Rozmowa Anny Gordijewskiej z Mariuszem Olbromskim, literatem i muzealnikiem.
W jednym z naszych ostatnich wywiadów rozmawialiśmy o arcydziele reportażu jakim jest „Bitwa pod Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza, który na mocy uchwały Sejmu RP jest patronem tego roku. Czy w związku z tym w kraju miało miejsce wiele wydarzeń związanych z twórczością tego wybitnego pisarza?
Tak, tych wydarzeń było wiele, ostatnio ogromna konferencja naukowa w Krakowie i Poznaniu „Wańkowicz niedoczytany” z udziałem całej rzeszy znakomitych znawców i miłośników jego twórczości, między innymi pisarki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, sekretarki i asystentki Wańkowicza w latach 1972–1974, której zapisał całe archiwum, a także dedykował swą książkę „Karafka La Fontaine’a. Konferencja ta to cenna próba odczytania i odkrycia jeszcze raz, na nowo, tego przebogatego tematycznie i ideowo dorobku. Pisarza bez wątpienia wybitnego, czasem polemicznego w swych sądach, głęboko zakorzenionego poprzez swe działania i swe utwory w naszej najnowszej historii, złożonej rzeczywistości, realiach. Niezwykle dla nas cennego ze względu na swe przemyślenia i przesłania, także wielkie bogactwo językowe, o czym z kolei bardzo interesująco mówiła na naszym ostatnim Dialogu Dwóch Kultur we wrześniu tego roku prof. Dorota Heck z Uniwersytetu Wrocławskiego, dzieląc się refleksjami na temat: „Polszczyzna Melchiora Wańkowicza”. Ale pisarza, współcześnie jednak – to przyznajmy – trochę zapomnianego, wymagającego przybliżenia młodym pokoleniom, choć w XX wieku był jednym z najpoczytniejszych twórców. Dobrze więc się stało, że jest on patronem tego roku na mocy wspomnianej uchwały Sejmu RP. Obok drugiego – także wybitnego – Kazimierza Wierzyńskiego rodem z Drohobycza, jakże zakorzenionego swą twórczością i sercem w dziejach i pięknie swej rodzinnej ziemi, współtwórcy poetyckiej grupy Skamander, najsławniejszej w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a później po II wojnie światowej tragicznego, niezłomnego emigranta, wielkiego patrioty, walczącego do końca natchnionym słowem o prawdę historii, o kształt kultury polskiej. No, ale wróćmy do autora „Na tropach Smętka”. W bogatym programie wspomnianej konferencji „Wańkowicz niedoczytany” zabrakło mi głębszego rozwinięcia tematu niezwykle ważkiego, szczególnie – jak sądzę – dla nas dziś cennego.

Proszę powiedzieć o jaki temat, zagadnienie chodzi?
O temat ogromnie istotny także dla naszego współczesnego myślenia, naszego życia codziennego, odczuwania i pojmowania spraw. Tu i teraz. A mianowicie o jego przedstawienie spraw najbliższych, rodzinnych, własnego domu; jego atmosfery, wydarzeń małych i wielkich, drobnych faktów, powiedzeń, anegdot, postaci znanych i nieznanych, zwierząt, przyrody, otoczenia. Mijających lat i chwili. A właśnie wiele jego dzieł to wspaniały kalejdoskop rodzinny. To pisana z rozmachem autobiografia. Jego wiele dzieł bowiem oscylowało wokół biografii i życia najbliższych mu osób. Wańkowicz potrafił w swej twórczości ukazać całe piękno i niezwykłość życia codziennego swej rodziny. Jest piewcą trudu wychowywania dzieci, miłości do swej siedziby, a raczej siedzib. Jakże to dziś ważny dla nas temat, kiedy we współczesnym świecie zmienia się niekiedy model życia wielu rodzin, kształtowany często przez obce naszej kulturze, groźne, a chorobliwe wzory; przekazywane w dodatku codziennie przez wiele mediów, sączone jak trucizna szczególnie do młodych głów. Dom – paradoksalnie – ukazywany jest dziś często w krzywym zwierciadle jako banalny, mało ciekawy, podcinający młodym skrzydła; czasem jako rodzaj więzienia. Także jako zupełnie