Jak dawniej świętowano

Jak dawniej świętowano

Tradycyjnie sprawdziłem, w którym roku przed wojną święta Wielkiej Nocy przypadały na 4 kwietnia. Był to rok 1926. Proponuję przegląd artykułów świątecznych z lwowskich gazet.

W przededniu świąt „Kurjer Lwowski” zamieścił primaaprilisowy żarcik…

„Prima Aprilis” na szpaltach „Kurjera Lwowskiego

Pod znakiem tradycyjnego, a niewinnego kłamstwa stał wczorajszy dzień „primaaprilisowy”. Ludzie, jak gdyby pragnąc na wzajemnem durzeniu się znaleźć chwilowe zapomnienie o obecnych ciężkich czasach, okłamywali się. Opowiadano o czasach lepszych i zapowiadano różne radosne zmiany. Śmiech z „nabranego” chwilowo „na kawał” brzmiał więc prawie zawsze nutą wzajemnego zawodu, że jednak byłoby to lepiej gdyby tak naprawdę …

I „Kurier Lwowski”, nie chcąc wyłamać się z pod tradycji, pozwolił sobie we wczorajszym numerze na umieszczenie dwu zmyślonych artykulików, a to depeszy, donoszącej o odkryciu rudy złota pod Warszawą oraz o otwarciu stacji radiotelefonicznej na Kopcu Unii Lubelskiej.

Zapowiedź wypłaty pensji urzędnikom za rok z góry, dzięki ogromnym zapasom złota, odkrytym przez wieśniaka Silirpa (na opak: „aprilis”) oraz stwierdzonym przez prof. geologii Agifa (czytaj: „a figa”), wywołała w sferach zainteresowanych krótkotrwałą radość, podobnie, jak i uroczystość otwarcia stacji radiotelefonicznej ściągnęła na Wysoki Zamek tłumy patriotyzmem lokalnym ożywionych lwowian.

Przypuszczamy. że i jedni i drudzy, zawiedzeni w nadziejach, wybaczą „Kurierowi Lwowskiemu” ten niewinny żart primaaprilisowy.

Pierwsi, t.j. wierzący w „warszawskie złoto” – niechaj się pocieszą, że prawdziwe skarby spoczywają w zbiorowej duszy narodu i że trzeba tylko mistrza, któryby je umiał wydobyć i przetopić na wielki czyn i wysiłek ofiarny, a wówczas bez złota nastaną lepsze czasy.

A ci, którzy dzięki nam, przespacerowali się na Wysoki Zamek, będą chyba wdzięczni za zbliżenie ich po raz pierwszy do przecudnej powstającej wiosny, którą w całej krasie wczoraj napawać się mogli.

Dziennik zamieścił również informacje o wydarzeniach Wielkiego Tygodnia:

Co roku w niezmiennej formie powtarzające się obrzędy Wielkiego Tygodnia przypominające Mękę Chrystusa, mają zawsze wiele uroku dla przywiązanych do tradycji Polaków i gromadzą w kościołach tłumy wiernych. Od Wielkiej Środy począwszy odbywa się codziennie przez trzy dni Ciemna Jutrznia. Ołtarze w nieładzie na znak żałoby smutny przedstawiają widok. Dzwony zawiązano, a głos ich zastępują drewniane kołatki. Wczoraj na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy i umycia nóg dwunastu apostołom, umył ks. arcybiskup nogi dwunastu starcom, któremu to obrzędowi przypatrywały się tłumy ludzi. Ale najwięcej zainteresowania budzą Boże Groby, z wielkim pietyzmem urządzane we wszystkich kościołach. Odwiedzają je istne pielgrzymki osób wszelkiego wieku i stanu. Rozlega się często w kościołach szczebiot małych dzieci, które matki podnoszą ponad głowy. W kościołach odbywają się kwesty na cele dobroczynne. Jutro, jako w Wielką Sobotę, dokonane będzie święcenie wody i ognia, wieczorem uroczysta Rezurekcja.

W Wielki Piątek wykona Chór Polskiego Towarzystwa muzycznego w bazylice archikatedralnej muzykę pasyjną Bacha, Palestriny, Szamotulskiego o godzinie 6 wieczór.

Pieśni Wielkanocne, układu Walentego Adamczaka, odśpiewa żeński chór czterogłosowy a capella, w pierwszy dzień świąt w kościele oo. Jezuitów o godzinie 12.30 Zaś w drugi dzień w katedrze łacińskiej o godzinne 12-tej.

Specjalnie dla „Kurjera Lwowskiego” artykuł wstępny do numeru świątecznego napisał ks. bp. Władysław Bandurski

Zmartwychwstał prawdziwie!

