„Pod bezpiecznym niebem” – pod takim hasłem ma terenie powiatu lubaczowskiego odbywają się kolejne dziesięciodniowe Turnusy Wypoczynkowo-Terapeutyczne dla dzieci i matek z Ukrainy. Są to osoby, które straciły na wojnie ojców i mężów. Takie turnusy powstały z inicjatywy Marcina Piotrowskiego, znanego społecznika z Podkarpacia, przy wsparciu dobroczyńców z Polski, Stanów Zjednoczonych i Izraela. Zostały też podpisane umowy z władzami obwodów na Ukrainie opiekującymi się takimi rodzinami.

Tego lata była to już druga grupa z obwodu dniepropietrowskiego. Spotkaliśmy się na dworcu we Lwowie, gdzie kobiety z dziećmi przyjechały autobusem z Polski i czekały na pociąg powrotny do miasta Dnipro.
– Pracuję w miejskim szpitalu w Nikopolu, na oddziale intensywnej terapii – powiedziała Aleksandra Gura. – Wiem, czym jest wojna. Obecnie towarzyszę dzieciom i matkom jako pracownik medyczny. To są żony lub wdowy z różnych miejscowości. Mężowie zginęli, albo zaginęli bez wieści. Na początku kobiety nie były zbyt ufne, gdyż powiedziano im, że z nimi będą pracować psycholodzy, a dzieci będą osobno. W końcu wszystkie kobiety zgodziły się, że psycholodzy leczą ich dusze. Rozluźniły się. Dzieci były tam całkowicie bezpieczne. Były tak szczęśliwe, że nawet do mam nie podchodziły. W Kowalówce, w „Leśnej Chacie”, było wspaniale. Las, śpiew ptaków, czyste powietrze i spokój. Nie było alarmów powietrznych, nie słychać było wybuchów. Marcin Piotrowski zapraszał nas do domu na kawę. Szłyśmy boso przez rzekę, a wokół były krowy, konie i bardzo wiele bocianów. Tam są bardzo dobrzy ludzie.

Anna Stecenko mieszka pod Nikopolem.
– Półtora roku temu zginął na froncie mój mąż – powiedziała kobieta. – W Polsce na początku odczuwałam pewne wewnętrzne napięcie, bo jechałam do obcego kraju z dziewięcioletnim dzieckiem. Na zajęciach z psychologami dano nam, kobietom, możliwość wygadania się. Wszyscy nas uważnie wysłuchiwali, dawali rady. Wszystko było super!
U Tetiany Toloki półtora roku temu mąż zaginął bez wieści na froncie i odtąd kobieta próbuje go odszukać.
– To niepewność najbardziej zabija, podobnie jak świadomość, że nikt nie szuka naszych bliskich – opowiedziała Tetiana. – Dzieci płakały, że nie zobaczą już taty. Przyjechałam tu z synem i córką. Nam jest bardzo ciężko. Ostatnio z nikim nie chciało się kontaktować. Byliśmy zamknięci w sobie. Aż w tym obozie w Polsce nauczyłyśmy się na nowo nawiązywać relacje z innymi ludźmi. Usłyszałyśmy naszych dzieci, bo w domu bardzo mało z nimi rozmawiałyśmy. One były ciągle w gadżetach, a my ciągle pracowałyśmy albo szukałyśmy zaginionych na froncie mężów i dlatego było mało czasu dla dzieci. Dzięki temu turnusowi nauczyłyśmy się dostrzegać nasze dzieci i widzieć, jak rozmawiają z rówieśnikami. Wszystkie czułyśmy się tam jak w rodzinie.
– Tam w Polsce nie było alarmów lub innych zagrożeń, nawet nie chciało się nosić telefonu w ręku – mówi Kateryna Borysowa. – A przede wszystkim liczy się bezpieczeństwo dzieci. Krajobrazy tam były niewiarygodne, można je było podziwiać bez końca. Z Polakami łatwo było nawiązać porozumienie. Wystarczą dobre chęci, bo ludzkie serca zawsze są otwarte. Gdy brakowało słów, porozumiewałyśmy za pomocą gestów.