nijaki jako przedmiot do rozmów, rozważań, pozbawiony różnorodności piękna. Truizmem jest powtarzanie twierdzenia, że rodzina jest podstawą naszego życia społecznego. Ale co innego powtarzać takie banalne stwierdzenia, a co innego potrafić ukazać całe niezwykłe bogactwo i piękno, złożoność tego fundamentu życia społecznego i jednostkowego, w sposób porywający, wnikliwy, a zarazem skłaniający do wielu autorefleksji. A taka jest właśnie twórczość Wańkowicza, który z własnej biografii, z dziejów swej rodziny, barwnego przekazu o niej, zbudował dzieła, które się czyta z przejęciem, które mogą zachwycać. Oczywiście, w naszej kulturze literackiej mamy wiele książek świetnie napisanych, których wiodącym tematem są dzieje rodziny, jak, na przykład, „Rodzina Połanieckich” Henryka Sienkiewicza, czy „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej, „Chłopi” Władysława Rejmonta, zresztą bardzo ciekawie w naszych czasach sfilmowane, upowszechnione i ogólnie dostępne. Ale o ile wśród tych wymienionych mamy do czynienia z fikcją literacką, o tyle w twórczości Wańkowicza napotykamy rodzaj swoistego dziennika rodzinnego, wspomnieniowego reportażu, przemienionego piórem mistrza słowa w relację, która się czyta jak powieść, ale ze świadomością, że poznaje się autentyczne realia, zdarzenia, postacie. Ten – jak go dziś nazywamy „ojciec polskiego reportażu” uprawiał – jak sam to określił – „pisarstwo mieszane”, w którym fakty podawał często z poetyckim natchnieniem, opisy sytuacji czy przyrody. Łączył swym talentem to co się nazywa „literaturą faktu” z „literaturą piękną”. To – moim zdaniem – wyróżnia szczególnie te książki, sprawia, że spośród wielu jakże świetnych są one szczególnie cenne. No, a przede wszystkim są niebanalne, nie są nudne moralizatorsko, lecz pisane z humorem, wielkim polotem, uważną ciekawością na otaczający świat i z psychologiczną wnikliwością. Są świetnie skonstruowane. Lektura ich może wciągnąć czytelnika i porwać.
Na jakie zatem jego dzieła należy zwrócić uwagę, jeśli chodzi o temat rodzinny spośród jego tak bogatego dorobku?
Wańkowicz postrzegany jest przede wszystkim jako pisarz ukazujący współczesne dzieje naszego narodu; wszak jest twórcą wspomnianej już, wspaniałej „Bitwy pod Monte Cassino”, ale też takich książek jak na przykład: „Hubal”, „Westerplatte”, „Wrzesień żagwiący”, refleksji „Wojna i pióro”, wielu innych których, których tematem są współczesne mu wydarzenia historyczne, dzieje naszego narodu. Jest autorem kilkudziesięciu książek, które w ubiegłych latach miały na emigracji i w Polsce duże nakłady, cieszyły się poczytnością, doczekały się też przekładów na wiele języków. Temat autobiograficzny, rodzinny, odnajdujemy wśród wielu z nich i to jednych z najciekawszych. A więc, ukazanie dziejów jego rodziny, jako przykładu polskiego losu, kształtowały myślenie nie tylko u nas, w kraju, ale na kilku kontynentach. Spośród jakże licznych jego dzieł w których przewija się ten wątek chciałbym wymienić szczególnie: „Szczenięce lata”, a także „Ziele na kraterze”, „Tedy i owędy” oraz w jakiejś części też „Na tropach Smętka”.
„Szczenięce lata” ukazały się po raz pierwszy w Warszawie, w roku 1934 i przyniosły – wtedy młodemu, w zasadzie jeszcze początkującemu, mimo kilku już publikacji książkowych, pisarzowi – sławę i uznanie. Wcześniej, bo w 1923 ukazały się między innymi jego „ Strzępy epopei. Opowiadania”. Trzeba też przypomnieć, że po wojnie z bolszewikami i powstaniu wolnej Polski, ogłaszał wiele artykułów w prasie i współpracował z licznymi dziennikami, między innymi z: „Kurierem Warszawskim”, „Wiadomościami Literackimi”, „Kurierem Porannym”. Ciężko pracował piórem.
