Biały dym, siwy dym? Papież Leon XIV, fot. ekai.pl

Biały dym, siwy dym?

W pierwszej połowie 2025 roku oczy świata raz jeszcze zwróciły się ku sercu Wiecznego Miasta, by zaraz potem przenieść uwagę na najnowsze dzieło reżysera „Konklawe”. Zarazem, nie było ich tak wiele, jak jeszcze dwadzieścia lat temu, gdy ostatecznie dobiegał końca pontyfikat Jana Pawła II.

Franciszek, z jednej strony, cieszył się – zwłaszcza w początkowym okresie pontyfikatu – niezwykłą popularnością, jednych urzekając, a drugich szokując niespotykaną skromnością, łamaniem reguł i otwartością, z jaką dumny, dostojny biskup Rzymu dotychczas nikomu się nie kojarzył. Z drugiej zaś, w przypadku Bergoglio zadziały analogiczne mechanizmy, co wobec każdego celebryty (jakkolwiek kłóciłoby się to słowo z majestatem głowy Kościoła katolickiego) – opatrzenie, znużenie, wyparcie przez bardziej nośne „tematy”. Tak zwany „efekt Franciszka” słabł z biegiem lat, a kolejne doniesienia o jego niecodziennych decyzjach raz, że stawały się coraz rzadsze (bo przecież ile konwenansów jest do złamania?), a dwa, że nie tworzyły już wiadomości „papież zrobił to!”, a „papież znów zrobił coś takiego”. Dodatkowym ciosem dla wizerunku starzejącego się, słabnącego na ciele i umyśle, a przez to mniej udzielającego się publicznie ojca świętego były jego wypowiedzi uwypuklające nikłą wiedzę na tematy bieżące. Coraz częściej swoim symetryzmem i niewłaściwie kalkulowaną ostrożnością oburzał, zamiast dawać przykład, jakiego wymagać można od autorytetu moralnego ex officio. Mniej lub bardziej zorientowani w funkcjonowaniu Stolicy Apostolskiej obserwatorzy zwracali uwagę na pobłażliwość, z jaką traktował on opresyjne reżimy autorytarne, przymykając oczy na ich postępowania, bądź wręcz przyjmując częściowo tworzone przez nie narracje.

Trudno uważać, by akurat to doprowadziło do sytuacji, w której papieża Franciszka żegnały na miejscu nie miliony, a między stu czterdziestoma a dwustu pięćdziesięcioma tysiącami żałobników. Był raptem drugim urzędującym papieżem, który zmarł w obecnym stuleciu. Pierwszego, Karola Wojtyłę, żegnały w Rzymie przeszło cztery miliony wiernych. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, zabity przed pięcioma laty przez Amerykanów Ghasem Solejmani, generał Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej odpowiedzialny za operacje poza granicami Iranu, przyciągnął na swój pogrzeb siedem milionów osób, a zwolenników miał na pewno nieporównywalnie mniej, niż lider największej wspólnoty duchownej świata.

