Bernardyńscy męczennicy Sambora z 1498 roku Najstarsza rycina ukazująca pierwszy klasztor bernardynów w Samborze

Bernardyńscy męczennicy Sambora z 1498 roku

Na próżno dziś szukać w Samborze pamięci o męczennikach bernardyńskich, którzy polegli tu w 1498 roku. Nie sposób też znaleźć obrazu, czy też kultu, choć do końca XVIII wieku kult męczenników z Sambora propagowano na obszarze niemal całej Polski. Dawny kościół i klasztor bernardynów uległ całkowitemu zniszczeniu jeszcze na przełomie XVIII–XIX wieku. Obecnie jedynym wizerunkiem przedstawiających owych męczenników jest rysunek znajdujący się u sióstr karmelitanek bosych z Islandii. Z tej też racji nieodzowne jest przypomnienie i przywrócenie pamięci o tych synach św. Franciszka, zamordowanych w samborskim klasztorze bernardyńskim pod koniec XV wieku.

Elektrownia w Samborze, o której wspomina Aleksander Kuczera. Zachowana do dziś

Do Sambora bernardyni przybyli w 1471 roku na zaproszenie Jana Odrowąża, wojewody lwowskiego i starosty samborskiego, który nabył od ówczesnego młynarza królewskiego stosowny plac, mieszczący się jak podawał Aleksander Kuczera „od dzisiejszego młyna obok elektrowni do mostu na Młynówce przy gościńcu wiodącym do Drohobycza, i obejmujący również całą tak zwaną wyspę”. Na tym też terenie, gdzie później znajdowało się więzienie, wytyczono cmentarz oraz zbudowano drewnianą kaplicę, gdzie odprawiano nabożeństwa do 1585 roku, a następnie ją rozebrano z powodu „starości i znacznego zniszczenia”. Kaplica ta była szczególnie lubiana przez mieszczan, a to z powodu męczeńskiej śmierci w niej brata Daniela „podczas żarliwej modlitwy u stóp ołtarza na środku kaplicy, brocząc swą krwią posadzkę i stopnie ołtarza”. Kaplica ta uznawana za święte miejsce ściągała każdej soboty rzesze mieszczan, proszących o ratunek dla miasta. Znaczenie kaplicy podnosiły liczne znaki i cuda, jakich doznawali tu modlący się wierni.

Równocześnie wraz z wybudowaniem drewnianej kaplicy, od 1474 roku, w miejscu, gdzie później wzniesiono Sąd Okręgowy, rozpoczęto budowę murowanego kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jego konsekracji dokonał w 1488 roku biskup przemyski Jan Targowski.

Zgodnie z opisami, klasztor bernardynów w Samborze była to „zamknięta całość, obwiedziona dokoła murami i palisadami i stanowiąca rodzaj fortecy, zdatnej do samoistnej obrony przed nieprzyjacielem. Obronne wały zbudowane były początkowo w ten sposób, że dokoła klasztoru wbijano z twardego drewna dwa rzędy równoległych do siebie częstokołów ostro zakończonych, zaś przestrzeń wolną między częstokołami wypełniano ziemią. W pewnych odstępach mieściły się obronne baszty, zbudowane z grubych ciosów drewnianych”.

Klasztor stanowił piętrową budowlę, w której mieszkało od 11 do 13 zakonników. Był tu również wielki refektarz, biblioteka, pomieszczenia dla służby i dobrodziejów klasztoru, „którzy zapisując cały majątek klasztorowi, zastrzegali dla siebie utrzymanie przy klasztorze. Do dyspozycji przyjezdnych była zawsze w pogotowiu pewna ilość wolnych ubikacyi, ponieważ klasztor bernardynów spełniał poniekąd rolę hotelu i restauracji celem ugoszczenia znakomitych gości lub kogoś w potrzebie”.

Sąd Okręgowy w Samborze na miejscu dawnego kościoła i klasztoru bernardynów. Foto sprzed II wojny światowej

Kroniki podawały, że „braciszkowie znali się na rozmaitych rzemiosłach, mieli własne zakłady pracy i warsztaty, tak że w rezultacie klasztor prowadząc gospodarstwo rolne, ogrodowe, pszczelnictwo i chów ryb, był sam dla siebie wystarczalnym, a często przychodził z pomocą urzędowi miejskiemu lub zamkowemu podczas uroczystych przyjęć”.