Ukazanie się książki „Szczenięce lata” w warszawskim wydawnictwie „Rój”, którego był założycielem i współwłaścicielem do 1939 roku, poprzedziły jej publikacje w odcinkach w wileńskim „Słowie”. Nie bez przyczyny, bo fabuła tej książki związana tematycznie jest głównie z Litwą, a konkretnie z Kowieńszczyzną.
Wańkowicz nie był dzieckiem szczęścia, bo w 1892 roku, kiedy przyszedł na świat w Kałużyńcach, koło Mińska, a więc na Rusi Białej, zmarł jego ojciec, powstaniec styczniowy, szlachcic z pradziada, z rodu o którym już pisał Mikolaj Rej. Gdy Melchior miał trzy lat, zmarła jego matka Maria ze Szwojnickich. Malec został sierotą. Wychowywała go w majątku mamy babcia, Felicja z Baczyżmalskich Szwojnicka, surowa, bogobojna, rozmodlona, uważna strażniczka domowego ogniska, rodziny, w dworze, położonym na Kowieńszczyźnie, nad malowniczą rzeką Nieważą. Dziś oczywiście już nieistniejącym. Tam właśnie przyszły pisarz spędził swe dziecięce lata, w tym osobliwym, barwnym, kręgu rodzinnym, który później, wnikliwie i z ogromną miłością, ale też z humorem i pietyzmem, opisał właśnie w „Szczenięcych latach”. Spotykamy w tej uroczej książce zarówno ciekawe charakterystyki wszystkich bez mała mieszkańców, licznych zwierzaków, w tym między innymi, oswojonych niedźwiedzi, psa który zaprzyjaźnił się serdecznie z krukiem. Na kartach tej książki odnajdujemy sugestywny opis wyglądu całego dworu, układu jego pomieszczeń, sprzętów w poszczególnych pokojach, zresztą bardzo staroświeckich, szacownych i solidnych. Przede wszystkim poznajemy zwyczaje mieszkańców dworu, te codzienne, a także w okresie świątecznym, ich życie religijne, zajęcia codzienne. Pisarz podaje z humorem mnóstwo anegdot, drobnych wydarzeń i historyjek z życia staropolskich Nowotrzeb. Buduje opis z przypomnienia drobnych faktów. Bardzo malarsko, sugestywnie przedstawił w tej książce obrazy otaczającej dwór przyrody, na przykład schodzącego do uroczej rzeki Nieważy parku. Pisał: „Nieważa, głęboka, przejrzysta rzeka, wolno płynęła nalana aż po zielone brzegi splątanych dżungli ożyn i łozin”. Opisał kąpiele na niej zarówno dorosłych jak i codzienne zabawy dzieci, później młodzieży. Przez wiele kart tego dzieła przeświecają malarsko i wspaniale ukazane panoramy i obszary lasów litewskich, pojawiają się wspomnienia polowań, między innymi, pierwszego w życiu Melchiora polowania na cietrzewie. Cóż to za sugestywny opis, przypominający poziomem artystycznym opis łowów na niedźwiedzia z „Pana Tadeusza”! Choć oczywiście u Wańkowicza jest to opis prozą. Bo oprócz dworu, rozmów głównie z babcią, prywatnych lekcji z korepetytorem, osobną księgą życia i nauki dorastającego Melchiora były właśnie litewskie pola i rozległe lasy, gdzie hasał z rówieśnikami z okolicznych wsi. Także polował w asyście i pod bacznym okiem wytrawnych znawców zwyczajów leśnych zwierząt: dworskich gajowych i strzelców. Ta wańkowiczowska gawęda napisana została piękną polszczyzną, a osobnego klimatu dodaje jej niekiedy „język pobereży” nasycony naleciałościami litewskimi i białoruskimi, przez który autor charakteryzuje też wiele osób. Książka dzisiaj jest skarbnicą wiadomości o zwyczajach i tradycjach dworów polskich na Kresach. Bez wątpienia „Szczenięce lata” to jedno z największych osiągnięć artystycznych