dni wyjeżdżali. W ich życiu wiele było rozstań i wiele powrotów do ojczyzny. Obydwoje urodzili się w Ameryce, lecz spotkali, poznali i pokochali w Warszawie. Był rok 1934. Anna Aniela – absolwentka szkoły malarskiej w Baltimore, stypendystka uczestnicząca w rocznym kursie wiedzy o Polsce, przyszła na spotkanie w międzynarodowym klubie studenckim. Był tam też student medycyny Bruno Adamski, który w 1920 r. jako dwunastoletni chłopak powrócił z rodzicami do niepodległej ojczyzny. Młodzi – jak to bywa – od pierwszego spojrzenia przypadli sobie do serca. Anna Aniela skończyła kurs i musiała wracać do Ameryki, gdzie żyli jej rodzi¬ce – emigranci z Lubelskiego. Nie minął rok, a Bruno pojechał do dziewczyny, pobrali się i powrócili do Warszawy. Urodziła się córka. Dali jej na imię Elżbieta-Klementyna. I kto wie jak potoczyłyby się ich dalsze losy, gdyby nie wybuch wojny. Z rocznym dzieckiem udało się im wyjechać do Ameryki, do Baltimore, gdzie mieszkała matka Anny.

Od paru lat pani Anna jest na emeryturze. Cieszy się, że wreszcie może robić to, co najbardziej lubi. Odrzuciła nawet propozycję wykonaniu projektu dla uniwersytetu, choć komputer wskazał ją jako specjalistkę. Woli malować. Pan Bruno nadal przyjmuje pacjentów. Ich córka zrobiła doktorat z zakresu nauk prawniczych i uniwersytecki dyplom wydziału muzycznego. Ma dwoje dzieci.

Od pewnego czasu, gdy tylko zbliża się lato, wnukowie widzą, że babcia i dziadek stają się jakby bardziej ożywieni, podnieceni – szykują się do kolejnych odwiedzin ojczyzny. Jadą do Warszawy, do Zakopanego, do rodziny, która tu na nich czeka. Po paru tygodniach – znowu powrót do najbliższych, tam w Ameryce żyjących. Tak się bowiem złożyło, że ich tęsknota niejedno ma imię… Zapewne zna to uczucie wielu innych Polaków, których losy rzuciły w różne strony świata.

Ewa Krasnodębska zabrała nas na wycieczkę po Manhattanie, najbardziej prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. A teraz w niektóre jego dzielnice jeździ się na wycieczki w asyście uzbrojonego przewodnika…

Manhattan – główna nowojorska dzielnica na wyspie w kształcie trapezu; skała – owa sławna skała kupiona od Indian przez europejskich spryciarzy za dwadzieścia parę dolarów.

Niegdyś miasto nazywało się Nowy Amsterdam i zajmowało jedynie południowy cypel skały. Z czasem nazwę cypla przekształcono na Nowy Jork. Później miasto podpełzło pod dzisiejszy Park Centralny na połowę długości wyspy. Aż wreszcie rozlało się na całą wyspę i skończyła się możliwość rozbudowy Nowego Jorku.

Powstawały natomiast osiedla i miasta dokoła. I dopiero przed osiemdziesięciu laty nowo powstałe osiedla połączone w powiaty zespoliły się wraz z Manhattanem w jednolity metropolitalny organizm, z jednym burmistrzem. I dopiero wówczas zaczęły nazywać się miastem Nowy Jork.

Rano miliony ludzi ściągają wszystkimi gardzielami autostrad, tuneli i mostów do tej centralnej dzielnicy, bogatej w handel, przemysł, administrację, banki, która jest ośrodkiem życia kulturalnego i finansowego Stanów Zjednoczonych, posiadaczką jedynych w Nowym Jorku drapaczy chmur i najohydniejszych slumsów, która stanowi ośrodek światowego handlu diamentami, seksem, prostytucją, kredytami, wpływami politycznymi, blichtrem, narkotykami, przekupstwem, korupcją – posiada wszystkie możliwe schorzenia. Niema artykułu produkowanego na świecie, którego nie można by dostać na Manhattanie.

