Jak Polacy Charków budowali. Część XXX

Jak Polacy Charków budowali. Część XXX

Afery kryminalne z udziałem Polaków w Charkowie po 1914 roku

W poprzednim opracowaniu została szczegółowo ukazana sytuacja Polaków w kryminale charkowskim do 1914 roku, która wyrażała się w dwóch aspektach: działalności politycznej, za którą karano więzieniem lub zesłaniem, oraz indywidualnych przestępców, który to aspekt w przypadku Polaków miał również charakter polityczny skierowany na odrodzenie Ojczyzny.

W XX wieku znacznie zmieniły się motywy i działania przestępców. Zamiast szlachetnej walki z wrogiem w imię wzbogacenia własnego kraju, zrodziła się rywalizacja o szybkie wzbogacenie się kosztem drugiego człowieka.

Sami też charkowscy Polacy stawali się ofiarami zbrodni. 31 grudnia 1914 roku w Charkowie na tle miłosnym została brutalnie zamordowana Bronisława Wieliczko, córka charkowskiego architekta Wiktora Wieliczki. Zbrodniarzem okazał się jej dawny narzeczony Rosjanin niejaki Boroniec, który w mieście pełnił funkcję detektywa – ich związkowi stanowczo sprzeciwiał się ojciec.

Głośną sprawą kryminalną było zabójstwo wikariusza katolickiej parafii ks. Wojciecha Wagnera (7.IV.1872–16.VI.1905), który, jak podawały gazety, padł ofiarą napadu dokonanego przez ludzi złej woli, zbrodniarzy zwanych „Czarną Sotnią”. Ten incydent był szeroko opisywany i komentowany w charkowskich gazetach. Ciało zmarłego kapłana zostało pochowane w Żelechowie. Na epitafium grobowym umieszczono napis następującej treści: „Tu spoczywają zwłoki śp. księdza Wojciecha Wagnera człowieka wielkiego serca i nauki. Padł z ręki zbrodniarza w m. Charkowie d. 16 czerwca 1905 r.”.

Ks. Wojciech Józef Wagner urodził się w Żelechowie w rodzinie miejscowego obywatela. W Warszawie ukończył gimnazjum, a w Lublinie seminarium duchowne, po czym wyjechał na studia specjalistyczne do Rzymu. Po powrocie w 1899 roku otrzymał święcenia kapłańskie w Petersburgu i został skierowany w charakterze wikariusza do Charkowa, gdzie dał się poznać jako człowiek wielkiego serca, zatroskany o biednych, a szczególnie dzieci. „Był to kapłan, który zasady chrześcijańskie stwierdzał w czynie, nie robiąc różnicy między katolikami a innowiercami”.

W Żelechowie w uroczystościach pogrzebowych wzięli udział „wszyscy, nie wyłączając nawet dzieci, a nawet i Żydów”. W Charkowie natomiast z nadania władz miejskich jedną ze szkół wraz z bursą dla chłopców nazwano na cześć tego kapłana. Ks. Wojciech Wagner został w 1915 roku przedstawiony w jednej z powieści Anny Mar (w powieści jako ks. Przełucki), gdzie autorka wymienia, że ksiądz został zabity, gdy wracał po skończonym weselu do domu: „gdy przechodził przez plac koło domu, aby wsiąść do karety. Muzyka w ogrodzie zagłuszyła jego krzyk. Chuligani byli schwytani i zesłani na sześć lat katorgi. Uderzenia nanosili kamieniami i butelkami”. Brak wiadomości na temat motywu zbrodni.

Nie sposób tu pominąć tragicznej śmierci Polaka już w czasach nowożytnych, gdy 25 czerwca 2008 roku w Charkowie brutalnie został zamordowany Michał Żur, badacz polskiej tematyki, znany kolekcjoner oraz prezes Domu Polskiego w Charkowie. Przez wiele lat pracował w miejscowych archiwach, poszukując wiadomości i dokumentów o Polakach w Charkowie.

