Dykteryjki ze znaczkami w tle

Trunek na frasunek

Do trumny zmarłego w 1998 r. słynnego amerykańskiego piosenkarza Franka Sinatry (1915-1998) włożono zgodnie z jego życzeniem butelkę whisky marki Jack Daniel’s (wytwarza się ją od 1866 r.), paczkę papierosów Camel, zapalniczkę firmy Zippo oraz dziesięć monet dziesięciocentowych (ponoć mówił, że będą mu potrzebne, gdy będzie chciał zatelefonować). Do alkoholu wymienionej marki przyciągnął go komik i piosenkarz Jackie Gleason, towarzyszył mu potem nie tylko w życiu prywatnym, lecz także, gdy szykował się do występu. Odpowiada mi wszystko, co pozwala przetrwać noc – mawiał Sinatra – może to być modlitwa, środek uspokajający lub Jack Daniel’s. Oczywiście, firma produkująca ten napój wykorzystała skłonność ku niemu artysty w kampaniach reklamowych, ba – zaczęła wytwarzać specjalny gatunek trunku, nazwanym Jack Daniel’s Sinatra Select, dojrzewającym w specjalnie do tej produkcji przygotowanych beczkach (jest kilkakrotnie droższa od zwykłej whisky).

Niebezpieczna zabawa
Kiedyś zapytano Betranda Russella (1872-1970), wielkiego angielskiego matematyka i filozofa, jak zapatruje się na przyszłość ludzkości? – Ależ tak – odrzekł – ma ona szansę, ale właściwie dotąd nie wiadomo, jaką. Czasami wydaje mi się, że jest grupą głupich wyrostków zabawiających się zapałkami wśród beczek z benzyną.

Na manowcach
Do spacerującego Arystotelesa (384 – 322 p.n.e.) podszedł jakiś młodzieniec i dał upust swej gadatliwości. Uczony spokojnie przysłuchiwał się potokowi jego słów. Po pewnym czasie pleciuch zorientował się, że wystawia cierpliwość filozofa na próbę. – Pewnie to, co powiedziałem znudziło cię? – zapytał. – Skądże – Arystoteles zaprzeczył – przecież nic nie powiedziałeś… Kiedy indziej także zaczepił go przechodzień i usiłował go przekonać, że dawno odkryte prawdy, absolutnie pożyteczne, są nic nie warte, na co przytoczył wiele argumentów. – Przyjacielu – zdołał mu wreszcie przerwać filozof – szukasz światła dziennego za pomocą lampy…

{gallery}gallery/2015/dykteryjki{/gallery}

Sobowtóry generalissimusa
Józef Stalin (1878-1953) w całym okresie sprawowania władzy piekielnie bał się śmierci z rąk jakiegoś zamachowca. Najpewniej czuł się na Kremlu, gdzie strzegli go liczni strażnicy, podobnie na daczy w Kuncewie. Gdy musiał opuścić bezpieczną przestrzeń, na wszelki wypadek zakładał kamizelkę kuloodporną, gdy opuszczał Kreml, przeważnie wyjeżdżały z niego dwa identyczne samochody, a w jednym z nich siedział jego sobowtór. Właśnie – ilu dyktator ich miał? Było to państwową tajemnicą, mówi się, że nawet 12, albo nawet 20. Po raz pierwszy wódz zdecydował się zaangażować dublera po zastrzeleniu Siergieja Kirowa w 1934 r. Ówczesny ludowy komisarz Spraw Wewnętrznych Gienrich Jagoda wciąż szukał, głównie na południu ZSRS, osób z fizjonomią maksymalnie podobną do twarzy ojca narodów. Jednym z jego odkryć był księgowy z Winnicy Jewsiej Łubickij. Ulokowano go w konspiracyjnym mieszkaniu pod Moskwą (jego rodzinę aresztowano i rozstrzelano), do którego przyjeżdżali fryzjerzy, krawcy i charakterolodzy przygotowujący go przez pół roku do nowej roli. Musiał także nauczyć się palić, specjalnie dlań sprokurowaną fajkę identyczną z tą, jaką posługiwał się Stalin. No i w rezultacie powstał sobowtór podobny do wodza jak kropla wody do kropli. Wreszcie nastał dzień, na który zaplanowano przedstawienie buchaltera-sobowtóra oryginałowi. Odbyło się to w Kuncewie. Stalin był zadowolony, śmiał się do rozpuku i wspólnie z gościem wychylili kilka kieliszków koniaku. Chcąc sprawdzić, jak dalece udało się stworzyć dlań dublera, kazał na daczę sprowadzić następcę Jagody, Nikołaja Jeżowa („krwawego karlika”), by mógł w odosobnieniu z nim porozmawiać. Nowy komisarz zachował się, jak należało: zaraportował „Stalinowi”, co ostatnio zrobił, ilu niepokornych obywateli kazał rozstrzelać. Słowem – wszystko wypadło jak najlepiej, teraz Łubickij mógł w niektórych sytuacjach wyręczać przywódcę. Kolejnym sobowtórem przysposobionym do zastępowania Stalina był aktor Feliks Dadajew, potem – niejaki Kristofor Golsztab, bardzo podobny do wodza, tyle tylko, że specjaliści musieli mu poprawić cerę, bo nie miał na niej, jak Stalin, śladów po ospie. Z powodzeniem dubler odciążył go od konieczności wielogodzinnej obecności na trybunie mauzoleum Lenina przy pierwszomajowej demonstracji. Ale coś musiało zazgrzytać, bo po pewnym czasie ten dubler znikł, nie wiadomo, co się z nim stało.