Po dniach bólu i męki, hańby i sromu,
po okrutnej wędrówce
z Ogrojca do niesprawiedliwych sądów,
na Golgotę, z krzyża do grobu
Wstał Chrystus z martwych do Życia!

Apostołowie wierzyli w Zmartwychwstanie, ale wyobrażali je sobie jako jeden ze znaków ostatniego przewrotu świata. Lecz teraz, gdy On Sam Zmartwychwstał, spostrzegli, że owo odrodzenie się życia w ciele, które nie zasnęło, ale z którego życie wydarto żelazem, owa idea Zmartwychwstania, popadła w sprzeczność ze wszelkiemi innemi pojęciami, które istniały w nich już wcześniej, lecz nie ujawniały sprzeczności, dopóki nie dokonało się to nagłe skojarzenie dwu odrębnych porządków: cudu odległego i obecnego zdarzenia.

Tak dalece nie spodziewali się, iż Mistrz ich Zmartwychwstanie – pisze autor „Dziejów Chrystusa”, że pierwszym wynikiem jego zjawień jest przestrach. „Mniemali, że był to duch”.

I tak dalecy są od myśli ujrzenia Go żywym pośród żywych, że, zobaczywszy Go, biorą Go za kogo innego. Marja z Magdali bierze Go za ogrodnika, Kleofas z towarzyszem nie mogą poznać Go przez całą drogę, Szymon oraz inni, gdy zjawia się na brzegach jeziora, „nie wiedzieli, że był to Jezus”.

Gdyby byli istotnie nań czekali, gdyby się Go spodziewali, wypatrując go okiem czujnem i rozpalonem tęsknotą, czyliby doznali takiej trwogi? Czyżby raczej, nie byliby Go poznali natychmiast?

Zwyczajem i przeznaczeniem Dwunastu było to, że nie rozumieli i zapominali o mowie Jezusowej i o Jego cudach. Nazbyt mocno tkwili w myślach cielesnych, aby móc doróść bez zwłoki do uwierzenia w tak rychły odwet nad śmiercią.

Wierzmyż i my jak w Chrystusa tak i w Polskę i ufnością nieugiętą wielkich i ofiarnych dusz, a plon prac i wysiłków naszych niech zbierają niezliczone szeregi przyszłych pokoleń!

Wilno, w kwietniu 1926.
Władysław Bandurski,
biskup

Władze zrobiły urzędnikom prezent świąteczny – ogłosiły redukcję miejsc pracy po świętach. W „Kurierze” komentują te decyzje dyrektorzy poszczególnych instytucji:

Redukcja urzędników we Lwowie

Dyrektor policji P. Dr. Reinlende inormował nas uprzejmie, że w sprawującej obecnie wyłącznie administracyjne funkcje Dyrekcji Policji, redukcja nie jest zamierzona.

Natomiast silnie dotkniętą została ostatnią redukcją okręgowa komenda Policji Państwowej. Z przewidzianego dla Lwowa stanu 600 posterunkowych, zredukowano obecnie 60.

W tym mniej więcej stosunku dotyka redukcja prowincjonalne posterunki policyjne.

Prezes dyrekcji poczt i telegrafów p. inż. Dutczyński udzielił nam łaskawie następujących obszernych informacji:

Fala redukcji omijała dotychczas szczęśliwie lwowską Dyrekcję poczt i na najbliższą metę obaw takich żywić nie należy.

Uprzywilejowane, pod tym względem stanowisko poczty ma jednak swe uzasadnienie w olbrzymim wzroście jej agend. W zakres czynności poczty wkracza dziś bowiem cały szereg obcych dotychczas tej instytucji działów.

Prócz wzmożonego obecnie ruchu w dziale clenia przesyłek zagranicznych i nowych zupełnie działów poczty lotniczej i zaniedbanej jeszcze, ale mimo to rozwijającej się powoli radiotelegrafii, objęła poczta szereg funkcji par ecellence bankowych.

Prezes izby skarbowej b. wiceminister p. Weinfeld oświadczył nam dosłownie:

„Na terenie tutejszej Izby redukcja została zarządzona w dość wielkich rozmiarach. Jednakże dotychczas toczy się w sprawie jej korespondencja z Ministerstwem Skarbu tak, że ilość pracowników zredukować się mających definitywnie ustalona nie jest”.

Oświadczenie to kładzie kres niepokojącym pogłoskom, jakoby aż 2000 funkcjonariuszy Izby miało by tracić pracę.