By odpowiedzieć sobie na pytanie, jakim papieżem był Franciszek, musimy wpierw określić o jaką perspektywę nam chodzi. Ostatnimi czasy media regularnie przytaczały wypowiedzi księży i zakonników, jak i osób związanych bliżej z życiem Kościoła, w których dominowały pochwalne tony. Niektórzy z nich zaznaczali, że papież – Argentyńczyk – pochodził z Ameryki Południowej i jego percepcja wydarzeń w innych częściach świata była tym faktem naznaczona. Nie ulega wątpliwości, że w Argentynie, Boliwii, Nikaragui, czy Peru Rosja (a wcześniej Związek Radziecki) postrzegana jest zupełnie inaczej, niż na obszarze poradzieckim, czy w byłym Bloku Wschodnim. Nawet między państwami dawnego drugiego świata widać w tym istotne różnice – inaczej do poradzieckiej spuścizny podchodzą Łotysze, inaczej Tadżykowie, a jeszcze inaczej Ormianie. Ich perspektywa z kolei różni się od tej, jaką mają dziś Finowie, Polacy, czy Czesi. Jeszcze inne głosy i sentymenty odezwą się w Bułgarach, czy tych, których jeszcze kilkadziesiąt lat temu określilibyśmy mianem Jugosłowian. Dziwimy się czasem naiwności Europy Zachodniej względem Rosji. Co dopiero mamy powiedzieć o perspektywie mieszkańca regionu, gdzie to Stany Zjednoczone wspierały dyktatorów, organizowały inwazje i zamachy stanów? W tym świetle wypominane Franciszkowi słowa o „wielkiej Rosji” nie zabrzmią równie skandalicznie, co na Starym Kontynencie. Z drugiej strony, towarzysze radzieccy aktywnie szkolili, zbroili i finansowali partyzantki, a wizerunek Lenina mógł rzeczywiście kojarzyć się komuś z wolnością. Podkreśla się więc to, co zdaniem wielu w Franciszku było najważniejsze – otwartość, bezpośredniość, niechęć do blichtru i gotowość do dialogu. Papież spotykał się z muzułmańskimi duchownymi, wyciągał rękę do homoseksualistów, zabierał głos w sprawach uchodźców, podkreślał przy tym, że Kościół jest miejscem dla wszystkich. Budziło to, rzecz jasna, często silny sprzeciw środowisk konserwatywnych, zwłaszcza w mniej liberalnych społeczeństwach – wskazać należy tu zwłaszcza na kontynent afrykański.

Franciszek, w gruncie rzeczy, niewiele się w swym podejściu i prezencji różnił od prowincjonalnego księdza. Już nawet nie biskupa. Przypominał uśmiechniętego plebana, który każdego gotów jest przyjąć pod swój dach i wysłuchać. Nawet wychodząc pierwszy raz na balkon w białej szacie, wybrał strój pozbawiony ornamentów. Pozłacany Pierścień Rybaka, zwykłe, czarne buty – wszystkie te gesty nie były pozbawione znaczenia.

Duszpasterzem Franciszek był szczerym i oddanym temu, w co i jak wierzył, choć również zrozumiałym jest, że postrzegany mógł być jako postać kontrowersyjna. Mimo wszystko, sprowadzać działalność głowy kościoła do roli duszpasterza jest równie pięknie, co naiwnie. Żaden papież, począwszy od Świętego Piotra, nie był nigdy tylko i wyłącznie duszpasterzem. Zdaje się, że bezpowrotnie minął czas, gdy papieże rywalizowali o władzę z najpotężniejszymi personami świata chrześcijańskiego. Pontyfik nie wzywa już na krucjaty, nie ma na zawołanie armii (nie licząc Gwardii Szwajcarskiej), a nawet niemałe w gruncie rzeczy Państwo Kościelne stanowi już tylko wspomnienie. Choć na dzisiejszy Watykan jako niepodległy, suwerenny kraj i pełnoprawny podmiot prawa międzynarodowego trudno dziś patrzeć inaczej, niż z przymrużeniem oka, mówimy tu o pełnoprawnym graczu na arenie geopolitycznej.

