Edward Czernik – legendarny polski sportowiec z Dublan Edward Czernik

Edward Czernik – legendarny polski sportowiec z Dublan

List do redakcji

Dzień dobry, droga redakcjo Kuriera Galicyjskiego!

Pisze do Was zagorzały zwolennik i wielbiciel gazety. Jako rodzina z zainteresowaniem czytamy wasze publikacje, a nawet zaprenumerowaliśmy dostawę gazety do naszego domu. Dlatego chciałbym zasugerować jeden temat, który z pewnością zainteresuje każdego czytelnika. Pochodzę z rodziny o polskich korzeniach. Po wojnie duża część rodziny przeniosła się do Polski. Jednym z naszych krewnych jest mój wujek Edward Czernik. Urodził się w Dublanach, w rejonie samborskim, a następnie całe życie spędził w Polsce, gdzie zmarł w maju 2023 roku. Mieliśmy okazję widzieć go i komunikować się z nim przez całe jego życie. Był interesującą i miłą osobą. Ale najważniejsze jest to, że polski sportowiec zasłynął ze skoków wzwyż już za życia. Cała jego historia życia i osiągnięcia zostały zebrane w autorskiej książce.

Z poważaniem
Igor Kubik

Spotkaliśmy się w redakcji Kuriera Galicyjskiego. Igor Kubik przyniósł książkę wspomnień Edwarda Czernika pt. „Z Górzycy do Tokio” z dedykacją swoim krewnym we Lwowie oraz zdjęcia rodzinne. W tym roku Edward Czernik ukończyłby 85 lat.

Był on 28-krotnym reprezentantem Polski w meczach międzypaństwowych (1961–1969): 28 startów, 12 zwycięstw indywidualnych. 5-krotny mistrz Polski (1961, 1963, 1964, 1966, 1967). 7-krotny rekordzista Polski (od 2,08 w 1961 do 2,20 w 1964). Halowy mistrz Finlandii z 1964. Jako pierwszy Polak skoczył 2,20 m (30 lipca 1964 Hëssleholm, Szwecja). Dotychczasowy rekordzista Polski skoku wzwyż stylem przerzutowym. Został wyróżniony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz otrzymał Odznakę „Zasłużony Mistrz Sportu” i Złoty Medal „Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe”.

Edward Czernik urodził się 25 września 1940 roku w Dublanach koło Sambora. Już na samym początku II wojna światowa dotknęła tam też miejscowych Polaków. W książce „Z Górzycy do Tokio” Edward Czernik napisał: „Niemcy aresztowali mojego ojca, który został osadzony najpierw w Czortkowie, a potem w Majdanku. Mama została z trójką dzieci i robiła co mogła by przetrwać okres głodu i straszliwego terroru. Po czteroletnim pobycie w obozie koncentracyjnym ojcu udało się powrócić do rodziny. Był wrakiem człowieka, ale wola walki i chęć przetrwania zdziałały cuda i szczęśliwie do nas powrócił”.

Edward Czernik , archiwum rodziny Kubików

Od razu po zakończeniu wojny, w roku 1945 większość Polaków była wymuszona opuścić Dublany. Przesiedleni zostali na Zachód, na tzw. Ziemie Odzyskane, z których wypędzono Niemców.

„W ciągu kilku dni cała nasza rodzina została załadowana do transporterów, które zdążały na tereny Zachodniej Polski – czytamy we wspomnieniach Edwarda Czernika. – Proces ten trwał parę długich tygodni, a przybywający z Kresów Wschodnich na Zachód Polacy mogli zasiedlać opuszczone przez Niemców gospodarstwa i domy. Na trasie tych wędrówek osiedlano się w miastach i po wsiach. Początkowo nikt nie potrafił określić miejsca, do którego nas wiozą. To była podróż w nieznane. W połowie roku 1946 transport repatriantów (bo tak nazywano przesiedleńców), w którym jechałem z rodzicami i rodzeństwem, zatrzymał się na stacji kolejowej Ługi Gorzyckie. Część ludzi rozeszła się po okolicznych wioskach szukając nowego miejsca na osiedlenie się. Moi rodzice zajęli dom i średniej wielkości gospodarstwo rolne przy ulicy Kostrzyńskiej w Górzycy, która w okresie powojennym wyglądała zupełnie inaczej, niż obecnie. Wszędzie pełno było zgliszcz, straszyły gruzowiska domów, zniszczony kościół, a na rzece Odrze zniszczone zostały dwa drewniane mosty. Mieszkańcy Górzycy byli w większości przybyszami z Kresów Wschodnich oraz zdemobilizowanymi żołnierzami Armii Polskiej, którzy powracając w rodzinne strony często zatrzymywali się tu i zakładali rodziny. Wszędzie było wojsko, które starało się pomóc repatriantom w pierwszym okresie zasiedlania się tych terenów”.

archiwum rodziny Kubików

Edward miał wtedy pięć lat. Drogę do wielkiego sportu rozpoczął w szkole od piłki nożnej. O tym jak liceum dołączyło do udziału w rozgrywkach lekkoatletycznych tak wspominał: „Zgłosiłem się do skoku wzwyż, ponieważ w Gorzycy z kolegami ustawialiśmy tyczki, przez które skakaliśmy, a i w skakaniu przez płot miałem niemałe doświadczenie. Traf chciał, że wygrałem mimo ręki w gipsie, skacząc nożycami 1,45 m”.

