Hitlerowska fabryka fałszywych banknotów ze zbiorów autora

Hitlerowska fabryka fałszywych banknotów

Przemawiając we wrześniu 1939 r., już po wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Anglię i Francję, do nazistowskich pilotów, Hermann Göring, dowódca niemieckiego lotnictwa wojskowego, powiedział, że będzie się nazywał Meier, jeżeli nad Niemcami pojawi się chociaż jeden wrogi samolot (Meier to w języku potocznym tyle, co wieśniak, chłop, kmiotek).

Ulotki zamiast bomb

Cóż, marszałek Rzeszy (Hitler nadał mu ten tytuł w lipcu 1940 r.) powinien był tysiąckrotnie zmienić nazwisko, gdyż lotnictwo angielskie (Royal Air Force, RAF), zaczęło się pojawiać nad niemieckim miastami począwszy od marca 1940 r. regularnie, w późniejszych fazach wojny niemal codziennie. O ich nadlatywaniu ostrzegało mieszkańców wycie syren: wówczas kto żyw udawał się do schronów przeciwlotniczych, budowanych na rozkaz Hitlera od października 1940 r. w każdej większej kamienicy.

Czasem, na początku 1940 r., słychać było samoloty, ale na próżno stłoczeni w piwnicach ludzie nasłuchiwali odgłosów eksplozji bomb. Zamiast nich bowiem angielscy piloci zrzucali dziesiątki tysięcy karteluszków. Były to sfałszowane w Anglii niemieckie kartki żywnościowe, a także upoważniające do zakupu benzyny. W Londynie spodziewano się, że ta akcja zdezorganizuje zaopatrywanie ludności niemieckiej w prowiant. I tak się w pewnym zakresie stało. Miały też miejsce aresztowania wśród obsługi stacji benzynowych, z zarzutem niedostatecznej kontroli oryginalności kart na paliwo. Jeszcze w 1943 r. w wielu miastach w sklepach z żywnością sprzedawano ją tylko za równoczesnym okazaniem dowodu osobistego.

Teraz w naszej relacji pojawia się osoba dobrze nam znana: Alfred Naujocks, członek SS. 31 sierpnia 1939 r. kierował on grupą esesmanów przebranych w polskie mundury, która opanowała stację radiową w Gliwicach i wygłosiła kilka słów po polsku, wołając na końcu: „Niech żyje Polska!”. Ta prowokacja, wykoncypowana przez Heinricha Himmlera i zorganizowana przez Reinharda Heydricha, szefa Służby Bezpieczeństwa (SD), dała Hitlerowi propagandowy powód do zaatakowania Polski. Naujocks spisał się i odtąd był bliskim współpracownikiem Heydricha, zawsze gotowym do wykonywania specjalnych poruczeń. Na początku 1937 r. powierzono mu kierownictwo berlińskiej placówki SD zajmującej się fałszowaniem dokumentów: świadectw urodzenia, dowodów osobistych, paszportów, wiz, praw jazdy, dyplomów itd., potrzebnych zwłaszcza agentom pracującym za granicą. Gdy Anglicy zaczęli zrzucać fałszywe kartki żywnościowe, Naujocks zaproponował, by odpłacić im podobną monetą, czyli wydrukować angielskie kartki (na Wyspach aprowizacja też już była racjonowana) i rozrzucić je nad angielskimi miastami, co na pewno zdezorganizuje handel. Podczas dyskusji na ten temat jego pracownik, dr Albert Langer, zauważył, że angielskiej ekonomii to nie zaszkodzi, lepiej byłoby puścić w Anglii w obieg fałszywe banknoty, co załamie system walutowy, a jeszcze lepiej – pozyskać dewizy na zakup za granicą tak potrzebnych Niemcom surowców.