Michał Żur urodził się w Charkowie w 1958 roku. Jego przodkowie pochodzili z Podlasia. Do Charkowa rodzina z pobudek ekonomicznych przybyła na początku XX wieku. Michał Żur całą swoją energię oddał przywróceniu działalności Domu Polskiego. W tym duchu organizował tematyczne konferencje, zapraszając do udziału w nich znanych naukowców. Był redaktorem projektów wydawniczych pod tytułem „Almanach Polski”. Przez wiele lat pracował w sklepie z antykami przy ulicy Karła Marksa, gdzie też został zamordowany w środę 25 czerwca o godzinie 10:00. Tak o tym wydarzeniu pisała gazeta „Siegodnia”. „Po zabójstwie sprzedawcy, mężczyzna wygrzebał z witryny ukraińskie jubileuszowe monety, kilka medali, monet i ikon. Przestępcę zatrzymano po kilku minutach, gdy biegł z nagrabionym ulicą. Zgodnie z wersją policji, rano mężczyzna przyszedł do sklepu z antykami, gdy tam był jeszcze jedynie sprzedawca. Klient bywał już w salonie niejednokrotnie, dlatego, gdy zadzwonił do drzwi, sprzedawca otworzył”.

Dalej zapisano zeznania samego zatrzymanego, który tak zeznał: „Rok temu sprzedałem w tym sklepie medale mojego dziadka. Te rzeczy zabrałem u ojca bez zgody, a niedawno on zaczął się o nie upominać. Dlatego poszedłem do sprzedawcy umówić się o zwrot medali. On mi odmówił. Wtedy wziąłem młotek, który przyniosłem ze sobą i zacząłem go bić”. Według innej relacji motywem zbrodni był wyłącznie zaplanowany rabunek sklepu. Po tym incydencie napastnik planował ucieczkę, jednak w tym momencie przybył właściciel sklepu wraz z żoną i dwójką dzieci, który podjął walkę z zabójcą, żona tymczasem wezwała policję.

Wreszcie 3 grudnia 2014 roku w jednym z charkowskich szpitali zmarł Polak Kazimierz Wróbel, który kilka dni wcześniej został postrzelony w Donbasie. To był „pierwszy obywatel Polski, który zginął w wojnie toczącej się na Ukrainie. Polak był cywilem i nie brał udziału w żadnych działaniach bojowych. Miał pecha, bo trafił na patrol pijanych terrorystów” – pisała gazeta „Niezależna”. Według zebranych danych w godzinach wieczornych doszło do zderzenia dwóch samochodów. W jednym z nich jechał Polak mieszkający na stałe w Doniecku, a w drugim separatyści. Po wypadku doszło do awantury. Separatyści postrzelili Polaka, który następnie został odwieziony do szpitala w Charkowie.

Należy także zwrócić uwagę na przestępstwa uczynione przez Polaków. Wraz z wybuchem I wojny światowej w 1914 roku do Charkowa zaczęli przybywać uchodźcy. Miasto zapełniało się przybywającymi tu ludźmi, wśród których nie brakło elementu kryminalnego.

Jeszcze w przeddzień wybuchu I wojny światowej gazety Charkowa opisywały, że niejaki mieszkaniec Warszawy o nazwisku Zgut miał przywozić widokówki o charakterze pornograficznym, które w następstwie miały być rozpowszechniane w miejscowych księgarniach. Mimo starań miejscowej policji, w obliczu rozpoczętego konfliktu wojennego, niniejsza sprawa nie została zamknięta.

Nowym zadaniem, jakie stawiali sobie policjanci, było wykrywanie wszelkiego rodzaju szpiegostwa na rzecz Niemiec. W tym kontekście na terenie carskiej Rosji zrodziła się prawdziwa szpiegomania. Szpiegiem właściwie mógł stać się każdy. Wystarczył donos sąsiada lub bliskiego. Z tej racji był wydawany specjalny „Album osób zarejestrowanych przez kryminalną żandarmerię i ogólną policję podejrzanych o szpiegostwo”. W tym też „Albumie” zanotowano o schwytaniu siedmiu szpiegów z Charkowa. Jeden z nich był Polakiem. Był to Władysław Janicki pochodzący spod Warszawy. O nim zawarto także następujące informacje: „41 lat, Polak, katolik i niepiśmienny. Posiadał żonę Katarzynę Marczyngozową i dwóch synów Karola i Edwarda. Został aresztowany w Charkowie 30 listopada 1915 roku”. Brak wiadomości o dalszych losach aresztowanego.