Jego północ, to setki ulic, w które nie należy się zagłębiać nigdy bez ochrony pieszo, a samochodem tylko z zachowaniem największych środków ostrożności. Getto murzyńskie, Harlem, niegdyś dostojna mieszczańska dzielnica, dziś jedna wielka speluna, ruina, nędza, tysiące eksploatowanych w niemiłosierny sposób domów, których już nikt nigdy remontować nie będzie, bowiem żaden bank nie poświęci na ten cel dolara kredytu, żaden właściciel nie wyda centa. Mrowie ludzkie, nędza, brak usług miejskich, brud, powygaszane latarnie, wypalone domy, półtora miliona ludzi bez nadziei, bez jutra. Ponad połowa bez pracy, kilka terenów czarnej arystokracji w domach pilnowanych przez czarną prywatną policję, kaplice na zapleczach barów, w których przypadkowi kaznodzieje wygłaszają kazania o potrzebie nienawiści do białych i nadchodzącym dniu zwycięstwa czarnej rasy.

Murzyński przedsiębiorca organizuje wycieczki do Harlemu dla białych turystów. Autobus rusza sprzed biura firmy przy czterdziestej drugiej ulicy. Murzyn przewodnik zapowiada, że wysiadać nie będziemy, zdjęć robić nie będziemy, oglądać ludzi nie będziemy. Będziemy oglądać dom Waszyngtona na pagórku, zwiedzimy świątynię baptystów, obejrzymy galerię sztuki inspirowanej kulturą afrykańską i oddział biblioteki publicznej.

Przewodnik jest uzbrojony, przez cały czas pilnuje, aby nikt nie odszedł z grupki, która od drzwi autobusowych przemyka się do drzwi zwiedzanego budynku. Zawsze pierwszy robi zwiad przewodnik – gdy grupa czeka w autobusie. Kierowca omija ulice, na których zziębnięte wyrostki palą ogniska, aby się ogrzać.

Moda jest nieodzownym elementem każdej szanującej się kobiety. Agata zabiera w ten zaczarowany świat, proponując…

Podpinki
Oto kilka ostatnich nowinek mniej i bardziej praktycznych. Najmodniejsza sylwetka jest w za krótkich obszernych spodniach z młodszej siostry i za długim i za dużym płaszczu ze starszego brata lub postawnego tatusia. Jeśli jest od kogo w rodzinie pożyczyć, to oczywiście można sobie zafundować taką garderobę ale żeby specjalnie się o nią starać… Chociaż każda sylwetka znajdzie swego amatora. Na szczęście w kolejnym pokoleniu wyrastają jego własne entuzjastki, dzięki którym świeża moda nie pozostaje jedynie na zdjęciach w żurnalach.

Szczyty modnego wyglądu można osiągnąć w zwykłej podpince, której czas najwyższy przestać się wstydzić. Przynajmniej tak zalecają w Paryżu. Podpinkę teraz nosi się na wierzch jako elegancką, ba, nawet awangardową część garderoby. Podpinki bywają różne: pikowane często z dwóch rozmaitych materii, z kraciastego koca, z jednobarwnej, grubej tkaniny wełnianej, z dzianiny, ze sztucznego misia lub jagnięcia albo z kawałków starego futra. Takie rzeczy są teraz w cenie.

Długości są zdecydowanie dwie: midi i mini, natomiast klasyczna, o której się mówi „że dyskretnie przy¬krywa kolana” występuje rzadko. Mini zarezerwowane jest ponoć dla nastolatek, w dodatku wysokich i chudych. Szesnastce, ale choćby z odrobiną ciała – już nie wolno. Kto wie, może to i lepiej.

W rubryce „Plotki i ploteczki” znalazłem informację, którą w 1977 roku była trendem i do dziś jest na topie…

Fałszywa starzyzna
Ralph Lauren, 42-letni nowojorczyk. jest jednym z tych projektantów mody, którzy robią majątek na lansowaniu nowych rzeczy, które… wyglądają jak stare łachy. Jeśli chcesz być ubrana (lub ubrany) awangardowo, musisz na pierwszy rzut oka przypominać włóczęgę lub paryskiego clocharda – twierdzi pan Lauren. Projektowane i sprzedawane przez niego rzeczy nie są, oczywiście, stare, a tytko sztucznie „postarzone” i wcale nie tanie. Modele „z patyną”, jak się to elegancko nazywa, lansują także Japończycy, z których największą popu¬larnością cieszą się w Europie panowie Rei Kawakubo i Yohji Yamamoto. Ich specjalność to dzianiny w dziury, wyglądające jakby poszarpał je pies, spodnie i pulowery z naszywanymi łatami z innego materiału. Natomiast Belg Van Gils oferuje swym klientom klasyczne garnitury męskie w paski „tenis” czy w pepitkę, fabrycznie doprowadzone do takiego stanu, jakby właściciel sypiał w nich pod mostem.