W takich okolicznościach nadszedł 1498 rok. Mieszkańcy Sambora dowiedzieli się, że grupa przeszło 20 000 dobrze uzbrojonych żołnierzy Turków, Tatarów i Wołochów nadciąga ze Stryja na miasto. Rada miasta po nocnej naradzie postanowiła, aby mieszkańcy, zabierając wszystko najcenniejsze opuścili miasto i udali się na Zachód. „Zewsząd słychać było lamenty i narzekania, w gorączce i pośpiechu ładowano na skrzypiące wozy cisowe skrzynie, wypełnione szczelnie barwnemi szatami i obrazkami świętych, stróżów dostatku domowego. Setki w pośpiechu przygotowanych wozów wraz z bydłem domowem, paszą i żywnością dla ludzi podążało, jak dzień tak i noc, gościńcem wiodącym od Sambora ku Starej Soli, wśród tumanów pyłu i kurzu, poryku bydła, kwiku koni i świń, gromad kruków i wron, wietrzących zapach świeżo rozlanej krwi i szybko rozkładających się ciał ludzkich”. W ten sposób po kilku dniach miasto całkowicie wyludniło się i zapraszało wroga do niszczenia, rabowania tego co pozostało.

W klasztorze bernardyńskim ciągle jednak pozostawało 13 bernardynów. Po naradzie miejscowy gwardian o. Grzegorz z Nowego Miasta zdecydował, że on wraz z innymi księżmi i braćmi zakonnymi uda się w rodzinne strony do Nowego Miasta i stąd do zamku w Dobromilu, gdzie zakonnicy mieli otrzymać schronienie. Jednak jak się później okazało, on wraz z innymi siedmioma braćmi dostał się do niewoli tureckiej, „gdzie nie upadł na duchu, lecz drugich utwierdzał we wierze świętej, wygłaszając kazania i głosząc nawet w niewoli słowo Boże. Za to poniósł okrutną śmierć męczeńską, gdyż za życia zdzierano skórę z jego ciała”. Trzech zakonników uratowało się, uciekając w stronę ziemi sanockiej.

Bernardyni z Sambora na obrazie karmelitanek bosych z Islandii

W samborskim klasztorze pozostało trzech zakonników, o których niewiele zachowało się pewnych informacji, gdyż przez wieki zrodziło się wiele legend i barwnych opisów odnoszących się do trzech męczenników z Sambora.

Pierwszym pozostałym w klasztorze był ojciec lub brat zakonny Jan z Węgier, zwany nieraz Węgrzynem. Był pochodzenia słowacko-węgierskiego. W klasztorze pełnił funkcję furtiana, a także każdego dnia dzwonił na jutrznię o północy i ranne wstawanie zakonników.

O. Czesław Bogdalski tak o nim pisał, korzystając z dawnych legend i przekazów: „Posłuszny aż do zupełnego wyzucia się z własnej woli, budował wszystkich tą uległością starszym, a zarazem miłością zakonu i braci. Długie lata przeżył w zakonie, a nigdy nikogo sobie nie zraził, ani żadnej nie otrzymał nagany. Był już dobrze w latach podeszłym, gdy z rozkazu starszych zamieszkał w klasztorze samborskim, pełniąc równocześnie obowiązki furtiana i szafarza. Pracę tę, choć z biegiem czasu mocno się postarzał, wykonywał ochoczo i szybko. Nic mu nie było przykrem, nic utrudzającem. Ponieważ sypiał nadzwyczaj mało, przeto zlecono mu obowiązek dzwonienia na jutrznię o północy, a potem na ranne wstawanie. Razu pewnego gwardian samborski o. Jerzy z Nowego Miasta, będąc chorym i cierpiąc na bezsenność, zauważył, że brat Jan nie dzwoni w oznaczonej godzinie na jutrznię, czego zawsze punktualnie przestrzegał. Trochę zaniepokojony o starca, czy mu się coś złego nie przydarzyło, zwlókł się z łoża i poszedł popatrzeć, co się z nim dzieje. W celi go nie znalazł – lecz go zdziwiła jakaś jasność, bijąca z na pół uchylonych drzwi spiżarni. Wchodzi tam… i zastaje tam brata Jana na klęczkach przed zawieszonym na ścianie krucyfiksem. Światła w spiżarni nie było żadnego, tylko postać świątobliwego braciszka promieniowała jakby jakimś nadziemskim blaskiem, który rozświetlał nocne ciemności. Zdumiony gwardian postał chwileczkę, a nie chcąc przerywać braciszkowi jego świętej ekstazy, w jakiej widocznie się znajdował, wyszedł ze spiżarni po cichu i sam zadzwonił na zakonników do chóru. W tej chwili ocknął się brat Jan, i wybiegłszy ze spiżarni, dostrzegł gwardiana wchodzącego do swej celi. Od razu się domyślił, że to dzwonił przełożony, i wszedłszy za nim do celi, ze wzruszającą pokorą prosił o wymierzenie mu kary za to zaniedbanie swoje. Lecz go gwardian pocieszył, że się nic złego nie stało, bo właśnie bracia zakonni już śpieszą do chóru. Czyż mógł go karać… lub choćby lekko strofować za to święte zachwycenie jakiem Pan Najwyższy tego sługę Swego odznaczył?”

