BABA – opowieść prawdziwa

Było to tuż po zakończeniu wojny z bolszewikami.

Milionowa prawie armia polska zebrana na czas kampanii, niezbędna w czasie działań wojennych, teraz stała się balastem, gotowym zrujnować polską gospodarkę. Rząd musiał tę armię zredukować i to natychmiast. Rozwiązywano całe pułki i dywizje. Polskie i nie polskie. Bo przecież były oddziały: białoruskie, ukraińskie, tatarskie, kaukaskie.

Jeszcze wcześniej na terenie Polski trzy światowe mocarstwa urządziły sobie trwającą pięć lat pierwszą wojnę światową, a więc cokolwiek w Polsce było do rozwalenia – było rozwalone, co nadawało się do wysadzenia w powietrze – było wysadzone, co było do spalenia – było spalone. Na to wszystko, przewalające się przez Polskę miliony żołnierzy obżerały ją do cna. Do ostatniego prosiaka, do ostatniego worka mąki, do ostatniego kartofla. Wojna z sowiecką Rosją tragicznie pogorszyła i tak, wydawałoby się, beznadziejną sytuację kraju.

Demobilizowano dziesiątkami tysięcy i nie chcąc pozostawiać swoich żołnierzy bez pomocy w sytuacji powszechnego bezrobocia, wojsko próbowało poutykać zwalnianych w Policji Państwowej, służbach celnych i granicznych, na kolei i gdzie tam jeszcze się tylko dało.

Mojemu ojcu pomógł dyplom felczerski. Polskie Koleje Państwowe bardzo chętnie przejęły go od wojska, szczególnie chętnie, jako że jakikolwiek medyk przypadał wtedy jeden na kilkanaście tysięcy mieszkańców. Sprawa została załatwiona od ręki i ojciec, zdemobilizowany, z prywatną szablą pod pachą i równie prywatnym belgijskim browningiem w kieszeni pojechał do Warszawy, by zaraz potem udać się na swoje nowe miejsce pracy, już jako cywil i w dodatku kolejarz.

Nowa praca czekała na niego dość daleko od Warszawy. Było to aż w województwie poznańskim, nad rzeką Wartą, a najbliższym miastem rejonu był Konin. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje określenie miejsca jego pracy jest mało precyzyjne, ale tak mi to ojciec opowiadał. To nie była jakaś konkretna miejscowość, czy stacja kolejowa. Ojca zatrudniono na budowie linii kolejowej, a budowa ciągle zmieniała miejsce, przesuwając się wraz z powstającymi kolejnymi odcinkami torów. Często gdzieś na kompletnych bezdrożach i odludziach, czasami koło jakichś wiosek o nazwach wylatujących z głowy na drugi dzień…

Dokąd się dało, ojciec dojechał koleją. Na ostatniej aktualnie stacji wytłumaczono mu i pokazano na mapie, gdzie jest przygotowany dom przeznaczony na otwarcie punktu medycznego. Skombinowano jakąś furmankę, na którą załadowano łóżko polowe, pościel i coś do zjedzenia. Wręczono ojcu klucz od kłódki, by mógł sobie ów dom otworzyć i uroczyście go zapewniono, że jutro, pojutrze, na pewno przywiozą mu wyposażenie gabinetu i różne tam takie potrzebne do życia drobiazgi. Furman zaciął konie i pojechali.

Przed wieczorem byli już na miejscu. Dom okazał się być całkiem przyzwoitym chłopskim domem. Nieduży może, ale murowany, podpiwniczony. Porządnie pokryty dachówką. Bardzo ładnie położony, bo niedaleko Warty, jakieś pagórki, sadek i kompletne bezludzie. Takie dalekie „wybudowanie” od macierzystej wioski.

Wewnątrz domu była sień przechodząca przez całą jego szerokość. Z sieni na lewo drzwi do „świetlicy”, czyli pokoju paradnego, wyróżniającego się przyzwoitą podłogą z sosnowych desek, zaś na prawo wejście do „zwyczajnej” części domu. Tam już się nie wysilano i podłogę stanowiła gliniana polepa. Nie było czasu na dalsze penetracje, bo noc się już robiła. Ojciec zamknął dom na wielką żelazną zasuwę na drzwiach wejściowych od strony sieni, rozłożył sobie łóżko, oczywiście w pokoju paradnym, pościelił, zdmuchnął świecę i nie zapominając o włożeniu pod poduszkę wiernego browninga, (który, jak się zaraz okaże, w tym akurat przypadku, nie bardzo mógł mu pomóc) zasnął sobie zdrowym snem starego weterana niejednej już wojny. Zbudził go strach. Przeświadczenie śmiertelnego zagrożenia: coś się stało! To coś wciąż się działo! Alarm!