Wańkowicza i jedna z najciekawszych relacji o życiu dworów na dawnych Kresach. Także dzisiaj może być ona źródłem wielu przeżyć estetycznych, swoistą księgą kultury staropolskiej w której dwór był odwieczną ostoją rodziny oraz kształtujących ją zasad i wielu pielęgnowanych wiekami obyczajów. A panujące tam relacje rodzinne, międzyludzkie, także silne więzi z przyrodą, były szczególnie mocnym spoiwem rzeczywistości. Drugim bohaterem zbiorowym tej książki, drugą jej częścią, jest dwór w Kalużycach koło Mińska w którym przyszły pisarz się urodził, a później gospodarował w nim jego brat Bolesław, którego Melchior dość często odwiedzał. Zupełnie inny w klimacie, obyczajach. Oba dwory uległy katastrofie, pożodze w okresie rewolucji bolszewickiej, którą w odniesieniu do tych miejsc Wańkowicz przejmująco opisał. O Kalużycach tak: „Ostatni raz widziałem je po pogromie bolszewickim, gdy przyszli ułani z korpusu Dowbora. Ziały wyrwane futryny okien. Kominki rozwalone siekierami, szukali skarbów. Porozłupywane kasetony w suficie: wyrąbywali mosiężne śrubki. W salonie wielka, gruba kolumna palisandrowa trema sterczy strzaskana, niby pień złamanego przez piorun drzewa; (…) Park zasypany kartkami porwanych książek biblioteki. Co za praca – tak pracowicie porwać trzy tysiące tomów – szukali skarbów”. Nic z tych dworów oprócz ruin nie zostało. Tylko właśnie ta mądra i osobliwa książka, tocząca się meandrami, zmiennym nurtem narracji, jak Nieważa. „Szczenięce lata” ukazywały osobne losy dwóch dworów Wańkowiczów, które przecież nie były wyjątkiem na całym obszarze Kresów, objętym wojenną pożogą i rewolucją. Opisał ten świat, który – już wtedy, gdy tworzył „Szczenięce lata”, bezpowrotnie minął.
I
nnym dziełem, które wymienił Pan jako szczególnie ciekawe jeśli chodzi o temat naszej rozmowy jest „Ziele na kraterze”.
„Szczenięce lata” kończą się katastroficznie, a zarazem optymistycznie. Na ostatniej stronie tej książki Wańkowicz pisał: „Dwory kresowe już zmarły. Ich byłych mieszkańców odprowadza raz po raz na cmentarz coraz szczuplejsza garstka mieszkańców w zrudziałych okryciach. A wokoło szumi Polska”. A więc jednak nowe życie, też rodzinne; nowa nadzieja, nowa praca. Wolność!
„Ziele na kraterze” to już inny, także autobiograficzny opis domu, nowego domu zarówno w sensie budowli jak i przede wszystkim życia rodzinnego, życia już nowego pokolenia rodziny Wańkowiczów, w późniejszych czasach i innym miejscu, bo w niepodległej Polsce i w Warszawie. Książka opowiada o wydarzeniach od 1919 roku aż do grudnia 1945 roku. Powstała po wojnie, gdy Wańkowicz przebywał na emigracji i ma tak jak „Szczenięce lata” charakter wspomnieniowy. Ale nie jest sentymentalna, tkliwa, czy pełna goryczy po stracie najstarszej córki Krystyny, łączniczki w batalionie AK „Parasol” zabitej przez Niemców w czasie powstania warszawskiego. To książka też o budowie z trudem i pietyzmem wznoszonego domu i o jego zagładzie w kompletnie zrujnowanej przez Niemców po powstaniu naszej stolicy. Pierwsze wydanie „Ziela na kraterze” ukazało się w Nowym Jorku w 1951 roku. Krajowa edycja ukazała się w 1957 roku, po tak zwanym „polskim październiku”, a wydawcą był Instytut Wydawniczy PAX. Głównym tematem dzieła jest właśnie życie rodzinne, dzieje miłości autora