Naujocks przedstawił tę propozycję Heydrichowi, prawej ręce Himmlera, ten uznał ją za nadzwyczaj interesującą, i zarazem sporządził memorandum ze szczegółami do przedstawienia go Hitlerowi. Führer uznał inicjatywę za bardzo interesującą, i wyraził zgodę na jej realizację, z zastrzeżeniem, by jednak nie drukować dolarów (co zamierzał Naujocks), bo przecież nie toczymy wojny z USA.

Heydrich sprecyzował zadanie dla mających pracować przy druku falsyfikatów: banknoty mają być absolutnie takie jak oryginały, aby nawet najbardziej doświadczeni angielscy specjaliści nie dostrzegli żadnych różnic, żadnych mankamentów.

Operacja Andreas

Naujocks wybrał spośród 30 pracowników drukarni ośmiu, których wyłącznym zadaniem był teraz druk podróbek. Zadanie wydawało się proste, ale rzeczywistość rychło ujawniła, że tajna akcja prowadzona pod kryptonimem Andreas (nawiązywał do krzyża św. Andrzeja wkomponowanego we flagę W. Brytanii) jest niezmiernie trudna, kłopoty nawarstwiały się. Wpierw okazało się, że żadna niemiecka wytwórnia nie potrafi wyprodukować odpowiedniej farby (z tym problemem się jakoś uporano), potem że żaden młyn papierniczy nie jest w stanie dostarczyć papieru potrzebnej jakości, i to ze znakami wodnymi. Nie było innego wyjścia, zakupiono wiele ton papieru w Turcji. Ale w kraju aż kilka placówek naukowych próbowało dociec jakie tajemnice kryje sposób jego produkcji. Wydano na to 200.000 marek. W końcu uzyskano pomyślny rezultat: okazało się, że do jego produkcji trzeba używać szmat bawełnianych i włókien ramii indyjskiej. Lecz i tak z końcowego produktu przeciętnie odrzucano jedną trzecią, bo mimo wszystko papier nie zawsze odpowiadał standardowi. Długo trwało także rozgryzienie procedury numerowania banknotów (podobno niezbędnych informacji dostarczył kret pracujący w angielskiej wytwórni banknotów).

Wreszcie produkcja banknotów ruszyła, ale zrezygnowano z małych nominałów, skoncentrowano się na fałszowaniu 10-funtowych. Naujocks, chcąc się upewnić, że fałszywki w 100 procentach są zgodne z oryginałami, wysłał agenta do Szwajcarii z 20 banknotami, który tam, w Bazylei, podając się za prowadzącego rozległe interesy przemysłowca, poszedł do banku, i twierdząc, że kupił funty na czarnym rynku, ale ma wątpliwości co do ich oryginalności, poprosił o zrobienie ekspertyzy. Wykazała, że banknoty są dobre! Mało tego, Helweci wysłali też kilka telegramów do Anglii z danymi o numerach banknotów, datami ich wydania i podpisem głównego kasjera. Także te informacje Londyn uznał za prawdziwe.

Naujock triumfował i przekazał informację o sukcesie Heydrichowi. Mógłby żyć w aureoli sławy, awansować. Ale popełnił błąd: nadzorował też ekskluzywny berliński zamtuz i wiedział dokładnie, kto w nim bywa, miał nagrania zachodzących do niego gości, wysokich partyjnych dygnitarzy, wśród których był także Heydrich. Podzielił się tą wiedzą z szefem wywiadu (SD) Walterem Schellenbergiem, ten zaś nie omieszkał zreferować informacji Heydrichowi. Ów zareagował natychmiast: doprowadził do degradacji Naujocka (był SS-Hauptsturmführerem) i wysłania go na front, tak że znikł z pola widzenia.