To właśnie brat Jan miał upominać zakonników, aby nie zostawiali klasztoru na pastwę losu, przed zbliżającymi się Turkami. „Widząc, że wszyscy zgadzają się na natychmiastową ucieczkę i żaden zostać nie chce – pisał Bogdalski – rozżalił się biedny starzec żalem ogromnym i wśród łez wyłkał z goryczą: a cóż to za bracia zakonni, którzy się tak śmierci boją! Jeszcze wroga nie widzieli, a już uciekają. A choćby nawet poganie nas pomordowali, to przecie oddalibyśmy życie za wiarę… za Chrystusa. Co do mnie nie ruszę się stąd, choćby wszyscy odeszli”. Po tych słowach gwardian oddał mu wszystkie klucze, a po błogosławieństwie oddalił się śpiesznie.

Kolejnym był staruszek ojciec lub brat zakonny Bogusz Kołodziej, który według niepewnych przekazów legendarnych miał być „miłym niegdyś towarzyszem św. Jana Kapistrana”. Czesław Bogdalski podawał, że wraz z Janem Kapistranem był na Węgrzech „i w Ulak i pod Belgradem i dopiero po śmierci tego świętego męża wrócił do Polski”. Przebywał w różnych klasztorach, a pod koniec życia „już w wieku bardzo sędziwym zamieszkał schorzały w Samborze”. To właśnie br. Bogusław przekazał dla klasztoru w Samborze piuskę św. Jana Kapistrana, która w następnych wiekach była tu przechowywana.

Ostatnim z nich był br. Daniel. Wszyscy ci zakonnicy „za żadne skarby świata nie chcieli odbieżać poświęconych ołtarzy, mieli pozostać w klasztorze, przeznaczeni z góry na pewną męczeńską śmierć”.

Przed przybyciem wroga do miasta o. Jan z Węgier, cieszący się w mieście już za życia sławą świętego „z płaczem obchodził ołtarze kościelne, żegnając się po raz ostatni w życiu z drogiemi świętościami religijnemi, cennemi relikwiami i czczonemi obrazami. Wbiwszy swój wzrok w koronę cierniową ukrzyżowanego Chrystusa, oglądał w podniosłej ekstazie religijnej obraz swej śmierci męczeńskiej, ciesząc się i radując, że może swe młode życie poświęcić dla miłości Boga i wiary świętej”. Brat Daniel miał znajdować się w drewnianej kaplicy na placu cmentarnym obok klasztoru, „spieczonymi od wzruszenia usty całował wśród łez nogi przybitego do krzyża Chrystusa”. Natomiast Bogusz Kołodziej znajdował się w ogrodzie, „wypatrywał miejsca na wieczny spoczynek, prosząc św. Annę o rychłą i spokojną śmierć”.

Przybyłe patrole tureckie do Sambora zastały całkowicie opustoszałe miasto. Z tej racji rozpoczęto rabowanie i niszczenie. Jedna z grup 14 maja 1498 roku wpadła do klasztoru i kościoła bernardynów, „łupiąc i bezczeszcząc ołtarze i obrazy świętych”. Tutaj również natrafiono na trzech zakonników, których starszych Daniela i Bogusława zabito na miejscu. Jak podawały zapisy, bratu Danielowi gdy znajdował się na modlitwie w drewnianym kościółku „jednym zamachem odcięli głowę”. Natomiast brata Bogusława „zamęczono w okrutny sposób, zadając mu […] więcej ran, aniżeli miał członków ciała”. Jeszcze inna relacja podawała, że „Bogusława najbardziej bezsilnego tak długo kłuto kindżałami, póki ducha nie wyzionął. Miał mnóstwo tych ran kłutych na ciele. Dopiero po odejściu ze Sambora Turków Tatarów, ośmielili się wracający do miasta mieszkańcy zaglądnąć do spalonej siedziby naszej i wówczas na cmentarzu przedkościelnym znaleźli zwłoki zamordowanego Bogusza. Leżało ono tam już od dni kilkunastu, toż nic dziwnego, że uległo zupełnemu rozkładowi. Pogrzebano je w ziemi w tem samem miejscu, gdzie je znaleziono”.