Natomiast „Wiek Nowy” przedstawia swoim czytelnikom przebieg liturgii świątecznych Wielkiego Tygodnia.

Wielki Piątek

Wielki Piątek jest dniem, w którym Chrystus byt srodze biczowany, cierniem ukoronowany i na śmierć osądzony. Godzina 3 popołudniu jest chwilą zgonu Zbawiciela. W Wielki Piątek rano ksiądz, przybrany w czarny ornat, idzie przed ołtarz, pada krzyżem, a po niejakiej chwili, poniósłszy się, wstępuje po stopniach i czyta proroctwa Mojżesza i Izajasza o Męce Pańskiej. Potem bierze krzyż procesjonalny, okryty krepą, obraca się do ludu, odsłania górną cześć krzyża i śpiewa: „Ecce lignum crucis etc”. „Oto drzewo krzyża świętego, na którem zbawienie świata wisiało”. Potem zdejmuje całkiem krepę, idzie do ołtarza, kładzie krzyż na specjalnie przysposobionym kobiercu, przyklęka po trzy razy. Całuje nogi Chrystusa, którą to ceremonie powtarzają następnie wierni.

Po adoracji krzyża, idzie ksiądz w asystencji do kaplicy, bierze hostię św. w Wielki Czwartek tam w kielichu przyniesioną i wraca w procesji przed ołtarz. Tu rozpoczyna się liturgja, w części podobna do mszy św., w czasie której kapłan jedną ręką tylko podnosi hostję św. na znak, że tylko pod jedną postacią jest Zbawiciel na ołtarzu obecny.

Drugą hostję, także dnia poprzedniego konsekrowaną, wkłada ksiądz w monstrancję, którą okrywa białym welonem i niesie tę monstrancję do grobu Chrystusa.

Wielka Sobota

W Wielką Sobotę rano święcony bywa po kościołach ogień, wzniecony przez krzesania stali o kamień. Jak z kamienia wytryskuje ogień, tak również z kamiennego grobu Chrystusa wytryskuje światło, ożywiające świat cały. Obok ognia święcone są również kulki z wosku i kadzidła robione, które potem umieszcza się w pięciu miejscach na paschale (olbrzymiej świecy, stojącej od Wielkiej Nocy z boku ołtarza), poprzednio przez kapłana poświęconym. Przy tem święci też ksiądz i wodę. którą wierni biorą z sobą do domów.

Po litanii do Wszystkich Świętych następuje uroczysta msza święta w kolorze białym, w czasie której słychać śpiew „Gloria in excelsis” przy biciu dzwonów na wieży i w kościele. Po lekcji śpiewa ksiądz „Alleluja” na znak radości z nadeszłej chwili Zmartwychwstania Pańskiego.

W czasie krótkich nieszporów zaraz po mszy świętej, ksiądz śpiewa: „Ite missa est: Alleluja” – a chór kościelny odpowiada; „Deo gratis. Alleluja, Alleluja”.

Felieton satyryczny o przygotowaniach do świąt „Moje uwagi” przygotował Mieczysław Terlecki.

Właściwie okres świąteczny jest nagrodą dla wszystkich, których w tygodniu z domu formalnie wyrzucano na bruk. Ze ścian zdejmowali domownicy wszystko, co jeszcze uratowano przed zastawem i puszczeniem na bęben… A więc trzepanie dywanów nie tyle perskich, ile buczackich, zaszywanie starych dziur w nowych firankach, a w kuchniach działy się rzeczy groźne dla żołądków, przyjemne dla gości, a niestrawne dla kucharek. Myślałem, że moi znajomi oszaleli; biegali po pustych sklepach, jeden za czarnożółtemi skarpetkami, jak gdyby całe życie boso chodził; inni kupowali wodę jodoformową na oblewany poniedziałek, a byli nawet tacy, co się golili i włosy ondulowali, nikt się nie gorszył w domu, gdy dziatwa sposobiła klucze, młotki i flobery i t.p. pukawki dla rozruszania policjantów i pogotowia ratunkowego. Każdemu, coś do odświętnego stroju brakowało. A panie robiły trzęsienie ziemi i koniec świata…. W sklepach największy popyt za spinkami, kołnierzykami, rękawiczkami, drożdżami… Młodzież o artystycznych skłonnościach malowała pisanki i czekała na „świąteczne”…