Józef i Aniela Czernikowie, rodzice, archiwum rodziny Kubików

W czasie tych szaleńczych startów w zawodach Edward Czernik wpadał niekiedy do Gorzycy, ażeby zobaczyć jak radzą sobie rodzice. Nie miał czasu by pomóc, bo ciągle musiał startować, uczestniczyć w jakimś mityngu. Rodzice spoglądali na niego z dumą, ponieważ nikt w tej wsi nie był tak sławny. Pisano o nim w gazetach, był rekordzistą Polski, pogromcą światowej sławy skoczków wzwyż. To był rok 1964, chyba najlepszy w całej jego karierze sportowca, bo ciągle wygrywał. Ze wzruszeniem wspomniał w swojej książce o rozmowie z rodzicami: „Opowiadałem im, gdzie byłem i co widziałem. Ojciec zażartował, że skoro jeżdżę po świecie mógłbym kiedyś w Gorzycy pokazać im i sąsiadom co potrafię. Tylko, że do tego nie było warunków, wokół same trawiaste łąki, stadion w opłakanym stanie. Myślałem o Zielonej Górze, żeby zaprosić ich do siebie, ale nie przyjechaliby, bo za daleko, bo jak to gospodarze, nie lubią ruszać się daleko ze swej miejscowości. W końcu jednak nadarzyła się odpowiednia okazja. Działacze „Celulozy Kostrzyn” zaprosili mnie do pobliskiego Kostrzyna na otwarcie stadionu”.

Na otwarcie stadionu z udziałem Edwarda Czernika mieszkańcy Gorzycy przybyli tłumnie, jedni pociągami, inni rowerami, motocyklami, a nawet wozami zaprzężonymi w konie.

„Przed takimi kibicami jeszcze nigdy nie występowałem – wspominał. – Wszak byli to moi sąsiedzi, prości ludzie, którzy ze sportem mieli niewiele do czynienia. Stanąłem na rozbiegu, spojrzałem na trybuny i wyszukałem wzrokiem moich rodziców. Byłem tak stremowany jak nigdy wcześniej, nogi grzęzły mi w żużlowatej nawierzchni. Wtedy uświadomiłem sobie, że przecież jestem skoczkiem wzwyż za ich zgodą. Gdyby odpowiednio wcześnie nie zabronili mi grać w piłkę nożną, być może zamiast stać tam na bieżni byłbym piłkarzem.

archiwum rodziny Kubików

Odczekałem jeszcze chwilę. Ludzie umilkli, nastała przejmująca cisza, taka, że było słychać szum rzeki Warty płynącej nieopodal stadionu. Wiedziałem jedno – musiałem skoczyć wysoko, myślałem skoczyć wysoko, myślałem że może uda mi się pobić rekord Polski, choć w głębi serca wiedziałem że to jest niemożliwe. Mimo to czułem się wspaniale. Skakałem nieźle, lecz trema dawała się we znaki. Pokonałem kolejno wysokości 213 i 216 cm, zatrzymała mnie wysokość 219 cm. Atakowałem trzykrotnie, niestety strąciłem poprzeczkę. Być może w innych warunkach skoczyłbym nawet 221 cm. Po turnieju ludzie znajomi i nieznajomi podrzucali mnie do góry, wiwatowali na moją cześć i składali mi gratulacje, dawali ogromne bukiety kwiatów polnych i ogrodowych. Cieszyłem się, że ci prości ludzie mogli mnie zobaczyć na skoczni na żywo, a nie tylko podziwiać mnie w kolejnej transmisji telewizyjnej czy radiowej. Rodzice płakali z dumy i ze szczęścia. Nawet mój ojciec, który nigdy nie uronił ani jednej łzy (nawet kiedy Niemcy osadzili go w obozie w Majdanku) teraz płakał.