Przyjaźnie z lufy
Kto interesuje się starymi armatami, wie, że jedna z najbardziej znanych i z największych w świecie jest demonstrowana na moskiewskim Kremlu. To tak zwana Car-Puszka z XVI w. (reprodukcja), która nigdy nie została użyta w bojowej akcji (niemniej ponoć raz się nią by zademonstrować jej możliwości, posłużono, z jej lufy wyleciała kamienna kula o wadze 800 kg). Z kolei do moździerzy-gigantów zalicza się Grubą Bertę, używaną przez Niemców w czasie I wojny światowej. Ale istniały jeszcze – niewiele lat – dwie wielkie armaty, których zbudowanie zlecił puszkarzom architekt Andreas Schlüter, budowniczy zamku królewskiego w Berlinie. Miały cieszyć oczy pierwszego króla Prus, Fryderyka. Obie (nazwano je Azja i Europa), będące z pewnością pięknym dziełem sztuki puszkarskiej ustawiono w parku Lustgarten. Do Azji przystawiono schody, tak, że można było wejść na armatę i usiąść okrakiem na jej lufie. Gdy do Berlina w 1709 r. przyjechał król Polski August II Mocny, on, gospodarz i przebywający także w Berlinie król Danii Fryderyk IV wspięli się pospołu na lufę Azji, kazali podać wino i wznieśli kielichy przysięgając sobie wieczną przyjaźń. Podobna ceremonia odbyła się trzy lata później, kiedy do Berlina zawitał car Rosji Piotr I – dwaj monarchowie także przysiedli na lufie i popijając wino zaklinali się, że wiecznie zachowają przyjaźń. Fryderyk chciał, aby armaty były w parku na wieczną pamiątkę, ale gdy tron objął jego syn, Fryderyk Wilhelm I, zaraz oznajmił, że nie chce widzieć tych nie nadających się do niczego gratów, i kazał je przetopić, by mieć surowiec na moździerze. Armaty zatem nie przetrwały, podobnie jak przyjaźń cementowana toastami na lufie Azji.

On to, czy ktoś inny?
Istnieje wiele biografii Leonarda da Vinci, ale żadna nie wyjaśniła wszystkich tajemnic związanych z życiem wielkiego malarza, architekta, filozofa, pisarza, matematyka, mechanika, anatoma, wynalazcy, słowem – renesansowego geniusza. Między innymi nikt nie potrafił dotąd orzec, czy jego autoportret, pokazany na kilkunastu chyba znaczkach faktycznie przedstawia jego oblicze. Wielu badaczy uważa, że jest to po prostu portret jakiegoś sędziwego mężczyzny, którego fizjonomia na tyle artyście się spodobała, że postanowił naszkicować jego podobiznę. Zrobił to około 1510 r., miał zatem wówczas 58 lat, tymczasem na rysunku widzimy twarz mężczyzny co najmniej 80-letniego! Poza tym uczeni podkreślają, iż da Vinci nigdy nie wspominał, iż zamierza namalować autoportret, nikt też ze współczesnych mu nie zapisał, iż mistrz sam siebie maluje. Ale to nie jedyna zagadka związana z tym szkicem, jest on bowiem także owiany legendą podtrzymywaną zwłaszcza przez mieszkańców Turynu (obraz jest własnością tamtejszego Muzeum Królewskiego). Rzecz w tym, że przenikliwy wzrok starca ładuje każdemu przyglądającemu się mu jakąś niebywałą siłę. Mówi się, że właśnie dlatego w czasie ostatniej wojny wywieziono rysunek do Rzymu, gdyż obawiano się, że z jego właściwości skorzysta Adolf Hitler (zadziwia, że zabrano do stolicy tylko ów autoportret, a pozostawiono w bibliotece wiele innych obrazów da Vinci, Rafaela, Rembrandta). Liczne muzea chciałyby wypożyczyć autoportret, ale włoskie ministerstwo kultury nie chce na to wyrazić zgody, ustąpiło tylko w 2011 r., kiedy w Rzymie zorganizowano wielką wystawę z okazji 150. rocznicy zjednoczenia Włoch – trudno wręcz opisać, jakie podjęto środki ostrożności, by mająca zaledwie 33 x 22 centymetra kartka dotarła bez szkody do stolicy.

Tadeusz Kurlus
Tekst ukazał się w nr 5 (225) za 17-30 marca 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X