do przyszłej żony Zofii z Małagowskich herbu Nałęcz, którą poznał w 1914 roku, studentki historii uniwersytetu w Krakowie, zwanej w środowisku „świętą z kałamarzem”, a po ślubie w Kijowie w 1916 roku, w domowym języku – Królikiem. Później barwny strumień wspomnień przywołuje narodziny i dorastanie córek – starszej Krysi nazwanej Tiliporkiem, i młodszej Marty o ksywce Tili. Akcja książki zaczyna się od poczęcia Krysi, sugestywnym opisem: „Najpierw był embrion. Potem było w łonie matki zamknięte, pulsujące życie. Wreszcie był dziecinny pokój – świat nie do ogarnięcia w całym swoim ogromie, całej niespożytej różnorakości”. Całość kończy się zwrotem skierowanym do nieżyjącej Krystyny, łączniczki – jak wspomniałem – w batalionie „Parasol”, której prochów nie udało się odnaleźć zrozpaczonej matce w gruzach stolicy po upadku powstania. Wańkowicz w epilogu dzieła pisał: „Żyjesz Krysiuniu”. Jest w tym krótkim zdaniu i rozpacz i wiara. Także wiara w ocalającą moc słowa pisanego. Ale jest w nim przecież zakodowana jeszcze inna treść. Bo pewność, że to poświęcenie, ten zryw powstańczy, że ta śmierć – nie była daremna. Że była poniesiona z wiarą w ostateczne zwycięstwo. To zdanie – klamra – wyraża niezłomną wiarę w sens walki i poświęcenia, tę samą, jaka przyświecała poprzednim pokoleniom Wańkowiczów na Kresach. Klamra wzywająca do czynu następne nasze pokolenia. W przedmowie do wydania tej książki autor pisał o swym domu: „Chciałbym więc tylko, aby czytający przez jego dzieje ujrzeli dzieje swoich domów i swoich rodzin, i żeby wywołane wspomnienie rozdarło na chwilę nieznośny osad życia”. „Ziele na kraterze” jest z jednej strony książką pełną afirmacji rodzącego się życia, codzienności, anegdot, humoru, przywoływanych z pamięci dialogów domowych, cytatów z dziecinnego słownictwa, opisów wielu różnorodnych trudów wychowawczych, błyskotliwych relacji z wielu podróży własnym samochodem autora z żoną i córkami, także na Kresy, po drogach przedwojennej Polski; opisem jej niezwykłych miast i zakątków, spotkań z wieloma osobami. A z drugiej strony kończy się porażającym opisem – na podstawie relacji żony – o jej wędrówce przez doszczętnie zburzoną przez Niemców Warszawę. To tragiczna droga krzyżowa matki, która po daremnych poszukiwaniach grobu ukochanej i bohaterskiej córki pragnie wrócić do domu którego nie ma: „Poranne słońce świeci, rosa lśni na trawnikach placu Inwalidów. Jeszcze chwila, roztasują się przed Hotelem Oficerskim kosze przekupek, rozświergocą dzieci wracające ze szkół, zadzwoni przepełniony tramwaj, a może wysunie się zza rogu znajomy rower i błyśnie roześmiana najdroższa twarzyczka i rozrzucone ciemne włosy. Cisza zupełna. Idzie wzdłuż parku. Pamięta jak Krysia i Tili, zabawnie przysiadając, dziecinnymi rączkami sadziły w nim pierwsze drzewka. Teraz zbocza parku pokryte są grobami. Ale nie wszystkich jednak widać jeszcze wchłonęły groby. Na ulicy Czarnieckiego leży dwóch poległych powstańców. Jeden padł na trawę na wznak z rozkrzyżowanymi rękami, drugi leży na progu małego domku. Na końcu ulicy widzi sylwetkę swojego domu. Czyżby istniał?… (..) Przed Domeczkiem na Dziennikarskiej – barykada. Przechodzi przez barykadę wprost w rozwaloną furtę ogrodu. Czy możliwe aby do tego stopnia nie było domu?”.