Mityng kostrzyński zapamiętałem na całe życie. Czy można najbliższym ludziom sprawić większą radość? Każde zwycięstwo mnie cieszyło, każde miało swoją cenę, ale tamto lipcowe w Kostrzynie miało dla mnie chyba największą wartość”.

archiwum rodziny Kubików

Rozważając o swojej karierze sportowej Edward Czernik napisał: „Nie tylko sport wypełnia życie najbardziej zagorzałego i wytrwałego zawodnika. Uprawianie sportu na poważnie zabiera masę czasu, który zawodnik musi poświęcić na treningi i zawody. Do tego zawsze istnieje ryzyko urazów i kontuzji. Sam pamiętam jak to było – lwią część czasu poświęcałem na treningi i zawody, godzinami przebywałem na stadionie, a na pozostałe przyjemności zostawało już bardzo niewiele czasu. Póki człowiek jest młody, nie zdaje sobie sprawy, że czas tak szybko ucieka, a miniony raz już nigdy nie powróci. Jedyne, co pozostanie to wspomnienia tych wszystkich radosnych i smutnych chwil naszego życia. Moje życie bez sportu byłoby smutne i nudne.

W młodym wieku jesteśmy aktywni, pełni sił i energii. Mamy marzenia i dążymy do ich spełnienia. To pobudza nas do działania, do podejmowania jeszcze większego wysiłku, by osiągnąć upragniony cel. Marzenia często okupione są pasmem wyrzeczeń i rezygnacji z doraźnych przyjemności. W przypadku sportowców ma to szczególne znaczenie. Przeważnie kariera sportowca rozwija się pomyślnie, a wysiłki zostają zwieńczone mniejszymi lub większymi sukcesami. Jednak zdarza się też tak, że czas poświęcony dla sportu okazuje się czasem bezpowrotnie straconym. Podczas gdy koledzy i koleżanki kończą studia i zakładają rodziny, sportowiec uprawiający sport wyczynowo trenuje i osiąga sukcesy, jednak wszystko ma swój koniec. W pewnym okresie jego życia spotyka się on z załamaniem kondycji fizycznej i psychicznej. Kiedyś był podziwiany, chwalony, rozpoznawany. Z czasem staje się zapomniany i odchodzi w cień. Kto tego etapu nie wytłumaczy sobie prawidłowo, cierpi bardzo mocno. Często dochodzi z tego powodu do tragedii osobistych i rodzinnych.

Edward Czernik , archiwum rodziny Kubików

Okres, w którym uprawiałem sport wyczynowy był okresem sportu amatorskiego. Z uprawiania sportu nie można było żyć. Trzeba było dodatkowo pracować, by móc się utrzymać, a za zdobyte medale jedyną nagrodą był uścisk dłoni jakiegoś prezesa. Dlatego zrezygnowałem z wielu przyjemności, na które mogli sobie pozwolić moi koledzy i czas wykorzystywałem na treningi oraz zdobywanie wiedzy (ukończenie studiów) w celu zdobycia zawodu”.

Podsumowując swoją karierę sportową, Edward Czernik zaznaczył: „Będąc rekordzistą Polski przez długi okres nie miałem równych sobie przeciwników, którzy skakali stylem przerzutowym. Dopiero wprowadzenie nowych liberalnych przepisów doprowadziło do wynalezienia nowego stylu skakania „fosbery flop”. Styl ten jest dużo łatwiejszy od przerzutowego i pozwala osiągać lepsze wyniki. Wkrótce w Polsce pojawił się młody skoczek – Jacek Wszoła, który skacząc nowym stylem fos bery flop najpierw wyrównał mój rekord, a potem poprawiał, dokładając po centymetrze do każdego rekordu.

Mam jednak satysfakcję, że zostałem rekordzistą Polski po wsze czasy i rekordu mojego już nikt nie poprawi, bo styl przerzutowy odszedł w zapomnienie. Przeszedłem do historii polskiego sportu jako rekordzista Polski stylem przerzutowym. O doniosłości tego dokonania świadczy fakt, że moje nazwisko znalazło się w „Małej Encyklopedii PWN” z roku 1970 pod hasłem sport tuż obok nazwisk największych ówczesnych polskich sportowców.

Wspominając te wszystkie lata, zawody, treningi chciałem nie tylko udokumentować swoje życie. Chciałem utrwalić i zachować swoje wspomnienia dla swoich bliskich i dla przyszłych pokoleń. Chciałem także, by moja historia była świadectwem tego, że wielki sportowiec może narodzić się w całkiem małej, nieznanej nikomu mieścinie, a do sławy i sukcesu może zaprowadzić go jedynie systematyczna i ciężka praca”.

Edward Czernik ze sportem związany był do końca życia. Po zakończeniu kariery był trenerem kadry narodowej, aktywnie współpracował z lokalnymi klubami m.in. słynnym Lubtourem Zielona Góra. W drugiej połowie lat 80. pracował także w Dubaju. Jako trener był aktywny aż do 2022 roku.

Zmarł 31 maja 2023 i został pochowany na Nowym Cmentarzu przy ul Wrocławskiej w Zielonej Górze (kwatera 8, rząd 2, grób 2).

Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X