Pokój zalany był światłem księżycowej pełni wpadającym przez okna. Pokój nie był pusty!

Przy drzwiach wejściowych kręciła się jakaś stara baba! Ojciec dobrze zapamiętał jej ciemnobrązową spódnicę i zawiązaną pod brodą chustkę okrywającą głowę i boki twarzy. Baba?! Co za baba?! Przecież sam zamykał dom i nie było tu żadnej starej baby! Zmartwiały z przerażenia, leżąc na łóżku jak sparaliżowany, ojciec przyglądał się babie adorującej z pochyloną głową narożnik pokoju w pobliżu drzwi. Nagle baba poderwała się. Podniosła głowę i jakby węsząc obecność kogoś obcego, szybko podbiegła w stronę łóżka. Na moment zatrzymała się. Stanęła akurat przed oknem. Pod silne światło księżyca. Dobrze ją było widać w tej pozycji. Chustka otaczająca twarz i głowę nie otaczała tak naprawdę niczego. W miejscu, w którym można się było spodziewać widoku twarzy, była pustka! Pusta, czarna dziura! Jeszcze kilka energicznych kroków i baba pochyliła się nad leżącym ojcem. Pusta dziura patrzyła się teraz na niego z dystansu nie przekraczającego długości wyciągniętego ramienia. Tego nie dało się znieść sekundy dłużej. Tego nikt nie był w stanie wytrzymać. Ojciec, chcąc odrzucić od siebie owo monstrum, walnął śmiercionośnym wykopem z obu nóg prosto w pierś przerażającej baby. Uderzenie musiało być prawdziwie rujnujące, bo ojciec aż zawył, gdy nogi nie napotykając oporu walnęły z całą siłą o podłogę. Baba zniknęła! Nie było baby!

Dopiero teraz stary złapał za spluwę. Po cholerę? Proszę nie pytać, bo on nawet wtedy, po latach, gdy mi to opowiadał, sam nie wiedział, po co. Latającymi rękami zapalił świecę. W pokoju nikogo nie było. Poleciał jeszcze do sieni. Solidna zasuwa stała w pozycji „zamknięte”. Czując, że włosy stają mu sztorcem na głowie, z jedną ręką zajętą świecą, w drugiej trzymając odbezpieczoną spluwę, otwierając sobie drzwi kopniakiem, stary wtargnął do drugiej części domu. Nie było tam niczego i nikogo. Nawet śladu pobytu kogokolwiek. To nie mogła być zwyczajna baba!

Resztę nocy ojciec przesiedział na ławeczce przed domem, ze spluwą w dłoni modląc się o zrozumienie tego, co przed chwilą zobaczył. Niby się o takich przypadkach słyszało, czytało. Trochę się z takich opowieści drwiło. No, ale zawsze dotąd były to tylko mniej lub bardziej sensowne opowieści. Przed chwilą stało się jednak coś, co nie było głupim gadaniem. To było realne!

Gdy się trochę rozwidniło, zobaczył dym unoszący się za rosnącą opodal kępą drzew, wskazujący, że niedaleko stoi jakiś dom, w którym najpewniej gospodyni rozpala właśnie ogień pod kuchnią. Żeby niepotrzebnie nie straszyć ludzi, schował browninga i jak to mówią – udał się z wizytą.

Było tak, jak przypuszczał. W pewnym oddaleniu, ze drzewami, stał następny dom, a zaskoczona trochę tak wczesnymi odwiedzinami, ale życzliwa jejmość, przygotowywała dla swych domowników, śniadanie. Dowiedziawszy się, że rozmawia właśnie z nowym sąsiadem, zaraz zadała ojcu zaskakujące pytanie:

– No niech pan powie jak się tam panu spało?

Po tym pytaniu ojciec od razu zrozumiał, że trafił na kogoś, kto wiele wie i niejedno może mu wyjaśnić. Trochę kręcąc, trochę się wstydząc, ojciec w końcu opowiedział sąsiadce szczerze i dokładnie co się stało minionej nocy. W trakcie opisu wyglądu baby, sąsiadka aż klasnęła w ręce.

– To ona! To ona! W takim właśnie stroju położyliśmy ją do trumny! Choć bardzo wzburzona i przejęta, kobitka zakrzątnęła się koło jajecznicy i w trakcie tych czynności opowiedziała ojcu historię w zasadzie tłumaczącą całe to nocne wydarzenie.

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 20 (240) 29 października – 16 listopada 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X