Daj Boże zdrowie

Ledwo podsumowaliśmy stary rok, to wraz z nadejściem nowego zaczynamy prognozować, jaki też on będzie, także w polityce.

Mamy zbyt wiele zmiennych, a zbyt mało danych, abyśmy mogli trafnie przewidzieć losy naszego kontynentu, a nawet i losy Polski i jej sąsiadów, ale możemy popuścić wodze wyobraźni i założyć, że nie ma rzeczy niemożliwych…

1 stycznia 2016 roku weszła w życie umowa między Ukrainą a UE o pogłębionej i całościowej strefie wolnego handlu (DCFTA). Co przyniesie, prócz irytacji Moskwy? W teorii bezpieczeństwo przepływu kapitału, równe warunki konkurencji i przyjęcie przez Ukrainę ponad 50% unijnego prawa, między innymi regulacje w zakresie energii, przepisów celnych, technicznych, sanitarnych, ochrony własności intelektualnej. Czy tak się rzeczywiście stanie i Kijów zacznie wdrażać unijne regulacje, będzie zależało od determinacji, by nie rzec desperacji, oraz konsekwencji ukraińskich polityków. A także, a może przede wszystkim, od ich zdolności długofalowego myślenia i gotowości do zaakceptowania mniejszych wpływów na konta. Moskwa ograniczyła swoją reakcję do wprowadzenia ceł, embarga na ukraińskie produkty spożywcze i wstrzymania funkcjonowania umowy o strefie wolnego handlu w stosunku do Ukrainy i kto wie, może na tym poprzestanie. Wojnę już i tak Rosjanie prowadzą, a eskalacja konfliktu raczej będzie w tej chwili kłopotliwa logistycznie i finansowo dla czwartej najgorszej gospodarki na świecie – według agencji Bloomberg. Tym bardziej, że Ukraińców można wziąć na przeczekanie i liczyć na to, że ci ze wschodu naprawdę zapragną zmiany granic, a ci z zachodu uradzą, pijąc kolejną kawę, że taka zmiana będzie się im opłacać.

W zasadzie można by więc w Moskwie przymknąć oko na europejski flirt Kijowa, gdyby nie obywatele wielkiej Rosji. Z czasem może im przyjść do głowy niedorzeczny pomysł zazdroszczenia Ukraińcom chociażby bezwizowych podróży na Zachód i zaczną się buntować. W tej sytuacji Putin może zechcieć zaprowadzić porządek nad Dnieprem i zakończyć te niemądre zabawy w europejskie państwo, ale i wtedy pewnie sięgnie po rozwiązania wymagające znacznie mniej pracy, niż wojna na szeroką skalę.

Będzie mu o tyle łatwiej, że poparcie dla prezydenta Poroszenki nie należy do wysokich. Poziom zaufania, jakim obdarzyło go społeczeństwo w momencie zaprzysiężenia sięgał 47%, aby w lipcu 2015 roku spaść o 30%. Jeszcze gorzej prezentuje się rząd, któremu ufa około 8% obywateli. Do tego zaangażowanie rządzących w walkę z korupcją pozytywnie ocenia 5% respondentów, a pozostali są nią rozczarowani. To rozczarowanie, także sytuacją ekonomiczną, będą pogłębiać dalsze reformy, konieczne, jeśli Kijów będzie chciał wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec Brukseli, a wsparcie MFW czy Unii nie zrekompensuje uciążliwości.

Na to nakładają się spory na najwyższych szczeblach władzy. Poroszenko nie lubi Kołomojskiego, Saakaszwili atakuje Jaceniuka, Saakszwilego Kołomojski, SBU aresztuje Korbana, współpracownika Kołomojskiego… W zasadzie po Majdanie niewiele się zmieniło, pozostały brak klasy, wyrobienia politycznego, oligarchiczne powiązania i interesy realizowane pod płaszczykiem troski o kraj. Jakkolwiek można spodziewać się, że nowy układ sił zostanie utrzymany, bo w osobie premiera prezydent znalazł swoistego chłopca do bicia wystawianego pod społeczny pręgierz, to nie można być pewnym, jak długo spokojnie będzie na to patrzeć Moskwa. Z kremlowskiej perspektywy może okazać się opłacalna wymiana ukraińskich elit, tym razem przygotowana w białych rękawiczkach, bo przecież ileż można palić opony na kolejnym majdanie. Realizację takiego przedsięwzięcia może Kremlowi ułatwić… Unia Europejska, a raczej ukraińskie zobowiązania wobec niej. Jak już wspomniano, DCFTA wymaga wprowadzenia reform, a aby móc realizować radykalne posunięcia, trzeba albo trzymać krótko społeczeństwo, albo być liderem. Poroszenko pierwszego nie potrafi, a drugim nie jest, więc ci, co dali mu władzę, sfrustrowani mogą zechcieć ją odebrać.

