Huculskie Boże Narodzenie Pocztówka świąteczna z okresu międzywojennego

Huculskie Boże Narodzenie

Zima w Karpatach zawsze była śnieżna, z wielką liczbą śnieżyc i zawiei. Niejednego wędrowca zwalała z nóg potężna zamieć. Piękno przyrody Karpat tworzy niepowtarzalną atmosferę święta, a szczególnie Bożego Narodzenia. Huculi z niecierpliwością oczekują na to główne chrześcijańskie święto. Przed świętem do domu powracają wszyscy, aby zebrać się w swojej chacie na Wigilii. Czytelnikom Kuriera Galicyjskiego opowiemy o szczegółach huculskiego Bożego Narodzenia, o tradycjach i zwyczajach świątecznych, które opisywane były przez licznych etnografów, miłośników Huculszczyzny: kapłana greckokatolickiego Sofrona Witwickiego, niemieckiego uczonego Raimunda Kaindla i ukraińskiego pedagoga i publicystę Wołodymyra Szuchewycza.

Przed Bożym Narodzeniem Huculi przestrzegają surowego postu, zwanego „pełepiwka” lub „pyłypiwka”. Nazwa pochodzi od imienia apostoła Filipa, którego święto jest ostatnim dniem przed postem. Kilka dni przed Bożym Narodzeniem w huculskich chatach gospodarze porządkowali obejścia – doglądali zwierzęta domowe, myli i czesali je, wywozili na pola gnój, przygotowywali drwa na święto. Kościelni porządkowali świątynie – zmieniali obrusy, ustawiali nowe świece, czyścili kadzielnice, krzyże, wycierali kurz wewnątrz cerkwi. Wszędzie było gwarno, w powietrzu czuło się już nadchodzące wielkie święta.

Obraz na szkle autorstwa malarzy Romana i Natalii Jusypczuków z Kosowa, z wystawy „Huculskie Boże Narodzenie”

Wigilia był dniem szczególnym, który tworzył w domach atmosferę dostatku, pokoju, szczęścia i ładu. O świcie gospodynie rozpoczynały pracę. Pierwszą rytualną czynnością było krzesanie nowego ognia. Gospodyni dobywała zza ikon w kącie izby krzesiwo, które leżało tam przez ostatnie 20 dni. Po trzykrotnym przeżegnaniu się wykrzesała „nowy ogień”. W piecu układano symboliczne 12 polan, suszonych przez 12 dni. Ten „żywy ogień” nie gasł w huculskich chatach aż do święta Chrztu Pańskiego, zwanego też Jordanem (19 stycznia). Nie można było od tego ognia przypalać fajki. Na tym ogniu przygotowywano wszystkie potrawy na wieczerzę wigilijną. Teraz gospodynie rozpoczynały przygotowania: płukały bób, fasolę, suszone śliwki, ziemniaki, rozczyniały chleb, moczyły suszone ryby i gotowały zeń studzieninę, zawijały gołąbki, gotowały barszcz. Na święta przygotowywano specjalną wódkę – na miodzie, kalinie, z goździkami, cynamonem i pieprzem. W przygotowaniach gospodyni pomagały dzieci. Postna wieczerza składała się ze wszystkich plonów pól, ogrodów i sadów.

W tym czasie gospodarz karmił trzodę, ścielił jej świeżą słomę, do żłobu wrzucał pachnące siano. Potem oczyszczał ze śniegu podwórze i obchodził gospodarstwo – czy wszystko jest na swoim miejscu. Nic nie mogło znaleźć się w ten wieczór poza domem, w cudzych rękach, pożyczone lub zapomniane. Wszyscy członkowie rodziny również powinni byli znaleźć się przy stole wigilijnym. Mawiano: „Broń Boże zanocować gdzieś poza domem – przez cały rok będziesz błąkał się po świecie”. Nie można było też kłócić się czy wszczynać bójki – tak będzie przez cały rok. W tym dniu nie rąbano drwa, bo „ptak będzie rąbał kukurydzę”. Od rana do Wigilii zachowywano post ścisły. Na małe przekąski w porze obiadu zezwalano dzieciom, które nie mogły wytrzymać bez pożywienia cały dzień.

Na Huculszczyźnie zwyczaje chrześcijańskie przeplatały się z dawnymi pogańskimi, których wiele zachowało się w obrzędach Bożego Narodzenia. Po przygotowaniu wieczerzy gospodyni obchodziła obejście, pilnując, aby na kołkach, płotach czy grządkach nic nie wisiało, bo „latem ptak zje cały urodzaj”.

Stół wigilijny zaścielano sianem, po wierzchu kładziono różnego rodzaju nasiona i nakrywano obrusem. W rogach stołu kładziono ząbki czosnku. Pod stół gospodarz również narzucał siana, naśladując przy tym głosy zwierząt – aby „mnożyła się trzoda”. Na to siano kładł chomąto i uprząż, aby „na zwierzęta nikt nie napadł w drodze i nikt je nie urzekł”. Następnie gospodarz przewiązywał nożyczki nicią z najlepszej wełny, mówiąc: nie nożyce wiążę, lecz widły na niedźwiedzie i wilki, by nie szkodziły bydłu i aby związać całe zło w gospodarstwie. Tak przewiązane nożyczki kładł również na stół pod obrus na znak, że za rok nie zabraknie na tym stole potraw. Następnie gospodarz wynosił z chaty igły, aby „człowieka przez cały rok nic nie kłuło”.

Dziury po sękach w ławach zatykano sianem lub płótnem przemawiając: „Nie dziury zatykam, ale gęby swoim wrogom, aby ich napaści nie imały się mnie cały rok”.

