Akcja uprowadzenia Nicolasa Maduro wyglądała – przynajmniej z boku – na podpatrzoną u niespecjalnie przejmującego się realizmem scenarzysty. W świecie rzeczywistym, w przeciwieństwie do filmów, seriali, czy gier komputerowych, istnieje bowiem coś takiego, jak podparte obyczajami prawo międzynarodowe. Wiemy to my, prości obywatele, wiedzą też twórcy filmów, podobnie zresztą jak urzędujące obecnie władze Stanów Zjednoczonych. Między „wiedzieć” a „przejmować się” istnieje jednak pole do popisu dla nie liczących się z niczym grup oraz jednostek.
Z całą pewnością nie jest tak, że prawo międzynarodowe stanowi nienaruszalny monolit, a jeżeli już ktoś je łamie, to są to podmioty na które należy brać poprawkę jako na te nieprzewidywalne, niebezpieczne i funkcjonujące na marginesie społeczności międzynarodowej. W 2022 roku wydawało się, że Federacja Rosyjska, najeżdżając Ukrainę, skazuje się na status takiego właśnie pariasa, równa do żadnych standardów, jakiejś Korei Północnej. Na pobłażliwe potraktowanie zaboru Krymu, czy jeszcze wcześniejszej inwazji na Gruzję, część obserwatorów patrzyła jako na błędy przeszłości, wynikającej z krótkowzroczności dawnych elit, coś, co nie miało się już nigdy powtórzyć. Gdy Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjmowało rezolucję o potępieniu fikcyjnych referendów na wschodzie Ukrainy, a poza Rosją i Białorusią raptem trzy państwa zagłosowały na „nie” (Syria, Korea Północna, Nikaragua), można było uwierzyć, że oto widzimy normalność – że świat działa tak, jak powinien. W coraz odleglejszym wspomnieniu amerykańskiego desantu na Irak pobrzmiewała moralna konieczność rozprawienia się z dyktatorem, który już przecież zdążył najechać dwa kraje, najpierw w 1980 Iran, a dziesięć lat później Kuwejt. Zresztą, samo zestawienie ataku na pokojową demokrację z międzynarodową operacją przeciwko umoczonemu w czystki etniczne reżimowi z pewnością budzi niesmak, któremu trudno się dziwić. Nawet, jeżeli w obu przypadkach siły zbrojne wykorzystano z naruszeniem suwerenności niezawisłych państw, a działania zbrojne uzasadniano kłamliwie (z jednej strony satanistyczna klika neonazistów dokonująca ludobójstwa na rosyjskojęzycznych mieszkańcach Donbasu i wymierzone w Rosję rozszerzenia agresywnego NATO, z drugiej bajania o broni z wąglika przed Organizacją Narodów Zjednoczonych).
W myśl obowiązującej jeszcze na początku XXI wieku zachodniej logiki, nieokrzesanym imperialistom (dzisiejsza Rosja na Ukrainie) przeciwstawiany był wzór globalnego policjanta, który jedynie wypełnia swoją powinność (ówcześni Amerykanie w Iraku). Z tym zastrzeżeniem, że państwami bandyckimi stawały się z definicji te mniejsze – Iraki, Irany, Wenezuele, Kuby, Osie Zła. Na wybryki tych większych (czy raczej widzianych jako te bardziej zdolne do obrony swoich interesów) przymykało się oczy. One prowadziły geopolitykę we właściwym sobie stylu, z którą nie trzeba się było zgadzać, ale nie można też było nic na to poradzić. Przykładowa Rosja mogła się zatem zachowywać nie lepiej od Iraku, ale jej posunięcia legitymizował swoisty mocarstwowy immunitet. Sęk w tym, że widziano go jedynie za jej zachodnią granicą. W Moskwie takowe podejście odbierane było wyłącznie jako słabość i rozochocało kremlowskich władców. Całe to nieeskalowanie, demokratyzowanie poprzez handel – wszystko to przypominało wysyłanie posła z listami uwierzytelniającymi do plemion izolowanych w gąszczu brazylijskiej dżungli.