Trudno też powiedzieć, czy wtedy ktoś stanie po stronie prezydenta. Zapewne nie będzie to Polska, bo Ukraina ma wciąż nad Wisłą złą prasę, opartą na historycznych zaszłościach, z czym muszą liczyć się prezydent i premier RP. Elektorat obecnie rządzącej partii, który i tak w ciągu kilku tygodni rządów przestał być większościową siłą, a raczej stracił złudzenie, że kiedykolwiek nią był, często nastawiony jest wręcz antyukraińsko i antyrosyjsko, co w ustach wielu Polaków brzmi tak samo. I to Związek Radziecki, i to… Zresztą resentymenty, pretensje, pamięć o Wołyniu, zarzuty o pielęgnowanie probanderowskiego nacjonalizmu – to stały repertuar wypowiedzi nie tylko wielu zwolenników prawicy. Sprawy te będą się jeszcze długo kładły cieniem na wzajemnych stosunkach, chyba, że rządzący przygotowują obecnie programy mogące tę sytuację zmienić. Jednocześnie prezydent Duda musi poczynać sobie bardzo ostrożnie, realizując wciąż deklaratywne strategiczne partnerstwo z Ukrainą, czemu wyraz dał nie tylko odkładając wizytę w Kijowie, ale i bardzo zachowawczo wypowiadając się w trakcie jej trwania. Nie usłyszeliśmy niczego, z czego stronę polską można by za jakiś czas rozliczyć, obietnice były „już gdzieś słyszane” i nienowe. Dobrze, że w ogóle padły, może być to zapowiedzią rzeczywistej chęci ułożenia dobrych relacji dwustronnych, ale na ile tchną życie w partnerstwo – przekonamy się w ciągu najbliższych miesięcy.

Na pewno jednak problemem będzie to, że Polska nie będzie już pełnić roli adwokata Ukrainy na międzynarodowej arenie.

Nie dlatego, że tego nie chce, a dlatego, że jeśli nie zmieni kursu swojej wewnętrznej polityki i polityki wobec Brukseli, jej głos będzie po prostu ignorowany. Będziemy mogli liczyć tylko na zakulisowe rozmowy, jeśli znajdą się politycy zdolni je prowadzić.

W ten sposób Polska robi prezent Putinowi, tworząc w centrum Europy próżnię. A że przyroda pustki nie lubi, Władimir Władimirowicz może sobie przypomnieć, że grzechem jest pozwolić na marnotrawstwo przestrzeni. Pozbawione unijnej opieki Warszawa i Budapeszt oraz Kijów, którym i tak Zachód się średnio przejmuje, mogą być łakomymi kąskami dla Kremla.

Bo że lukę tę wypełni Białoruś, wzywająca Unię do zniesienia sankcji nałożonych na Mińsk i chętna do budowania w niesprecyzowanej przyszłości relacji z Brukselą na bazie nowego dokumentu ramowego, trudno uwierzyć. Chociaż wykluczyć tego nie można, bo nie sposób przewidzieć, czy któryś z unijnych polityków nie zechce przejść do historii jako ten, który nawrócił Łukaszenkę i wyrwał Białorusinów z rosyjskich szponów.

O tym, że Putin będzie nadal rządził Rosją są przekonani zapewne wszyscy, łącznie z jego zagorzałymi antagonistami. Można nawet przypuszczać, że większość osób jest w głębi duszy z tego faktu zadowolona, a gdyby Putina nie było, to należałoby go po prostu wymyślić. Jest przewidywalny w swej nieobliczalności i stoi na straży porządku w kraju, będącym swoistym stabilizatorem sytuacji na świecie. Utrzymanie w ryzach społeczeństwa w warunkach kryzysu, wśród pustoszejących półek i portfeli, z pewnością nie jest łatwą sztuką, ale póki można liczyć na pieniądze oligarchów, Rosja nadal będzie odgrywać rolę mocarstwa w wojennym teatrze.

Z drugiej jednak strony, seria naturalnych zgonów osób piastujących może nie tyle wysokie, co znaczące stanowiska w Rosji, każe się zastanowić, ile jeszcze takich nieszczęśliwych wypadków i nagłych chorób czeka współpracowników Putina.