Warto wspomnieć, że Kościół rozporządza bardzo, ale to bardzo pokaźnym majątkiem. Jest największym posiadaczem gruntów na kuli ziemskiej – szacuje się, że w jego posiadaniu znajdują się rozsiane po świecie, często w doskonałych lokalizacjach, jak centra miast, 71 600 000 hektary, czyli aż 716 tysięcy kilometrów kwadratowych. To ponad dwa razy więcej, niż wynosi powierzchnia Polski, w której to dysponuje 762 kilometrami kwadratowymi – to sporo więcej, niż wynosi powierzchnia Singapuru i łączna powierzchnia ośmiu najmniejszych państw świata. Gdyby zbić majątek kościelny w jedno państwo, byłoby ono większe, niż Niemcy i Polska razem wzięte. Byłoby trzydziestym dziewiątym największym na świecie, wyprzedzając Birmę i ustępując nieco Zambii. Przewyższałoby też wielkością między innymi Ukrainę, Francję z terytoriami zamorskimi, Madagaskar, czy Hiszpanię, o Japonii, Filipinach, Wyspach Brytyjskich, czy samych Włoch nie wspominając. Grunty to jednak nie wszystko – należy przecież pamiętać o nieruchomościach (w tym niezliczonych historycznych), nieprzebranej kolekcji bezcennych dzieł sztuki, zasobach finansowych zasilanych datkami od wiernych…

Całe to zaplecze obsługuje sieć parafii i rozmaitych instytucji, od dobroczynnych, po edukacyjne. Kościół dysponuje własnymi mediami, prowadzi działalność wydawniczą, bierze udział w wychowywaniu młodzieży, obecny jest w niezliczonych instytucjach, w tym siłach zbrojnych (poprzez kapelanów), dzięki czemu realnie oddziałuje na życie i poglądy ludzi w wielu zakątkach świata. Owszem, oprócz krajów, gdzie katolicy stanowią praktycznie całość populacji mamy państwa, gdzie niemal ich nie ma, czy to z powodu dominacji innych religii (tak jak w Somalii), czy zeświecczenia (vide Czechy). Mamy też takie, gdzie chrześcijanie podlegają systematycznym prześladowaniom, jak ma to miejsce chociażby w Pakistanie. Kościół nie wszędzie ma równą moc, nie wszędzie sięga też w równym stopniu jego autorytet, co nie umniejsza w żadnym razie jego wpływów i możliwości.

Wszystko to wiąże się z olbrzymią odpowiedzialnością. Doskonale ilustruje to sytuacja katolików pod jednym z najbardziej totalitarnych reżimów, jakim jest Chińska Republika Ludowa. Gdy Komunistyczna Partia Chin przejęła większość terenów Republiki Chińskiej, rozpoczęła się przymusowa ateizacja ludności. Wszyscy chrześcijanie, którzy nigdy nie stanowili w dawnych Chinach zbyt licznej grupy, stali się wrogami państwa. Kościół i jego struktury przetrwały w ukryciu, pomimo prześladowań komunistycznej dyktatury. Wraz z upływem lat rządy w Pekinie postanowiły zapanować nad wyznaniami, których nie dało się tak łatwo w całości wykorzenić ze społeczeństwa. W latach pięćdziesiątych XX wieku państwo powołało specjalny urząd mający zająć się kontrolą pięciu usankcjonowanych prawnie wyznań – buddyzmu, taoizmu, islamu, protestantyzmu i katolicyzmu. Na czele każdego z tak zwanych „stowarzyszeń” stanęli ludzie wierni władzom. Tak też Watykan stracił kontrolę nad Kościołem w Chinach kontynentalnych, którą przejęło Patriotyczne Stowarzyszenie Katolików Chińskich, oficjalnie nieuznające papieża i postanowień soboru watykańskiego II. Sytuacja nie była zarazem tak prosta, gdyż z jednej strony kolaboranci blokowali jakąkolwiek formę kontroli Stolicy Apostolskiej nad mianowaniem biskupów, z drugiej przetrwał tak zwany „Kościół podziemny”, prześladowany, lecz prężnie działający, tworzony przez watykańskich lojalistów. Watykan, który formalnie istnienia ChRL nie uznaje, pozostaje przy poparciu Republiki Chińskiej ewakuowanej na Tajwan, gdzie znajduje się dziś nuncjatura apostolska. Kolejni papieże nie chcieli tak po prostu odciąć się od wiernych włączonych do „Kościoła patriotycznego”, doprowadzając tym samym do formalizacji schizmy, ani też zrywać serdecznych więzi ze znienawidzonym przez Pekin rządem tajwańskim. Powstał problem, którego rozwiązanie nastręczało problemy całemu Watykanowi, cały czas uznającemu komunizm za bezbożne zło i zagrożenie dla wiary.