Gdy patrzymy na to, co stało się w Wenezueli, Irak powraca jak refren w niezbyt rozbudowanej kompozycji. Przywołał go zresztą sam Trump zaznaczając, że tym razem Stany Zjednoczone zamierzają „zatrzymać ropę”. Faktycznie, jest co – Wenezuela posiada jedne z największych złóż tego kluczowego dla gospodarki surowca. Beztroska, z jaką amerykański prezydent rzuca podobne oświadczenia jest czymś, do czego Biały Dom zdążył nas przez ostatni rok przyzwyczaić. Jeżeli coś jest pewne, to nie jego deklaracje (bo tych składa na pęczki, po czym albo je reinterpretuje, albo zaprzecza, że w ogóle coś takiego powiedział), a bardziej fiksacje, o czym przypomniał ostatnimi czasy spektakularny powrót Grenlandii na łamy zachodnich gazet.
Jeszcze do niedawna podobnym życzeniem przywódcy Stanów Zjednoczonych była zmiana władzy w Caracas. Ta udała się, dzięki skutecznie przeprowadzonej operacji specjalnej. Komandosi dotarli do Wenezueli, wymordowali złożoną z Kubańczyków ochronę Maduro, po czym uprowadzili dyktatora i przewieźli na terytorium własnego państwa, by tam sądzić go za mniej lub bardziej rzeczywiste przewinienia. Przy tym z perspektywy Waszyngtonu Amerykanie nie uprowadzili żadnego prezydenta. Ostatnią kadencję Maduro uzyskał w wyniku sfałszowanych wyborów, nie został więc uznany za rzeczywistą głowę swojego państwa przez część społeczności międzynarodowej (analogicznie jak bliższy nam geograficznie Łukaszenka). Wersja Białego Domu jest zatem taka, że owszem, naruszono integralność terytorialną Wenezueli, ale po to by pojmać nielegalnie uzurpującego sobie urząd barona narkotykowego, centralną postać Kartelu Słońc. Nazwa ta, przewijająca się w amerykańskich oskarżeniach, nie jest w rzeczywistości mianem faktycznej organizacji przestępczej, a publicystycznym określeniem korupcyjnego systemu władz wenezuelskich, wewnątrz którego czołowi dygnitarze mają sprawować nadzór nad rzeczywistą bezprawną działalnością, między innymi przemytem narkotyków. I tu pojawia się dość duże „ale”.
W Wenezueli na Amerykanów czekała mająca poparcie społeczne i gotowa przejąć władzę opozycja. Trump i jego ludzie przyjęli jednak zupełnie inną metodę działania – uprowadzili samozwańczego prezydenta Maduro, po czym pozwolili objąć urząd wiceprezydentowi z jego nadania, Delcy Rodriguez. Następnie, niczym filmowi mafiozi, postawili przed nią konkretne żądania, utrzymując wokół Wenezueli znaczne siły wojskowe w charakterze straszaka, insynuując, że w każdej chwili nowa prezydent może podzielić los poprzednika. Rodriguez ma zatem posłusznie wykonywać polecenia, może nawet zelżyć nieco represje, a w zamian zachowa pozycję, podobnie zresztą jak inni dygnitarze, za których głowy Amerykanie formalnie wciąż chcą jeszcze płacić nagrody. Kartel Słońc przestał być zagrożeniem – wystarczyło, że podporządkował się silniejszemu.
Na tego typu zależnościach ma być oparta geopolityka trumpowskiego obozu. Ludzie z otoczenia prezydenta z przejęciem opowiadają o prawie siły (a Ameryka jest w ich rozumowaniu najsilniejsza, toteż jej najwięcej wolno), a on sam teatralnie obrusza się „po co mu prawo międzynarodowe?”. Największym problemem takiego rozumowania jest to, że w oparciu o zupełnie inne zasady zbudowana została obecna architektura bezpieczeństwa, a tej nie da się rozmontować ot tak, jednym słowem.
