Czasy się zmieniają: Fotografia, Znaczki, Samochód, Lekarstwa

Czasy się zmieniają: Fotografia, Znaczki, Samochód, Lekarstwa

Fotografia

Czarno-białe fotografie zapełniają albumy z czasów mojej młodości. Zdjęcia zacząłem robić bakelitowym aparatem „Korona”, na błonie 6×9 cm. Kiepsko wychodziły, ale np. utrwaliłem mój oddział żołnierzyków ołowianych, ustawiony do defilady na stole.

 

Zachwycając się zdjęciami krajobrazowymi Bułhaka, uzbierałem pieniądze na aparat z kliszami szklanymi, myśląc że na takim sprzęcie dogonię artystę.

Rozczarowanie osłodziła zmiana na aparat „Altix” (24×24 mm), a potem powrót do mieszkowego aparatu z ogniskową 13 cm. Były to czasy, gdy po natężeniu szarości, umieliśmy na zdjęciu odróżniać kolory. Wiadomo było, który kwiat jest żółty, czerwony, czy fioletowy. Ta technika zachęcała do szukania i utrwalania odblasku promieni słońca na wodzie, czy sylwetek postaci, na tle tarczy księżyca. Była to zabawa nie łatwa, ale niewątpliwie wyrabiająca wrażliwość na piękno.

Po fotografii czarno-białej przyszła moda na przeźrocza, a potem na fotografię barwną. Jeszcze robię takie zdjęcia na filmach 36 mm. Przyzwyczaiłem się i wiem czego mogę oczekiwać po moim aparacie, ale widzę, że trzeba przejść do czwartej techniki w moim życiu, tj. do fotografii cyfrowej. Jest ona już w powszechnym użyciu i ma wiele zalet. Najważniejsze, że pozwala natychmiast ocenić obraz po jego utrwaleniu, podobnie jak było kiedyś na matówce, tylko przed utrwaleniem.

Wystarczy nakierować aparat na obiekt, pstryknąć i już jest utrwalony. Łatwość robienia fotografii jest niesłychana, więc pstryka się tak dużo, iż potem brak czasu na przegląd i ich eliminację w komputerze. Także przeniesienie obrazu na papier jest jakoś odkładane na później. W rezultacie, po urlopie gdy plonem jest kilkaset zdjęć, pozostają one jedynie w zapisie. Zdjęcia niby są, ale w rzeczywistości materialnej ich nie ma. Tylko najwytrwalsi potrafią doprowadzić je do formy papierowej, by cieszyły oczy teraz i za 50 lat.

Fot. www.ru.wikipedia.orgSamochód
Marzeniem każdego chłopca była jazda autem i naciskanie na gumową gruszkę klaksonu, by wydała dźwięk he-e, he-e. Bawiąc się, biegałem z pokrywką w rękach i darłem się, naśladując klakson. Gdy przyszli kuzyni, też brali pokrywki i ruch się wzmagał. Prawdziwe auto, kierowca uruchamiał kręcąc korbą, aż motor zaskoczył. W czasie deszczu do wnętrza przez szpary drzwi i okien przedostawała się woda.

Auta nie miały ogrzewania, więc zimą jeżdżono w grubym futrze. Po wojnie, będąc wyrostkiem, mogłem godzinami stać na trotuarze i podziwiać jadące auta, jak: DKW, Wanderer, Auto Union, Opel Kadet lub Olimpia, Chevrolet (zwany demokratką), Škoda, Fiat Simca 8 lub Simca 2 (zwany pchłą), no i wojskowe Willisy Jeep, ciężarowe Studebackery itp. Te wszystkie automobile zachwycały, chociaż psuły się co kilkaset kilometrów, a motor wymagał naprawy po przebiegu 40 tys. km. Mimo to, były marzeniem każdego mężczyzny.

Obecnie auto nazywa się samochód, zamiast motoru napędza je silnik, zamiast klaksonu jest sygnał, a karburator to teraz gaźnik. Kiedyś marki samochodów pisało się zaczynając od dużej litery, a teraz pisze się od małej. Samochody jeżdżą cicho, bez warkotu, są szczelne, mają ogrzewanie, a niektóre też klimatyzację. Ponadto są wyposażone: w radioodtwarzacze, elektrycznie opuszczane szyby, zamki uruchamiane pilotem, ABS-y oraz różne cudeńka techniki.

Jeździmy wspaniałymi, niezawodnymi samochodami, których przebieg 150 tys. km nikogo nie dziwi. Zalety można wyliczać długo i zachwycać się nimi, a szczególnie, gdy ma się skalę porównawczą z innymi czasami. Zresztą ten dystans porównawczy pozwala na lepszą ocenę obecnych osiągnięć, nie tylko odnośnie motoryzacji, ale także w innych dziedzinach, które uległy ogromnym przemianom.

X