Operacja Krüger

Odstawienie Naujocka spowodowało przerwę w realizacji operacji Andreas, nie udawało się znaleźć osoby, która mogłaby nią kierować. Były nawet sugestie, by wstrzymać sabotaż, nadal bowiem podtrzymywano nadzieję, że jednak dojdzie do porozumienia i współpracy z Londynem. Nic podobnego! Himmler zaczął się denerwować, chciał przecież, aby jak najszybciej akcję wznowić, i to w znacznie większym zakresie niż uprzednio produkować miesięcznie co najmniej milion funtów. I nie w Berlinie, bo w tamtejszej drukarni zatrudniano cywilów, a nikt nie mógł zapewnić, że nie puszczą pary z ust. Himmler uważał, że trzeba znaleźć miejsce całkiem odizolowane, odcięte od świata. I wskazał je: obóz koncentracyjny! Wybrano Sachsenhausen opodal Berlina. W końcu wybrano też człowieka, który odtąd miał być szefem całego przedsięwzięcia: został nim Hauptsturmführer Bernhard Krüger (odtąd jego imię było kryptonimem całej operacji), członek SS od 1931 r. Znał się na tym, co mu kazano robić, bo pracował w Wywiadzie Zagranicznym Abwehry, w którym prowadził komórkę zajmującą się fałszowaniem paszportów i dowodów osobistych. W tym celu jeździł do okupowanych państw i przywoził stamtąd oryginały tych dokumentów, a także stemple, formularze, znaczki opłat, służące mu jako wzory do produkcji fałszywek.

Ale o tym, jak zorganizować od nowa „fabrykę” fałszywych banknotów nie miał pojęcia. Władze pomogły mu jednak wszystko zorganizować. Przede wszystkim potrzebni byli fachowcy. Komendanci kilku obozów koncentracyjnych otrzymali rozkaz, by wyselekcjonowali więźniów, którzy w życiu zawodowym byli związani z drukarstwem, papiernictwem, bankowością lub mieli smykałkę do techniki, i wysłali ich do obozu w Sachsenhausen. Spośród przybyłych Krüger wybrał ponad 140. Ulokowano ich w dwóch blokach, nr 18 i 19, które odgrodzono płotem z drutu kolczastego pod napięciem elektrycznym. Traktowano ich znacznie lepiej niż pozostałych więźniów, lepiej odżywiano, w razie potrzeby leczono, każdy miał własne łóżko z pościelą. Cóż – byli zbyt cennym specjalistami, bez nich nic by nie funkcjonowało. I wciąż doskonalili swe umiejętności. „Fabryka” działała całodobowo, Berlin wciąż potrzebował dewiz. Komendant obozu nie miał do niej dostępu, wszystkim dyrygowało SD.

W 1943 r. były gotowe pierwsze banknoty z Sachsenhausen. Zanim opuściły obóz, były jeszcze celowo postarzane, gdyż całkiem nowe zawsze budziły nieufność. Zajmowała się tym specjalna ekipa. Inna segregowała urobek według kryteriów w czterech kategoriach. Do pierwszej zaliczano banknoty pod każdym względem idealne – były przeznaczone dla niemieckich dyplomatów w neutralnych państwach, kupujących za nie surowce i inne niezbędne dla wojennej gospodarki materiały. Wydzielane do drugiej kategorii służyły do opłacania agentów i sabotażystów działających we wrogich krajach. Tu szczególnym przykładem był pracujący w angielskiej ambasadzie w Ankarze Albańczyk, Elyesa Bazna, który poszedł na współpracę z niemieckim przedstawicielstwem dyplomatycznym, któremu dostarczał kopie ważnych dokumentów z sejfu swego pracodawcy. W sumie za swe usługi otrzymał ponad 300.000 funtów. Sądził, że dzięki nim po wojnie urządzi sobie wygodne życie. Srogo się pomylił, okazało się bowiem, że wszystkie były fałszywe (po wojnie domagał się od RFN zadośćuczynienia, ale nic z tego nie wyszło). Banknoty trzeciej kategorii miały mankamenty, ale znowu uznano, że można by je zrzucać nad Anglią, żeby przynajmniej narobić trochę chaosu. Ale Hitler uznał, że to utopijny plan, bo po pierwsze, niemiecka Luftwaffe już nie panowała nad przestrzenią powietrzną nad Anglią, a po drugie – brakowało jej, w piątym roku wojny, benzyny. Wobec tego te banknoty niszczono. Podobnie jak przypisane do kategorii czwartej, z różnych względów nieudane (choć zwykły zjadacz chleba na pewno nie miałby im nic do zarzucenia).