Chociaż Franciszek wzdrygał się od polityki, wolałby zastępować dyplomację przesłaniem pokoju i miłości, to, koniec końców, polityka i dyplomacja zawsze się o niego upominały. I wtedy też papież wypadał w najlepszym wypadku przyzwoicie, często zaś wątpliwie. Tak było z tajną umową, jaką zawarł pod jego przywództwem Kościół z władzami ChRL. Na jej mocy Watykan uzyskał prawo do wybierania biskupów, lecz spośród kandydatów wskazanych przez Patriotyczne Stowarzyszenie Katolików Chińskich. Cena? Oprócz dobicia targu z potępianymi przez poprzedników komunistami Kościół miał – nieoficjalnie – przymknąć oko na łamanie praw człowieka, czy – co raczej kłóci się z katolickimi naukami – ludobójstwo Ujgurów. Watykan przehandlował więc głoszone wartości za pozorny wpływ na sytuację w ChRL i stabilizację sytuacji tamtejszych biskupów pod względem prawnym – odtąd nie wybierano już ludzi, których Kościół najzwyczajniej w świecie nie uznawał. Górę wzięły chłodne kalkulacje, a główny negocjator ze strony Kościoła, kardynał Pietro Parolin, szef dyplomacji, był później wskazywany jako najpewniejszy następca Franciszka na tegorocznym konklawe.

Dobra wola i uśmiech okazały się niewystarczające nie tylko w stosunkach na szczeblu państwowym, ale i w organizacji życia codziennego Kościoła. Jak pokazała historia, wyzwania czaiły się wszędzie, nawet w niecodziennych miejscach. W 2019 roku papież zwołał w Rzymie tak zwany Synod Amazoński, jako że to właśnie tamten region i sytuacja jego rdzennych mieszkańców były punktem wyjścia do dyskusji. Podczas obrad w Ogrodach Watykańskich zagościły – zapewne na znak szacunku wobec uciśnionych przed laty przez chrześcijan Indian – osobliwe figurki. Zidentyfikowano je jako podobizny inkaskiej bogini Pachamamy. Trafiły one później do jednego z kościołów, a jeszcze nieco później na języki teologów i publicystów katolickich. Ci zaś roztrząsali, czy aby Franciszek nie dopuścił się bałwochwalstwa. Jakby tego było mało, część uchwał Synodu Amazońskiego niektórzy z nich określali wręcz mianem herezji…

Rola papieża jest – na wielu poziomach – trudna. Świat oczekuje od przywdziewającego białą szatę nieskazitelnego autorytetu moralnego, dobrego duszpasterza, ale też teologa, dyplomaty, polityka i męża stanu. Jeszcze inni w tym podzielonym świecie chcieliby zobaczyć w nim kogoś, kto przewietrzy skostniały system, oczyści go ze zbytków średniowiecza i dostosuje do nowych czasów, bądź tego, który zatrzyma wszelkie szaleństwa nowoczesności i przywróci Kościołowi jego należyty kształt. Nie sposób być papieżem kochanym przez wszystkich, bo wszystkie te głosy są nie do pogodzenia. Pontyfik musi mieć wizję, a od wybierających go kardynałów zależy, czy wybiorą kogoś, kto ją posiada i czy ta wizja nie jest zbyt radykalna, by odtrącić jedną ze stron i tym samym tworząc kolejną wyrwę. Rzeczywistość bywa brutalna, tak jest i w tym przypadku. Bycie papieżem to nie kierowanie organizacją humanitarną.