5 listopada 2015 roku w Waszyngtonie zmarł Michaił Lesin. Były doradca Putina, twórca „Russia Today”, propagandowej tuby Kremla, współorganizował system kontroli i cenzurowania niezależnych stacji telewizyjnych. Był też szefem Gazprom-Media, z której to funkcji wycofał się w 2014 roku z powodu problemów rodzinnych, po czym porządkował te rodzinne sprawy poza granicami Rosji.

Lesin zgromadził ogromny majątek ulokowany nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych. Możemy się zastanawiać, czy Putina wreszcie zaniepokoił fakt, że FBI nie zainteresowała się tą fortuną, bo przecież powinna, czy może raczej wezwanie senatora Robina Wickera do rozpoczęcia śledztwa przeciwko Rosjaninowi i oskarżenie go o korupcję i pranie brudnych pieniędzy, co mogło sugerować, że jeśli Lesin będzie chciał ocalić część majątku, może skusić się na współpracę z Amerykanami? Od tych trosk Lesin wybawił Putina umierając na zawał serca.

Niedługo później, 27 grudnia, zator płuc zakończył żywot zastępcy naczelnika sztabu wojsk powietrznodesantowych Federacji Rosyjskiej generała Aleksandra Szuszukina, dowodzącego też kontyngentem powietrznodesantowym podczas aneksji Krymu, a wcześniej rosyjskimi operacjami w Osetii i w Afganistanie.

Putin nie zdążył jeszcze otrząsnąć się z żalu po odejściu Szuszkina, gdy przyszło mu podpisywać kondolencje dla rodziny generała pułkownika Igora Sierguna, szefa GRU – rosyjskiego wywiadu wojskowego, a zarazem zastępcy szefa sztabu generalnego. List kondolencyjny na pewno nie przysporzył jednak takich problemów, jak oficjalne informacje, które trzeba było podać prasie. Bo jak tu zgrabnie wytłumaczyć, czy generał zmarł z przepracowania 3 stycznia 2016 roku pod Moskwą, czy dwa dni wcześniej, w Libanie, gorącym miejscu w dobie wojny z terroryzmem?

Ale skoro biografia Sierguna jest tajna, to może nie powinno dziwić, że i śmierć taką pozostanie. Wiemy tylko to, że generał odpowiadał za podróże zielonych ludzików na Krym, naloty w Syrii i wojnę w Donbasie. Za co jeszcze? Tego my wiedzieć nie musimy, ale prezydent Putin pewnie mu tego nie zapomniał.

O tym, że śmierci te zbiegły się z zakończeniem śledztwa w sprawie zestrzelonego w 2014 roku Boeinga, zapewne nie wypada nawet wspominać w chwili, gdy Rosjanie pogrążają się w żałobie lub w spekulacjach, kto jeszcze z otoczenia Putina ma tak słabowite zdrowie.

13 stycznia br. został znaleziony martwy w swoim moskiewskim mieszkaniu Władimir Pribyłowski, znany opozycyjny politolog, historyk, publicysta i wydawca, nieprzejednany krytyk prezydenta Władimira Putina. Wraz z historykiem Jurijem Felsztyńskim napisał książkę „Korporacja zabójców. Rosja, KGB i prezydent Putin”, poświęconej nieznanym wątkom biografii prezydenta Federacji Rosyjskiej. Od tego czasu stał się osobistym wrogiem Władimira Putina. Dokładne okoliczności śmierci Pribyłowskiego nie są znane, a przyczyny zostaną ogłoszone po przeprowadzeniu sekcji. Syn politologa powiedział rosyjskojęzycznej redakcji BBC, że nie żywi żadnych podejrzeń – jego ojciec w ostatnim czasie chorował, miał cukrzycę i źle się czuł. Przy czym, w mediach społecznościowych, jak przekazuje radio Echo Moskwy, pojawiły się różne wersje dotyczące przyczyn jego śmierci.

Boże chroń prezydenta.
Czy rozpoczynający się właśnie rok przyniesie mu dobre zdrowie? To znów dopiero się okaże. W pierwszych dniach stycznia, gdy wszyscy składają sobie życzenia, możemy i my życzyć Europie Środkowo-Wschodniej spokoju, pokoju i rozwagi, odwagi we wprowadzaniu dobrych zmian i tego, by dobrego nie zastępować lepszym. Nie zawsze warto, nie zawsze trzeba.

A nade wszystko życzyć będziemy zdrowia. Każdemu i pod każdym względem.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 1 (245) 15-28 stycznia 2016

X