Warto zacytować na koniec refleksje o tej książce wspomnianej już wcześniej Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm: „Wańkowicz w Zielu na kraterze z wielką atencją i pietyzmem pokazał lata okupacji niemieckiej w Polsce oraz cierpienie matki po stracie córki w Powstaniu Warszawskim (te fragmenty książki należą do jednych z najbardziej przejmujących obrazów ludzkiego bólu). Autor, który był poza krajem w czasie II wojny światowej, potrafił z wielkim literackim kunsztem odtworzyć atmosferę powstańczych dni walczącego miasta. Po ukazaniu się w kraju Ziela na kraterze w 1957 roku czytelnicy dziennika Życie Warszawy uznali tę książkę za najlepszą publikację poświęconą powstańczej Warszawie”. Wielka szkoda, że „Ziele na kraterze” zostało ostatnio wycofane z obowiązkowych lektur szkolnych, bo to dzieło mądre i wybitne.
No i jednak Wańkowicz po wojnie wrócił do Warszawy z emigracji. Jakie były jego losy w kraju?
Wańkowicz był człowiekiem niezwykle odważnym, wychowanym w duchu patriotycznym, co było widoczne od wczesnej jego młodości. Przypomnijmy, że w latach szkolnych w Warszawie i na studiach w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim uczestniczył w pracach organizacji niepodległościowych „Pet” i „Zet”. W 1917 wstąpił do Pierwszego Korpusu Polskiego gen. Józefa Dowbór-Muśnickiego, formowanego w rejonie Mohylewa. Rok później jako żołnierz tego Korpusu walczył z bolszewikami, a za udział w tych zmaganiach został odznaczony Krzyżem Walecznych. W okresie II wojny światowej był korespondentem wojennym w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa. Był w czasie bitwy razem z walczącymi żołnierzami na pierwszej linii pod Monte Cassino. Ponownie został odznaczony Krzyżem Walecznych.
Jego powrót do kraju, w 1958 roku, wzbudził na emigracji polemiki, był odczytywany przez niektórych jako zdrada. Przez innych jako brak rozwagi – wsadzanie głowy w paszczę lwa, zejście do czerwonych piekieł. Władze PRL-u przyjęły fakt jego powrotu do kraju z zadowoleniem, licząc na jego spolegliwość i uległość, ale też z dużą dozą nieufności. W zasadzie zaczynał w PRL-u po raz drugi – jak po pierwszej wojnie światowej choć nie był już przecież młody, życie od początku, pozbawiony zupełnie mienia i majątku. Nie przydzielono mu, jak innym ulubieńcom władzy komunistycznej obszernego i wygodnego mieszkania, ale małe przy ul. Puławskiej 10/35. W mieszkaniu zamieszkał wraz z żoną i w skromnych warunkach pracował tytanicznie, wydawał swe okaleczone cenzurą wcześniejsze książki jak choćby te o Monte Cassino, zapewne z myślą, aby choć cząstka prawdy dotarła do zniewolonego przez władze PRL-u społeczeństwa, nowych pokoleń, budziła nadzieję, umacniała wierność sprawie. Cenzura PRL-u nie dopuściła do publikacji wielu jego książek, między innymi: „Szpitala w Cichiniczach”, „Sztafety”, czy „Dziejów rodziny Korzeniewskich”. Ale pisał też nowe książki, znakomite, jak wspomniane już „Tędy i owędy”, nie opuszczała go wena twórcza, ani hart ducha. Wspomniana książka ukazała się po raz pierwszy w 1961 roku. „Tędy i owędy” jako zbiór gawęd kontynuuje między innymi wątek autobiograficzny „Ziela na kraterze”. Autor opisuje w nim lata swej młodości, różnorodne zdarzenia, także w rosyjskiej szkole, drogę codzienną do niej, pierwsze swe westchnienia i miłości, pojawia się w drugiej części książki znowu postać jego żony oraz córek, wspomina o nich w jakimś zauroczeniu, ukazuje je znowu w innym wszak ujęciu niż w poprzednich książkach, ale również jakże interesującym.