Wiele firm, produkujących dżinsy, „postarza” je, zanim trafią do sklepu. Wytarcie do białości osiąga się dzięki praniu w specjalnych maszynach, robi to także sławna firma Lewi Strauss. Natomiast francuscy producenci, bracia Zenou, specjalizują się w produkcji spodni, które wyglądają nie tylko na wytarte, ale także na poplamione czerwonym winem. „Postarza” się także kurtki skórzane, szyte na wzór kurtek lotniczych – nowe wyglądają na noszone przez kilka lat – oferuje je np. znana włoska firma, Giorgio Armani.

Kobieta wie jak najlepiej trafić do serca mężczyzny – przez żołądek. A pomagała paniom w tym rubryka „Smacznie i zdrowo”. Dziś coś dietetycznego…

Ryba pieczona w folii
Ok. 600 g mrożonych filetów lub ryby. 150 g pieczarek, 1 cebula, łyżka oleju sojowego, sól, pieprz, łyżeczka szałwii, łyżeczka mięty, sok z pół cytryny, zielenina.

Jeśli nie mamy filetów, a zwykłą mrożoną rybę rozmrozić ją o tyle, by można było wyjąć ości i pokrajać ry¬bę na porcje. Na rozłożonej folii, posmarowanej olejem ułożyć warstewkę pokrajanych pieczarek, następnie cebuli i wreszcie kawałków ryb, przesypując przyprawami. Zwinąć kilka razy dwa przeciwległe brzegi folii razem na wierzchu, założyć kilka razy oba końce, ułożyć „pakunek” na blaszce do pieczenia z niewielką ilością wrzącej wody. Wstawić do mocno nagrzanego piekarnika (220°C) i piec około 40 minut. Podać z surówką.

A oto i ona: Surówka z marchwi
3 spore marchewki (około250 g) winne jabłko, korzonek chrzanu, pół łyżeczki cukru, sok z cytryny.
Umytą marchew i chrzan zetrzeć na drobne tarce wiórkowej, a jabłko – na grubej. Wymieszać całość, doprawić do smaku, posypać zieleniną.

Humor w krótkich spodenkach
TOMASZEK (lat 3) wybiera się z mamą na spacer. Mama, widząc rozrzucone po całym pokoju zabawki, mówi: „Tomaszku, najpierw musisz tu posprzątać, a potem pójdziemy”. Tomek oburzony: ,,Ja nie mogę sprzątać, bo dzisiaj jest wolna sobota”.

RENATCE (lat 3) urodził się braciszek. Ujrzawszy go po raz pierwszy, dziewczynka przygląda się noworodkowi z widocznym zainteresowaniem. Wreszcie biegnie do mamy i woła: „Mamusiu, on jest taki łysy, że Kojaka mógłby grać”.

TADZIO (lat 4) wie już, że będzie miał siostrzyczkę lub braciszka i nie może doczekać się powiększenia rodziny. Namawia więc tatę, aby poszedł do bociana i poprosił go o szybkie przyniesienie dzidziusia dla Tadzia.
– Bocian poleciał już do nieba i przyniesie ci dzidziusia za dwa miesiące – obiecuje tata.
Tadzio rozczarowany: „To w niebie są także takie kolejki?”.

AGNIESZKA (lat 4) chce bawić się na podwórku. Pada deszcz, więc mama mówi: „Teraz nie można, Agnieszko, jak się wypogodzi, to pójdziesz. Agnieszka czeka cierpliwie, ale nie może się doczekać.
Wreszcie mówi: „Mamusiu, pogoda już się pogodziła czy mogę iść?”.

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 22 (362), 1 – 14 grudnia 2020

X