Najmłodszego o. Jana Wegrzyna zakuto w dyby i przywiązano do konia. I tak pędzono gościńcem w kierunku Radłowic, do stacji zboru jeńców. Jednak, gdy już nie miał sił iść dalej, został dobity pałką na tzw. Wyhylówce, niedaleko dzisiejszego mostu radłowickiego, „gdzie go pochowano w mogiłce małej, u starych szubienic”. W innej relacji Turcy mieli go mieczem rozrąbać na dwie części. Pochować go mieli rozbitkowie samborscy, powracający po pożodze do miasta. „Na tem miejscu [gdzie zamordowano Jana Węgrzyna] widziano później nocami jakieś gorejące światełka, wobec czego wzniesiono tam Mękę Bożą, którą zniósł następnie w r. 1566 z nieznanych bliżej powodów ówczesny starosta samborski, Staruchowski. OO. Bernardyni kopali wówczas, chcąc zabrać zwłoki na cmentarz bernardyński, lecz wśród kilkunastu szkieletów ludzkich nie mogli już rozpoznać zwłok świętego braciszka”. Inna wersja podawała, że po tych wydarzeniach miał wylać Dniestr i zamulił mogiłę pogrzebanego bernardyna, że mimo wielu poszukiwań, nie udało się odnaleźć ciała męczennika.

Dwóch innych bernardynów zamęczonych przy klasztorze pochowano na cmentarzu bernardyńskim. Na miejscu kaźni Bogusza Kołodzieja w następnych latach wzniesiono kaplicę św. Anny, a dawna drewniana kaplica pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Samborze urosła niemal do rangi sanktuarium, gdzie każdej soboty modlono się za wstawiennictwem samborskich męczenników.

Wiersz o spustoszeniu Sambora w 1498 roku

Upamiętnienie spustoszenia Sambora i morderstwa trzech zakonników zostało opisane w dwóch łacińskich wierszach. Pierwszy pochodził z końca XV wieku pt. „Contra poganos”, autorstwa Władysława z Gielniowa oraz tegoż wiersz o spustoszeniu Sambora pt. „In de lupus surgens cum Turcisto trapitagnos”. W następnych wiekach do grobu męczenników przybywali liczni pielgrzymi, dzięki czemu klasztor samborski cieszył się dużą popularnością, jednak mimo to, nie rozpoczęto oficjalnie procesu beatyfikacyjnego, a zamordowani bracia nie zostali wpisani w poczet świętych. O zamordowanych zakonnikach wspominał również o. Norbert Golichowski w książce pt. „Przed Nową Epoką. Materyały do hisoryi OO. Bernardynów w Polsce” wydanej w Krakowie w 1899 roku. Kolejne opracowanie umieścił o. Czesław Bogdalski w dwutomowej publikacji pt. „Bernardyni w Polsce 1453–1530”.

Wraz z rozbiorami kult męczenników Sambora ostatecznie upadł, a po zakończeniu II wojny światowej zanikł całkowicie. Sporadycznie imiona męczenników przypominane są na kanwie wydawnictw encyklopedycznych i periodyków, jak choćby ostatni krótki artykuł pt. „Bernardyni z Sambora” z 28 sierpnia 2024 roku w „Naszym Dzienniku” który napisał o. Szczepan Praśkiewicz OCD.

Przypomnienie tych świątobliwych zakonników w obecnych tak niepewnych czasach może nie tylko przyczynić się do ożywienia ich kultu na Ziemi Samborskiej lecz także zachęcić do wytrwałości w wierze a także ożywić świadomość narodową przekazaną przez minione pokolenia.

Marian Skowyra

Tekst ukazał się w nr 18 (478), 30 września – 16 października 2025

X