Pani Tamara z Dnipra przyjechała z dwoma synami, starszy ma szesnaście, młodszy – dziesięć lat.
– Jako kobieta, jako matka i jako wolontariuszka, która każdego dnia styka się z wiadomościami o śmierci bliskich i przyjaciół, miałam możliwość wreszcie się zresetować – powiedziała. – Przez te dziesięć dni mogłam zatrzymać się i pobyć przy dzieciach. Dzięki organizatorom tego turnusu wróciłyśmy jakby w czasy, kiedy w Ukrainie nie było wojny. Bez dronów, bez wybuchów.
Dzieci też opowiedziały o swoich przeżyciach.
– Podobało mi się, jak chodziłyśmy po linach, a jeszcze zabrano nas do aquaparku – powiedziała Nastia z Nikopola.
– A jeszcze robiłyśmy koncerty – dodała Sasza z Dnipra. – Poznałam przyjaciółki Polki. Bawiłyśmy się razem, jeździłyśmy na rowerach.
Do rozmowy dołączyła Darija Bedalowa z Nikopola, której mąż zginął na froncie:
– Zostałam z trójką dzieci. O wyjeździe do Polski dowiedzieliśmy się dzięki naszej radzie powiatowej. Zadzwonił do mnie radny i zaproponował wyjazd na wypoczynek i rehabilitację razem z dziećmi. Jesteśmy bardzo zadowolone z tej podróży. Byłyśmy w Polsce po raz pierwszy. Niesamowite wrażenia. Brakowało nam takiego ciepła i przytulności, w które tam trafiłyśmy. Żyjemy w mieście, które jest ostrzeliwane przez Rosjan niemal całą dobę. Dlatego ten spokój, ta atmosfera, ta gościnność są dla nas niesamowite. Odpoczęłyśmy nie tylko fizycznie, ale też duchowo i moralnie. Marcin Piotrowski to niesamowity człowiek. Powiedziałyśmy mu na pożegnanie, że zabieramy ze sobą cząstkę jego serca. To bardzo pozytywna, bardzo światła osoba. Bardzo otwarta, bardzo gościnna. Dzięki takim ludziom miałyśmy możliwość trochę odpocząć i się „zresetować”.
Marcin Piotrowski, założyciel Stowarzyszenia i Fundacji Humanitarnej Folkowisko w wywiadzie dla Kuriera Galicyjskiego powiedział:
– Nasze Turnusy Wypoczynkowo-Terapeutyczne organizujemy już od trzech lat. Poznaliśmy w Ukrainie wiele osób, które doznały straty najbliższej osoby. Zwykle męża, ojca, przyjaciela. I okazało się, że te osoby bardzo często są zostawione same sobie. Państwo je wspiera finansowo, ale psychicznie, mentalnie nikt z nimi za bardzo nie pracował. Jest takie poczucie, że kobieta, która straci męża, powinna być bohaterką. Powinna pokazywać innym, że jest dumna, dzielna, nic się nie stało. Ale jednak to jest olbrzymia strata. To jest strata części siebie. I potem jak zaczęliśmy współpracę z izraelską organizacją NATAN, zrozumieliśmy jak ważne jest zdrowie psychiczne osób, które są na terytorium gdzie toczy się wojna, a szczególnie tych, które przeżyły tak wielką stratę. Zaczęliśmy zbierać własną kadrę jako Folkowisko. Współpracujemy ze Stowarzyszeniem SOS Wioski Dziecięce – międzynarodową organizacją, która w Polsce bardzo silnie działa. I z naszymi przyjaciółmi ze Stanów, z Fundacją Kościuszkowską. Połączyliśmy siły i postanowiliśmy zaprosić osoby, które w Ukrainie straciły kogoś bliskiego. Pod wolne, spokojne, błękitne niebo Polski. Żeby tutaj wśród lasów i pól Kowalówki czy Gorajca mogły porozmawiać pod opieką psychologów. Psycholodzy zajęli się zarówno matkami jak i dziećmi. Ale żeby to też był dobry czas dla nich. Wspólny. Wytchnienia, radości, zabawy. Więc takie dziesięciodniowe turnusy, które się u nas odbywają, to praca z psychologami, ale też odkrywanie Polski, odkrywanie lasu, przygody. Bo chodzi o to, by dobrze spędziły czas.
Rocznie staramy się przyjąć około 150 osób. W szczytowych momentach przyjęliśmy nawet 300 osób. A przyjeżdżały do nas z różnych miejsc. W ostatnich dwóch turnusach gościliśmy po 17 mam i około 50 dzieci, przyjechały do nas z okolic Dnipra. Z wiosek, z kilku tamtejszych gmin. Czyli w bezpośrednim sąsiedztwie działań wojennych, gdzie dla nich spacer po łąkach, wyprawa do lasu – nie wiedzą za bardzo czym to jest. Pracują, uczą się w szkole zdalnie. Natomiast tutaj mogą pobyć ze sobą, być razem. W tym roku czeka nas jeszcze jeden turnus. Tym razem dla naszych sąsiadów z pobliskiego Jaworowa, ze Lwowa, z Mościsk. Bo wojna niestety dociera w najbardziej oddalone zakątki Ukrainy. Puka do każdego domu. Zagrożenie straty bliskiej osoby jest poczuciem codziennym dla setek, tysięcy, milionów osób mieszkających w Ukrainie. Bo prawie każdy ma kogoś bliskiego, kto służy w wojsku czy pracuje w miejscach, które są niestety atakowane. Dla ludzi w Polsce jest to czasem nie do zrozumienia. Ale ważne jest żeby nad tym pracować, żeby te traumy nie pozostały na pokolenia. Bo jesteśmy świadkami tego, jak II wojna światowa dotknęła mentalnie nasze pokolenie, naszych dziadków, pradziadków, pięć lat wojny odcisnęły wielkie piętno na ich życiu. My byśmy nie chcieli, żeby w Ukrainie pozostały osoby ztraumatyzowane tą wojną, która o wiele głębsze rany zostawia w umyślę, w duszy człowieka, niż na ciele. I nad tym trzeba pracować.
Na moje pytanie jak poznaje te ofiary wojny, które zaprasza na Turnusy Wypoczynkowo-Terapeutyczne, Marcin Piotrowski wyjaśnił:
– Poszukujemy rodzin poprzez organizacje, z którymi współpracujemy. Zwykle mamy podpisane umowy z władzami obwodów i one opiekują się rodzinami, którzy przeżyły straty, których czasem ojcowie zaginęli bez wieści albo są w długoletniej niewoli. Do nich zwracamy się z prośbą o wytypowanie tych rodzin, które potrzebują w tej chwili największego wsparcia psychicznego. Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Chcemy pomóc tym najbardziej potrzebującym. Miejmy nadzieję, że wojna zakończy się jak najszybciej. Każdy o tym marzy, modli się, mówi o tym. Ale nawet jak się zakończy, to straty, te rany pozostaną na długi czas. Olbrzymia praca przed wszystkimi nami, żeby te rany jak najszybciej zagoić – zaznaczył Marcin Piotrowski.
Konstanty Czawaga