Ciekawe są informacje zawarte w gazetach z dnia 15 stycznia 1916 roku na temat kolejnej sensacji szpiegowskiej. Tegoż dnia policja zatrzymała dziwnie zachowującego się mężczyznę. Okazał się nim Polak, niejaki Alfred Golweg syn Edwarda. W trakcie śledztwa na pytanie policjanta o zawód zatrzymanego padła odpowiedź – szpieg. Dalej gazeta „Jużnyj Kraj” umieściła treść przesłuchania, gdzie Golweg opowiedział, że niedawno przybył do miasta. Cały swój majątek przekazał dla biednych, a następnie przez kilka dni upijał się do nieprzytomności. Pieniądze jakoby za szpiegostwo miał otrzymywać z Łodzi od niemieckich agentów.

Jednak już po dwóch dniach okazało się, że zatrzymany nie należał do siatki szpiegowskiej, lecz był polskim wygnańcem. Po przybyciu do Charkowa mógł przez pewien czas pracować w biurze notarialnym, a chcąc zwrócić na siebie uwagę wymyślił historię o szpiegostwie. Ponieważ przy zatrzymanym nie znaleziono dokumentów, należy wątpić o prawdziwości danych personalnych, jak i całej tej głośnej wówczas historii, którą opisywano w gazetach miasta przez kilka dni.

Obok zabójstw, strajków studentów i szpiegostwa, dawny Charków znany był też z głośnych kradzieży w bankach. Jedna taka kradzież miała miejsce 16 marca 1906 roku, kiedy to uzbrojeni złodzieje w biały dzień wdarli się do Wołżsko-Kamskiego banku. Ostatecznie czterech napastników schwytała policja, a jednym z nich okazał się człowiek o typowo polskim nazwisku Uszycki.

Gmach dawnego banku, gdzie dokonano kradzieży w 1916 r. (z archiwum autora)

Jednak najbardziej znaną była kradzież w charkowskim w banku 28 grudnia 1916 roku, której dokonali członkowie tzw. warszawskiej bandy, gdzie skradziono cenne papiery na sumę przeszło 2,5 mln rubli oraz pewną sumę gotówki. O członkach tej bandy tak pisano: „Ta grupa przestępców była nie całkiem przypadkowa i diametralnie różniła się od naszych rosyjskich. Typy warszawskich przestępców w większości są następujące: to ludzie zawsze wspaniale ubrani, prowadzący szeroki obraz życia, uznający jedynie pierwszorzędne hotele i restauracje. Idąc na kradzież nie rozmieniają się na drobne, lecz jako obiekt zdobyczy wybierają znaczące przedmioty”.

Dla rozwiązania tej sprawy powołano geniusza policji kryminalnej w Rosji Arkadiusza Koszkę, przewodniczącego petersburskiej kryminalnej policji. Do pomocy Koszko otrzymał nieznanego z imienia agenta Polaka Lindera, „młodego człowieka urodzonego w Polsce, mającego prawdziwy dar mówienia po rosyjsku jako obcokrajowiec”.

Po przyjeździe śledczych do Charkowa okazało się, że przestępcy w czasie, gdy miasto świętowało Boże Narodzenie, robili podkop pod bank z sąsiedniego domu. Weszli przez stalowe drzwi i z pomocą „nieznanych dotychczas narzędzi zbrodni” rozcięli stalowe sejfy, skąd zostały skradzione pieniądze.

Dalsze wydarzenia, jakie miały miejsce w Charkowie, mogą posłużyć do fabuły filmowej. Jeszcze do przyjazdu śledczego został aresztowany nieznany bliżej Polak – służący bankowy, z którego domu został wykonany podkop. Służący w czasie przesłuchania stanowczo twierdził, że z kradzieżą nie miał nic wspólnego, gdyż z żoną przez dwa dni był poza miastem. Służącego aresztowano, gdyż uważano, że podkop był prowadzony około dwóch tygodni i on nie mógł nie słyszeć uderzeń kilofów i innych narzędzi.