A tu wiosna niepotrzebnie wciska swoje ciepłe kaprysy. Pokazałby człowiek na Akademickiej, iż potrafi się ubrać jak lord – cóż, kiedy panuje ogólny brak wytwornych ubrań dla dżentelmenów o nieskazitelnych muskułach… Życie towarzyskie nabiera impulsywnego charakteru, całe rodziny wychodzą na dworzec kolejowy po krewnych i nie dokrewnych. Społeczeństwo zaczyna się dzielić na jednostki, które się dają zapraszać i takie, które zapraszają, oraz na tych, którzy chcą mieć święty spokój. Biedni krewni idą z gościną do jeszcze biedniejszych, aby zobaczyć czy wszystkie braki są do siebie podobne. Ogniska domowe zaprowadzają podział godzin i przyjęć dla gości. Teściową karmi się ćwikłą, sosem tatarskim albo octem; zięciowi daje się wiśniak, aby się uporczywie o posag nie dopominał; stare ciotki nadziewa się siarką i zapala na wiwat. W dniach świąt człowiek dopiero pojmuje, jak należy się naturalnie odżywiać…

A także „Wiek Nowy” zamieścił informacje o tym „Jak dawniej ucztowano” i o takim popularnym obrządku jak „Śmigus Dyngus”.

Kiedy w teraźniejszych czasach drożyzny widzimy taką walkę z groszem, to mimo woli cofamy się wstecz ku temu co było dawno, bardzo dawno. Dzisiaj, gdy kogoś przyjmujemy, choćby tylko osób kilkanaście, to podanie gorącej kolacji i tortów uważane jest za coś większego. A jakże to inaczej przyjmowano gości za naszych przodków. Dzisiejszy człowiek nie może wyjść ze zdumienia nad tem, jakie to bogactwo bywało w starożytności i wiekach średnich i dziwi się, jak mogli kiedyś ludzie mieć taki wyborny apetyt – tyle zjeść i wypić. U bogatych Rzymian każdemu z biesiadników podawano dzika kunsztownie z jednej strony gotowanego, a z drugiej strony pieczonego, aby trafić do gustu konsumenta. Wielki zbytek, połączony z wytwornością kulinarną, polegał na przyjęciu gości językami papuziemi.

Pewnego razu u Nerona podano języków tych 5000, co naturalnie wyobrażało takąż samą liczbę zabitych w tym celu papug. Bywały też nierzadko mózgi strusie, bażancie, a groszek, podawany na stół cesarski, mieszano z ziarnkami złota, a ryż z perłami. Przepiórki były podawane na ucztach bardzo uroczystych i otoczone wieńcami, jako najlepszy przysmak wśród ptactwa.

W rzędzie czworonogów największe zalety przypisywali Rzymianie zającowi. Kto jadł zająca, ten miał być cały tydzień pięknym, miłym, sypiał znakomicie, a z serca jego winna była ustąpić każda troska. Zwyczaj rzymski ustalił, że uczty zaczynały się od ostryg i jaj, a kończyły na owocach. „Od jajek do jabłek” mówiono, pragnąc oznaczyć, że uczta była zupełna. Obiad Heliogabala składał się z dwudziestu lub trzydziestu dań i wszystko to goście zjadali – co za żołądki. Było też galanterią podczas obiadu obsypywać gości kwiatami, spadającemi z pod uchylonych pował i sufitów – pod koniec uczty każdy literalnie pławił się w kwiecie, a zdarzały się wypadki, że i w kwiecistej kąpieli zasypiał snem wiecznym, wonią kwiatów odurzony. Innym razem poprzestawano na usypaniu całej posadzki na stopę grubości płatkami róży, oraz wieńczeniu gości wieńcami bluszczu i róży, co widzimy na starożytnych freskach rzymskich i pompejskich. Wieńce takie – według kompetentnych – miały rozpraszać upojenie.

Kobiety nie używały publicznie wina, wieńczyły się tylko różami. Róża grała jeszcze inną rolę w ucztach: zawieszano ją u stropu nad stołem biesiadniczym jako symbol milczenia, aby nie opowiadać na zewnątrz co się dzieje pod różą – stąd powstałe wyrażenie: „sub rosa”. Wieki średnie odznaczają się w dziedzinie gastronomicznej gustami i zwyczajami nie dzisiejszemi, niemniej nadzwyczajnemi. Za Karola V na przykład jadano koninę, rosół z jaszczurek – jadano też bażanty, a na ucztach weselnych podawano zawsze łabędzia.

Były też w owej epoce zwyczaje bardzo piękne, choć dziwaczne. Wnoszono bażanta lub pawia na złotych półmiskach, przy fanfarze, którą wykonywał najmłodszy syn gospodarza, a w jego braku – córka.

Taką procesję poprzedzali paziowie z pochodniami. Bażanta, zanim go rozebrano, ustawiano na chwilę przed najpiękniejszą damą, a rycerze, wyciągnąwszy nad upieczonym ptakiem ręce, przysięgali nań, że dokonają czynów doniosłych. Potem dopiero szedł ów zaprzysiężony bażant pod noże krajczych.