Po powrocie do Polski Wańkowicz, jako autor wcześniejszych dzieł, był już żywą legendą, zdobywał w kraju na nowo rozgłos, miał liczne spotkania autorskie, wygłaszał prelekcje w radiu, odnosił sukcesy wśród czytelników. Nie opuszczała go nigdy, także na starość, odwaga osobista. W roku 1964 podpisał tak zwany List 34, z protestem, przeciwko cenzurze. Pod pretekstem rzekomej współpracy z Radiem Wolna Europa trafił na pięć tygodni do aresztu i wytoczono mu proces sądowy. W celi w której mieszkał, non stop przebywało dwóch policjantów i w dzień i w noc świeciło się światło. Na mocy wyroku sądu dostał trzy lata więzienia i chodził ze szczoteczką do zębów, był spakowany, w razie ponownego aresztowania i uwięzienia. Władze komunistyczne liczyły, że się upokorzy i będzie prosił o wybaczenie, ale tego nie uczynił. Na szczęście uznano, że jego nazwisko jest zbyt sławne na całym świecie i uwięzienie już starego, a wielkiego pisarza, zupełnie nie opłaca się politycznie. Warto wspomnieć, że mieszkanie Wańkowicza stało się miejscem zarówno spotkań literackich, ale też opozycji politycznej. W mieszkaniu zakładano mu podsłuchy. Wańkowicz zawsze – z poczuciem humoru – prowadził podobno z tymi podsłuchami rozmowy. Chodził i mówił głośno: „A teraz posłuchajcie, panowie…”.

Dzisiaj przy ulicy Puławskiej 10 widnieje tablica z napisem: „W latach 1958–1974 mieszkał w tym budynku (ul. Puławska 10/35) Melchior Wańkowicz, a po jego śmierci – jego wnuczka Anna Erdman i jej mąż Tadeusz Walendowski”. Powyżej zaś została umieszczona druga tablica poświęcona opozycyjnemu salonowi literackiemu prowadzonemu przez małżeństwo Walendowskich. Napis brzmi: „W tym domu w latach 1976–1979 działał opozycyjny salon literacki prowadzony przez Annę Erdman i Tadeusza Walendowskiego, propagujący niezależną kulturę – bywalcy i przyjaciele”. Gościł w tym mieszkaniu, między innymi, Zbigniew Herbert.
Warto dodać, że rok przed śmiercią, Wańkowicz wyprowadził się ze wspomnianego małego mieszkania przy ulicy Puławskiej do wybudowanej przez siebie willi przy ul. Studenckiej 50, którą zapisał w testamencie swej młodszej córce Annie. Zatem już stary pisarz chciał stworzyć na nowo w stolicy swój dom. Jego grób znajduje się na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Na zakończenie naszego wywiadu stara się Pan czasem przekazać jakieś końcowe refleksje.
Myślę, że lektura książek Wańkowicza o których z konieczności wybiórczo i krótko wspominałem – a najlepiej po prostu je przeczytać – oprócz walorów poznawczych, estetycznych, ubogacających naszą wiedzę, poszerzających zasób naszego słownictwa, może pozwolić głębiej spojrzeć na sprawy naszych własnych rodzin, skłonić do przemyśleń na ten temat, otworzyć na nie inne, uważniejsze spojrzenie. Bo tak naprawdę na tym ziemskim padole najważniejszą i bezcenną w wymiarze prywatnym jest dla nas nasza rodzina. Warto też tworzyć domowe kroniki, pisać wspomnienia, choćby nie była to literatura wielka, najwyższych lotów; ale za to będzie miała walor bezcenny, bo będzie prawdziwa, wyjątkowa i osobna. Choćby to były nawet krótkie zapiski. Także porządkować albumy i podpisywać zdjęcia, aby nie były kiedyś zupełnie anonimowe. Przechowywać również starannie dokumenty i listy. Czyli tworzyć stopniowo archiwa domowe, bezcenne dla następnych pokoleń, ale nie tylko. Z tych małych, osobnych cząstek, jak z kamyczków, z których tworzy się mozaiki, może ktoś złoży kiedyś stopniowo wielką i wspaniałą panoramę – historię współczesnej nam Polski.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Ja również.
Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 21 (457), 15 – 28 listopada 2024