Walutę najwyżej ocenianą wysyłano do zamku Labers w Tyrolu, w którym mieściła się placówka zajmująca się rozprowadzaniem banknotów. Zajmował się tym niejaki Fritz Schwend, przedwojenny kupiec z rozległymi zagranicznymi kontaktami. Dzięki temu mógł szybko zorganizować sieć dystrybucji fałszywek. Miał nawet na Morzu Śródziemnym jachty pływające pod neutralną flagą, świetnie nadające się do transportu trefnego towaru.

Ogółem w Sachsenhausen wyprodukowano prawie 9 milionów banknotów, najwięcej 5-funtowych (niemal 4 miliony), ale oprócz nich z maszyn drukarskich schodziły także 10-, 20- i 50-funtówki. Z ogólnej ich liczby do wspomnianych wyżej kategorii 1 i 2 zaliczono ponad 670.000 sztuk o wartości ponad 10 milionów funtów.

Reakcja Bank of England

Już w końcu 1942 r. do Bank of England dotarły pierwsze fałszywe funty wyprodukowane w akcji Andreas, potem także te z Sachsenhausen. Fachowcy byli zdumieni ich jakością, ale szybko wyławiali podróbki. To dzięki temu, że przy druku oryginałów stosowano pewien trik: w obrazie banknotu lokowano niewidoczne gołym okiem mikroskopijne punkty, kreseczki itp. Fałszerze pomijali je przy tworzeniu replik, ich brak zaś na fałszywkach był dostatecznym dowodem, że ma się do czynienia z nielegalnym biletem bankowym. Bank of England nie nagłaśniał jednak swego odkrycia, bo nie chciał, by świat stracił zaufanie do funtów. Zgrzytając zębami akceptował przedkładane mu banknoty. Dopiero w styczniu 1946 r. ogłoszono wszystkie 5-funtówki wydane przed 2 wrześniem 1944 r. za nieważne, zastąpiono je nowymi, z metalowym paskiem bezpieczeństwa.

20 lutego 1945 r., gdy w Sachsenhausen już było słychać sowiecką artylerię, Krüger otrzymał rozkaz, by wstrzymać wszystkie prace, zdemontować maszyny, zapakować i przygotować do transportu. Do skrzyń włożono także gotowe banknoty. Pociąg z tym ładunkiem i więźniami z bloków 18 i 19 wyruszył w drogę 24 lutego, jego celem był jeden z podobozów Mauthausen. Tu w podziemnych tunelach na nowo zmontowano maszyny, ale do produkcji fałszywek już nie doszło. 1 maja zjawił się Krüger, oświadczył, że to już koniec tysiącletniej Rzeszy, i polecił zniszczyć wszystkie maszyny, banknoty i matryce. Nie udało się spalić wszystkiego, więc część dobytku zapakowano do skrzyń, które zatopiono w pobliskim jeziorze Toplitz (część banknotów udało się potem wydobyć z jego toni, ale po kilku tajemniczych śmiertelnych wypadkach nurkujących, władze austriackie zakazały dalszej eksploracji jego wód). Po czym Hauptsturmführer znikł, a wraz z nim wszyscy esesmani. Więźniowie, którzy byli przekonani, że zostaną wymordowani, odetchnęli: byli wolni!

Tak zakończyła się największa w historii, bo fabryczna, afera z fałszowaniem banknotów, której patronował, któż by inny – Adolf Hitler! Jego broń ekonomiczna nie wypaliła!

Wrócono do pomysłu zrzucenia wielkiej ilości banknotów nad angielskimi miastami, trzeba było tylko rozpocząć ich masową produkcję.

Tadeusz Kurlus

Tekst ukazał się w nr 5 (369), 16–29 marca 2021

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X