Jakże nasze dzisiejsze obiady i wieczerze uroczyste różnią się od uczt i biesiad dawniejszych! A czy dziwić się temu, czy posądzać społeczeństwo o niską wadę skąpstwa? Tyleż trudu, tyle pracy dla każdego inteligentnego człowieka, aby dociągnąć od miesiąca do miesiąca. Przodkowie nasi zjadali perły i złote ziarnka – my w święta gdy gości przyjmujemy lub w dzień imienin, to już z uszczerbkiem dla naszego skromnego budżetu. Bo my wszyscy żyjemy w czasach niezwykle ciężkich dla utrzymania bytu – nam nie wolno tak ucztować.

„Śmigus”

Jednym ze starodawnych zwyczajów, który do dziś ostał się wśród naszego ludu i szeroko jest rozpowszechniony, jest wielkanocny „śmigus” albo „dyngus”.

Jak starodawnym jest ten zwyczaj w Polsce, dowodem tego zakaz Synodu duchownego diecezji poznańskiej z XIII. w., który walczy ze „śmigusem” jako pogańskim zabobonem. Odnośny artykuł brzmi: „Zabraniajcie, aby w drugie i trzecie święto wielkanocne mężczyźni kobiet, a kobiety mężczyzn nie ważyli się napastować o jaja i inne podarki, ani do wody ciągać”.

Mimo to „śmigus” przetrwał wieki, a był jako miła krotochwila pielęgnowany nie tylko przez lud, lecz niemniej przez najwyższe sfery towarzystwa.

Kitowicz tak pisze o „śmigusie” z czasów saskich: „Była to swawola powszechna w całym kraju, tak między pospólstwem, jako też między dystyngowanymi. W Poniedziałek Wielkanocny mężczyźni oblewali wodą kobiety, a we wtorki i dni następne kobiety mężczyzn. Oblewano się rozmaitym sposobem. Amanci, chcąc tę ceremonie sprawić bez przykrości, skraplali lekko różaną lub inną pachnącą wodą po ręku, czasem po gorsie, małą jakąś sikawką albo z flaszeczki. Ci, którzy swawolę nad dyskrecję przekładali, oblewali i damy wodą prostą, chlustając garnkami, szklanicami lub dużemi sikawkami prosto w twarz albo od nóg do góry. Gdy się rozhulała kompania, panowie i dworzanie, panie i panny, leli jedni drugich ze wszystkich naczyń, jakich dopaść mogli, a hajducy i lokaje cebrami donosili wody. Kompania dystyngowana goniła się, oblewała od stóp do głów tak, że wszyscy zmoczeni byli, stoły, stołki, krzesła, kanapy, łóżka pooblewane, a podłoga cała schlustana. Gdzie taki „śmigus”, osobliwie u młodego małżeństwa, miał być odprawiany, pouprzątano meble kosztowniejsze, sami przebierali się w suknie najskromniejsze, którym woda nie szkodziła. Największa była rozkosz przydybać jaką damę w łóżku – przytrzymana przez mężczyzn w koszulce, musiała pływać w powodzi”.

Na pierwszej stronie świątecznej „Gazety porannej” Henryk Zbierzchowski zamieścił swój wiersz

„W święto Zmartwychwstania…”
Ziemia, zwolniona od zimowych oków
Pławi się cała wśród zieleni morza.
Z jasnego nieba, z wiosennych obłoków
Spływa nam w serce jakaś łaska Boża.

Otwórzcie oczy: oto Chrystus biały
Idzie przez pola i wiosenne łąki,
Kwiaty srebrzystą rosą się spłakały
Nad głową Jego śpiewają skowronki.

Z duszy wszechświata blask się wypromienia,
Wieść dobra płynie wśród wiekowej głuszy.
I człowiek, mała cząstka wszechistnienia,
Święci dziś święto Zmartwychwstania duszy.

Otwórzcie oczy: z każdej nieba cząstki
W dół spozierają oczyma dziecięcia
Roje aniołków, opartych na piąstki
Kwiaty ze szczęścia padły w swe objęcia.

Słuchajcie, o czem szumi bór i rzeka
I wszystkie trawy leśnego kobierca:
Największym darem i skarbem człowieka
Jest brylantowa, jasna dobroć serca.
Została zachowana oryginalna pisownia

Opracował Krzysztof Szymański

Tekst ukazał się w nr 6 (370), 30 marca – 15 kwietnia 2021

X