Arkadiusza Koszkę nie opuszczała wiara w pomyślne rozwiązanie tej sprawy. Wykorzystując Lindera i innych agentów, udał się do miejscowych hoteli, aby pokazać pracownikom zdjęcia różnych warszawskich przestępców. Na sukces nie należało długo czekać. W jednym z hoteli rozpoznano Stanisława Kwiatkowskiego i Zdzisława Groszka, a w innym miał mieszkać Jan Sandajewski i jeszcze trzech innych przestępców, których nazwiska się nie zachowały. Wszyscy oni przez kilka tygodni mieszkali w tych hotelach. Łącznie w rabunku banku uczestniczyło sześciu przestępców.

Dodatkowo lokaj bankowy rozpoznał na zdjęciu aresztowanego urzędnika bankowego, który według jego słów często miał przychodzić do przestępców. Ponadto dodał, że „Kwiatkowski mógł być kochankiem żony tego urzędnika”. Dalej stwierdził, że „ta kobieta nie raz odwiedzała w hotelu Kwiatkowskiego, a on sam zanosił listy miłosne od niego do niej i odwrotnie”.

W tej sprawie użyto podstępu, z czego znany był Koszko w carskiej Rosji. Otóż do żony urzędnika bankowego został wysłany agent Linder pięknie mówiący po polsku pod przykrywką, że przybywa od pana Kwiatkowskiego. Po przybyciu agenta początkowo kobieta zachowywała się ostrożnie i zgodnie ze wspomnieniami Koszki była wystraszona. Jednak, gdy zobaczyła zdjęcie swego kochanka oraz sfałszowaną notatkę miłosną rozczuliła się i postanowiła także napisać list miłosny do kochanka. List pokazano uwięzionemu urzędnikowi. Poznawszy charakter pisma własnej żony i widząc podstęp kochanków, wydał on wszystkich uczestników charkowskiego napadu na bank, których ostatecznie pojmano w Moskwie.

Pod wpływem rewolucji październikowej do władzy doszło wiele osób z dawnego świata przestępczego. Ponadto także z więzień wypuszczono dawnych przestępców. W tej sytuacji w 1918 roku dawny śledczy Rosji był zmuszony do przeniesienia się do Kijowa, gdzie spotkał się z dawnymi charkowskimi grabieżcami banku – Kwiatkowskim i Groszkiem. Włamywacze nie wyrządzili jednak krzywdy Koszce, gdyż jak sami informowali, mają wraz z nim obecnie jednego wspólnego wroga – bolszewików. Natomiast widząc znoszoną odzież na dawnym śledczym, postanowili dać mu znaczną sumę pieniędzy, których przyjęcia Arkadiusz Koszko miał odmówić, o czym pisał we wspomnieniach: „Ja oczywiście odmówiłem przyjęcia tych nieuczciwych pieniędzy, ale nie mogę skryć, że w duszy byłem wzruszony tymi ludźmi, o czym też im powiedziałem”. Niektórzy twierdzą, że właśnie członkowie tej warszawskiej bandy mieli okazać pomoc Koszce w wydobyciu się z zajętego przez bolszewików Kijowa i przedostaniu się do Odessy, skąd dalej podróżował, aż ostatecznie zatrzymał się we Francji.

Wszystkie te przytoczone informacje afer kryminalnych od początku istnienia Charkowa, ze szczególnym udziałem Polaków, mają za cel ukazanie, że w każdym narodzie istnieją ludzie wielcy, jak i ci, którzy dopuszczają się występków. Jednak nawet w tych drugich może drzemać ziarno dobra, które wykiełkuje w odpowiednim czasie, jak choćby w osobach przestępców Kwiatkowskiego i Groszka, którzy w chwilach trudnych nie szukali odwetu, lecz chcieli udzielić pomocy swojemu oskarżycielowi. Tacy ludzie, jak pisał śledczy Arkadiusz Koszko, też zasługują na pamięć i szacunek.

Marian Skowyra
Tekst ukazał się w nr 12 (304) 30 czerwca – 16 lipca 2018

X