Na tak nakryty stół gospodyni kładła w dwa rzędy chleb, po wierzchu kołacze i dwie główki soli. Gdy na dworze już się dobrze ściemniło, gospodarz wychodził z chaty i strzelał na znak, że czas już zasiadać do wieczerzy. Usłyszawszy strzały w górach, wszyscy przebierali się w odświętne stroje. W tym czasie gospodarz trzykrotnie obchodził z kadzidłem chatę, aby „błyskawica nie biła w tę chatę i łasica nie pchała się do komina”.

Gospodyni w ścisłej kolejności zaczynała ustawiać na stole pokarmy: gotowany solony bób w misce; dalej rybę, pierogi, gołąbki i śliwki oraz kutię. Następnie podawano ziemniaki okraszone tłuczonym czosnkiem i olejem, kompot z suszonych owoców, groch z czosnkiem i olejem, jęczmień z miodem, śliwki z fasolą, pierogi z makiem, kapuśniak z krupami, proso z olejem i „kokosze” – gotowane nasiona kukurydzy.

Z każdej potrawy gospodarz nabierał po trochę do miski, solił, mieszał z grysem i szedł do obory, by świątecznymi potrawami nakarmić zwierzęta. Do pasieki niesiono wodę z miodem. Gospodarz obchodził ponownie z kadzidłem całe obejście, a wyszedłszy na dach zasiewał obejście makiem, mówiąc: „Tak, jak żadna wiedźma nie jest w stanie zebrać ten mak, niech nie będzie w stanie zaszkodzić mojemu domostwu”. W tym czasie rodzina czekała w chacie, a gospodyni zapalała świece i nakładała symboliczny poczęstunek z dziewięciu potraw, na wierzchu kołacz, szklankę z miodem i szklankę z wodą, orzechy i jabłka. Gdy już zwierzęta były nakarmione świątecznymi potrawami, gospodarz wynosił przed chatę przygotowany poczęstunek i zapraszał nań „wszystkich czarowników i zwierzęta, które mogłyby zaszkodzić jego gospodarstwu”.

Obraz na szkle autorstwa malarzy Romana i Natalii Jusypczuków z Kosowa, z wystawy „Huculskie Boże Narodzenie”

Po powrocie do domu gospodarz zamykał drzwi wejściowe na zasuwkę i trzykrotnie okadzał mieszkanie, oczyszczając w ten sposób wszystkie izby i obecnych, w końcu ustawiał naczynie z kadzidłem na kamieniu na stole. Czasem do chaty wprowadzano zwierzęta domowe, aby „mnożyły się stale, jak stałe są święta Bożego Narodzenia”.

Następnie cała rodzina klękała do modlitwy. Po modlitwie gospodarz brał dowolną potrawę, podchodził do kogoś i mówił: „My ze szczerego serca i woli Bożej zapraszamy grzeszne dusze na wieczerzę, aby zawsze tak jadły jak my tu, a wszystkie dusze, co na świecie zginęły i ratunku nie mają, niech Bóg przyjmie do Siebie”. Przekazywał miskę temu, do kogo się zwracał, a ten stawiał ją na stół. Dopiero teraz siadano do stołu: gospodarz na miejscu honorowym, obok gospodyni, dalej dzieci. U zamożnych gospodarzy do stołu siadała też służba, rodzina i biedni sąsiedzi, którzy nie mieli z czego przygotować wieczerzę wigilijną.

Gospodarz nakładał sobie pierwszy kutię i trzykrotnie rzucał nią pod sufit mówiąc: „Aby pszenica rosła od ziemi aż po sufit”.

Wieczerza zaczynała się od kutii, składano sobie przy tym życzenia: „Szczęścia, zdrowia, aby Bóg dał doczekać świąt za rok”. Dalej spożywano inne potrawy i popijano wódką z miodem. Huculi pili z jednego kielicha kołem. Gdy opróżniono kolejne misy z potrawami, stawiano je jedna na drugiej. Ze stołu naczyń nie zbierano, bo od wieczerzy nie można było wstawać. Gdy już spożyto wszystkie potrawy, rodzina wstawała od stołu i modliła się. Obecnym na wieczerzy ubogim gospodyni nakładała każdej potrawy i dawała do domu.

Po wieczerzy naczyń ze stołu też nie zbierano, wierząc, że nocą przyjdą dusze zmarłych, aby się też posilić. Po wieczerzy czasem szło się ze swoimi potrawami z wizytą do krewnych, tam śpiewano i tańczono przy skrzypcach.

Na drugi dzień rano, po modlitwie, zbierano ze stołu naczynia, pozostawiając jedynie chleb, kołacz, trochę soli i czosnek. Leżało to w rogu stołu najbliższym do łóżka aż do Jordana (19 stycznia). Okruszków i resztek potraw nie wyrzucano, lecz dawano zwierzętom. Następnie wszyscy schodzili się na nabożeństwie w cerkwi, potem szli winszować do kapłana. Dopiero teraz rozpoczynano śpiewanie kolęd. Tworzyły się grupy kolędników i chodziły od chaty do chaty, przyśpiewując i winszując gospodarzowi i gospodyni.

Obraz na szkle autorstwa malarzy Romana i Natalii Jusypczuków z Kosowa, z wystawy „Huculskie Boże Narodzenie”

A my naszym Czytelnikom też powinszujemy po huculsku:

„Вінчуємо ти шьистєм, здоровєм,
Свйитим Рождеством, Ісусом Хрестом
Сесї свйитонька свйаткуй же здоров,
А другі свйитка дочекай здоров!
Поможи, Боже, свйита кінчати,
В шьистю здоровю других діждати!
Ой дай Боже!”

Roman Czorneńki
Petro Hawryłyszyn

Tekst ukazał się w nr 24 (388), 27 grudnia 2021 – 17 stycznia 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X