Liczni komentujący sugerują, że obecne władze amerykańskie myślą w kategoriach koncertu mocarstw. Stany Zjednoczone dość otwarcie określają obie Ameryki jako swoją strefę wpływów, a usunięcie Maduro ma być tylko i wyłącznie jej egzekwowaniem. Równocześnie, promując izolacjonizm, Amerykanie chcieliby wspierać konkretne ruchy w Europie (dokładniej te eurosceptyczne, grając na rozbicie mogącej być równym adwersarzem dla Waszyngtonu Unii Europejskiej). Chcą mieć coś do powiedzenia na Pacyfiku, brać udział w meblowaniu Bliskiego Wschodu, rezerwować sobie prawo do interweniowania w Iranie, robić interesy w Afryce, kontrolować Arktykę… Dość powiedzieć, że trudno się jedzie na dwóch koniach równocześnie, zwłaszcza, gdy gnają one w przeciwnych kierunkach. Wizja, którą proponują zwolennicy Trumpa, jest skrajnie naiwna, często wewnętrznie sprzeczna, a przede wszystkim niebezpieczna dla nas, dla Europejczyków. Nie wspominając już nawet, że upatrywane na mocarstwa, z którymi miałoby się dzielić świat, ChRL i Rosja po prostu nie są dość silne. Chinom wciąż brakuje zasięgu oddziaływania, wciąż wiąże ją Tajwan, kłopoty demograficzne i gospodarcze. A Rosja? A Rosja jest po prostu duża. W dodatku ma arsenał jądrowy i utrzymuje się z wydobywania surowców, których rezerwy powoli się wyczerpują. Technologicznie jest zapóźniona, militarnie słaba (pomimo olbrzymich nakładów na armię), politycznie niewiarygodna (o czym przekonali się najboleśniej Ormianie), a społecznie trapiona setkami problemów, które prędzej czy później implodują, pociągając za sobą reżim.
Nie miejmy złudzeń, że w świecie funkcjonującym w modelu pseudo-koncertu mocarstw bylibyśmy małym, rozgrywającym własne interesy mocarstwem regionalnym. Raczej stalibyśmy się prowincjonalnym kraikiem, niewiele większym od Arizony, który życzliwy sojusznik może spróbować do wszystkiego przymusić. A przecież Polska i tak jest – z czego często nie zdajemy sobie sprawy – na pozycji uprzywilejowanej, jako relatywnie spory, bogaty kraj z wyraźnym zapleczem populacyjnym. Co jednak mogą powiedzieć mniejsi? Co taka Mołdawia, co Estonia? O Ukrainie, przez toczącą się pełnoskalową wojnę, na razie nawet nie wspominając. Czy mielibyśmy nie oglądać się na inne państwa tylko dlatego, że historia uczyniła je mniejszymi, słabszymi, biedniejszymi i mniej ludnymi? Zakładając, że liczymy się tylko my i nasze interesy, stajemy się w gruncie rzeczy tymi samymi ludźmi, którzy w trzydziestym dziewiątym roku pytali na wpół kpiąco: „Dlaczego mielibyśmy umierać za Gdańsk?”.
Prawo międzynarodowe to nie fanaberia zgrai zarozumiałych mężczyzn w drogich garniturach, a coś, co może i nie jest doskonałe, ale wobec czego nie pozostaje żadna alternatywa w ochronie słabszych. Często popadamy w tendencję do myślenia o teraźniejszości jako o pewnym punkcie w czasoprzestrzeni zawieszonym między procesami. Tak naprawdę one trwają i to, że dziś, w 2026 roku, ten system jest mocno niedoskonały, nie oznacza, że osiągnął już swoją ostateczną formę, a teraz musi się już tylko rozlecieć. Ciągłość w prawie narodów istnieje od starożytności. Nawet tak oczywista z naszego punktu wiedzenia zasada mówiąca, że nie zabija się posłów, też w pewnym momencie musiała zostać wymyślona. Warto nie rezygnować z wartości i warto jest trzymać się ideałów. Zwłaszcza w trudniejszych czasach.
Maciej Serżysko
Tekst ukazał się w nr 1 (485), 16 – 29 stycznia 2026