Papież Franciszek, jakkolwiek dobrego by serca nie miał, nie sprawdził się jako przywódca. Mógł sobie radzić jako duchowny, czy jako administrator, mógł mieć szczęście co do dobieranych współpracowników, ale na tym jednym, kto wie, czy nie najważniejszym kierunku zawiódł oczekiwania, jakie w nim pokładano. Zabrakło mu wiedzy o świecie i kompetencji, o sobie dał również znać jego charakter. Kto wie, może nie tyle przerosło go jego zadanie, o ile czasy, w których przyszło mu rządzić? Naprawdę, trudno byłoby wymagać od kogoś gotowości do stawienia czoła tylu wyzwaniom przerastających całe narody, ale niesprawiedliwym byłoby też przekreślać kogoś, kto nie podołał, a mimo to podjął wysiłek. Nie był, w żadnym razie, najgorszym papieżem w dziejach, do takiego Jana XII bardzo mu zresztą daleko, dyskusyjne byłoby przypięcie mu łatki złego papieża. Miał dobre chęci, ale te nie zawsze wystarczają. Zwłaszcza, że potem tych chęci, zdawać by się mogło, zabrakło. Może po prostu był kimś, kto był stworzony do ery końca historii, do czasów, które nie nadeszły? Być może nie tylko my daliśmy się ogłupić, a może w historii Franciszka odbijają się nasze błędy jako cywilizacji. Musimy też pamiętać, że przecież Franciszek zrobił wiele dobrego i nawet jeżeli nie wszystkie jego decyzje były trafne i nie ze wszystkim sobie radził, to oddał też Kościołowi liczne zasługi, jak chociażby umiędzynarodowienie grona kardynalskiego w świecie, gdzie serce i centrum wiary katolickiej przesuwa się z Europy na Wschód i na Południe.

Leon XIV pokazał się jako papież zupełnie inaczej, niż świeżo wybrany kardynał Bergoglio. Odziany w odświętne szaty, których to Franciszkowi jako pierwszemu zabrakło w tej podniosłej chwili, przypominał bardziej Wojtyłę z czasów, gdy w blask i chwałę Kościoła nikt jeszcze nie wątpił. Niedługo później doniesiono, że w przeciwieństwie do poprzednika (który tym samym złamał tradycję) zamieszka w Pałacu Apostolskim, swojej oficjalnej rezydencji. Na ciąg dalszy zmian nie trzeba było długo czekać, i tak oto zmianie uległo stanowisko Watykanu w sprawie Ukrainy. Już nie unikanie jak ognia określenia kto jest ofiarą, a jasne wskazanie, że na napaści w dzisiejszym świecie nie może być miejsca. Równocześnie wezwania do pokoju – bo i czy naprawdę ktoś się spodziewał rzucania klątw na Putina, wypowiadania Rosji świętej wojny? Pod pewnymi względami linia Kościoła była i jest niezmienna, choć różnić się może sposób, w jaki dany papież i jego otoczenie mogą ją realizować.

Jak na razie nierozważnie byłoby popadać w hurraoptymizm, lecz pierwsze oznaki tego, jak ma wyglądać pontyfikat Leona XIV, możemy odczytywać jako dobrą wróżbę. Czas pokaże jakie jeszcze zmiany wprowadzi nowy papież – gdzie po postępowym poprzedniku postawi na powrót do korzeni, a gdzie na dalszą liberalizację? I jaki przyjmie ona kształt?

Pozostaje mieć nadzieję, że przed następnym konklawe nie będzie już żadnych powodów, by tekst taki jak ten miał powstać. Niezależnie od tego, czy jesteśmy katolikami, prawosławnymi, czy może zupełnie innego wyznania, pozostaje nam mieć nadzieję na pontyfikat rozważny i przepełniony mądrością zakorzenioną w wartościach. W dzisiejszym świecie każda ich ostoja jest na wagę złota.

Maciej Serżysko

Tekst ukazał się w nr 9 (469), 16 – 29 maja 2025

X