Gajdosz z Zaolzia: Jestem trochę takim „Bohem”

Otmar Kantor, pochodzi z czeskiego miasteczka Jabłonków na Zaolziu. Jest wyjątkowym instrumentalistą, który wykonuje utwory ludowe i autorskie na gajdach, śpiewa w kapeli góralskiej, rzeźbi w drewnie.

– Jestem trochę takim „Bohem” – powiedział muzyk. – Gram na gajdzie i śpiewam w kapeli góralskiej. Coś tam rzeźbię, coś tam maluje. Fascynuje mnie przyroda, chociaż w ostatnich latach nie poświęcałem na nią czasu – dodał gajdosz.

{youtube}6rLwR9T5XJw{/youtube}

W rozmowie z Eugeniuszem Sało, nasz bohater opowiedział o miejscowości, w której mieszka i życiu Polaków w tej części Zaolzia. Podzielił się również wrażeniami z zeszłorocznej podróży do Lwowa i zwiedzania Karpat Wschodnich.

Jesteśmy w miejscowości Łomna Dolna, która jest Panu bliska i dobrze znana.
Idziemy po ścieżce w największej puszczy w północno-zachodnich Karpatach. To jest ostatnia puszcza, która wyrosła od tysięcy lat i zachowała się dzięki myśliwym niemal od czasów Piastów. Na pograniczu rezerwatu oprowadzam turystów i opowiadam im co to za miejscowość, bo do samej puszczy nie można wejść. Można chodzić tylko po obrzeżach rezerwatu. Jeśli chciałby Pan tam wejść, to musi najpierw dać „bumagę” do Ministerstwa Środowiska Naturalnego do Pragi i czekać dwa, trzy lata. Trzeba też udowodnić, że ta wycieczka ma na celu studiowanie przyrody, ptaków i roślin albo, że Pan jest fotografikiem artystycznym.

Skąd przyjeżdżają do was turyści i czy rozumieją miejscową gwarę?
W ostatnich latach odkryli ten zakątek Czesi. Najwięcej z województwa środkowo-czeskiego, czyli koło Pragi, także z Moraw. Polacy za bardzo tutaj nie jeżdżą. Kiedy z turystami mówimy po swojemu, czyli po śląsku, nie mają szans. To jakby słuchali Madziara. Jak jest Polak to mówię tak jak z wami, jak jest Czech – to po czesku, ewentualnie, ze Słowakiem „howorym” po słoweńsku.

A jak mieszka się Polakom w Jabłonkowie i w okolicznych wioskach? Czy odczuwa się, że jest tu granica i państwa są podzielone?
Dobrze nam się mieszka. Mamy tu jeszcze wciąż ładną przyrodę, jest tu całkiem fajny klimat, cicho i spokojnie, nie tak, jak w większych miastach. Myślę, że to już odchodzi do historii – jakieś tam podziały. W miarę zgadzamy się na to, co jest, bo nigdy nie wiadomo co jeszcze gorszego może przyjść.

Na Ukrainie jest tendencja, że młodzież wyjeżdża na studia, do pracy. Jak to wygląda tutaj, u was?
Tutaj jest tak samo, tylko że dla Ukrainy Polska to zachód, a dla Czechów i Polaków ten prawdziwy zachód jest zachodem. Młodzi ludzie jeżdżą do Austrii, Niemiec, Anglii. Niektórzy jeżdżą do Ameryki i tam później zostają. Młodzież tam poznaje życie i oszczędza, bo głównie jedzie, żeby zarobić. Tutaj człowiek nie może tyle kasy zarobić. Gdy już potem przyjeżdżają z tego „dzikiego zachodu” mogą sobie wybudować dom albo kupują mieszkania i nie muszą brać hipoteki. To się tak lepiej żyje. Na pewno tam się namęczą, bo rozmawiałem z różnymi ludźmi i jak się u nas mówi „wszędzie jest chleb o dwóch skórkach”.

W tamtym roku odwiedził Pan Lwów…
Bardzo mi się podobało, tylko że wszystko było duże: lokomotywy i słupy elektryczne. We Lwowie nie było nic komfortowego, bo myśmy tam przyjechali nad ranem, spaliśmy parę godzin na ławkach. Później, jak się rozwidniało zwiedziliśmy chyba wszystkie teatry i kościoły. Tak dużo tego było, oglądaliśmy od 5 rano do 14 po południu. Następnie pojechaliśmy pociągiem do Iwano-Frankiwska przez 3,5 godziny. Dalej „makabryczną” marszrutką do wsi Osmołoda i pieszo na Gorgany. Cieszyłem się, że w ogóle przeżyłem tę drogę.

Jest różnica między górami po tamtej stronie, a tutaj z waszej strony?
Tu jest bardziej cywilizowane. Jeśli ktoś tu zabłądzi wystarczy, że pójdzie w stronę potoku i natrafi na drogę. A tam jest zupełna dzicz i jeśli ktoś pójdzie koło potoku, to za 30 km może coś będzie. Również nie było zwierząt po stronie ukraińskiej, co mnie bardzo rozczarowało. Na pewno jeszcze bym tam pojechał, ale lubię zwierzątka, to pojadę raczej gdzieś do Polski albo na Słowację. Tam zwierzątek jest więcej. Lubię po prostu w plenerze oglądać jelenie czy orły, a na Gorganach tego nie widziałem. Jeden kogut, jedna łania za tydzień – „makabra”.

Pan mieszka tutaj całe życie. Czy planował Pan kiedyś stąd wyjechać?
Jak byłem młody to chciałem wyjechać, ale myśmy byli tak „zatumanieni” Związkiem Radzieckim na wieczne czasy, że jakby człowiek wtedy stąd wyjechał, to by się bał, że nigdy więcej tu nie wróci. Ale też nie żałuję, że zostałem.

Dziękuję za rozmowę.

Karina Wysoczańska, Justyna Wiącek
Fot. Karina Wysoczańska
{gallery}gallery/2019/gajdosz_z_zaolzia_wysoczanska{/gallery}

X